Smutna matka fot. Adobe stock, aletia2011

„Córki wolały pijanego ojca ode mnie, zaharowanej matki. Nawet gdy cuchnął wódą, kleiły się do niego”

„Obwiniały mnie o rozbicie rodziny, oschłość. Nie zaakceptowały mojego drugiego męża, ale żonę Ryśka - owszem! Obie się do niego przeprowadziły. Chciały uciec ode mnie. Co ja im zrobiłam? Za bardzo się starałam, by miały wszystko, co potrzebne?”.
/ 21.07.2021 09:23
Smutna matka fot. Adobe stock, aletia2011

W którym momencie popełniłam błąd, czy miałam szansę inaczej ułożyć swoje relacje z córkami? Może za późno podjęłam tamtą decyzję?

Dwa dni przed śmiercią Marysia straciła przytomność. Zabrali ją do szpitala. Czuwałam przy córce, nie czując głodu, pragnienia. Obie z Wiktorią wpatrywałyśmy się w jej twarz, czekając na jakiekolwiek oznaki życia. Głaskałyśmy wychudzone dłonie i twarz Marysi.

Jurek, mój zięć, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Klękał przy łóżku i kładł na nim głowę, wstawał, chodził od drzwi do okna i z powrotem. Czasem znikał na kilka minut. Potem cicho wślizgiwał się do pokoju, w którym umierała jego żona. Trzeciego dnia, gdy wnuczka z zięciem zeszli do szpitalnego bufetu, Marysia otworzyła oczy. Ucieszyłam się. Pierwszy raz od wielu godzin odeszło napięcie, wstąpił we mnie nikły promień nadziei.

Poczułam, jak prostują mi się mięśnie twarzy, usta same ułożyły się do uśmiechu.

– Jestem tu, Marysiu – nachyliłam się nad córką. Nie wiem, czy mnie widziała, czy rozumiała, co mówię. Wzrok miała utkwiony w jakimś punkcie na suficie, jednak zdawało mi się, że na jej twarzy pojawił się lekki grymas. Sięgnęłam po komórkę, wybrałam numer wnuczki.

– Prędko, mama odzyskała przytomność – wykrzyczałam szeptem. Kiedy po kilku minutach Wiktoria i Jurek zjawili się w pokoju, oczy Marysi poruszyły się. Spojrzała na swoją córkę, potem na męża. Na końcu jej wzrok powędrował w moją stronę. Usłyszałam ciche sapnięcie, zanim powieki Marysi zamknęły się na zawsze. Nie pamiętam, co było potem. Nie pamiętam, jak długo płakałam. Pamiętam tylko straszny ból, który rozrywał mnie od środka.

Sama wiązałam koniec z końcem

Moja druga córka nie była planowanym dzieckiem. Gdy zorientowałam się, że jestem w ciąży, obraziłam się na los. Początkowo nawet myślałam, żeby usunąć ciążę, ale nie zrobiłam tego ze strachu. Nie wiem, czego się obawiałam, bo o grzechu na pewno wtedy nie myślałam. Do kościoła nie chodziłam, w Boga nie wierzyłam, toteż prędzej bałam się jakichś komplikacji niż boskiego gniewu. Gdy ochłonęłam z pierwszego szoku, przyszła mi do głowy myśl, że jak urodzę drugie dziecko, Rysiek opamięta się z piciem, z ciągłymi zakrapianymi imprezami, piątkowymi brydżykami, które nieraz przeciągały się do niedzielnego poranka, kiedy po kątach naszego dwupokojowego mieszkania pałętali się jego „przyjaciele” na gigantycznym kacu.

Setki razy prosiłam Ryszarda, żeby z tym skończył. Tłumaczyłam, że nasz dom to nie jest przytułek dla jakichś opitych kolesi, że na to wszystko patrzy Lila, nasza pierworodna.

– Nic się nie martw, Terenia. Jak tylko urodzisz dzidziusia, przepędzę to całe towarzystwo na cztery strony świata, zobaczysz – obiecał. Kiedy na świat przyszła Marysia, towarzystwo rzeczywiście zniknęło, ale Rysiek wcale się nie opamiętał. Na początek upił się ze szczęścia i zniknął na tydzień. Kiedy wrócił, nie usłyszał ode mnie słowa skargi. Po prostu nie miałam wtedy siły robić mu wymówek. Marysię rodziłam przez 17 godzin. Byłam wyczerpana bardziej niż po pierwszym porodzie, który podobno zazwyczaj jest dla kobiety najcięższy.

Przez kilka tygodni Ryszard był wzorowym mężem. Pomagał mi przy pieluchach, zakupach, gotowaniu. Wstawał do Marysi w nocy, Lilę zabierał na spacery.

– Patrz, jak Lila głaszcze malutką po głowie… Ona kocha to maleństwo – szeptał wzruszony, widząc czułość między dziewczynkami. Niestety, idylla nie trwała długo.

Marysia miała trzy miesiące, kiedy Rysio znów zorganizował w domu brydża. Po kilku rozdaniach zarządził kolację, w domu zapanował nastrój libacji, dzieci nie mogły zasnąć. Rano znalazłam pijaniutkiego Rysia w wannie pełnej zimnej wody. Już w południe miał prawie 40 stopni gorączki. Z powodu zapalenia płuc, dwa tygodnie spędził w domu na L4, potem dostał wypowiedzenie... To był początek finansowej katastrofy. Rysiek nie mógł znaleźć pracy, jaką sobie wymarzył, o byle jakiej zaś, na przykład fizycznej, nie chciał nawet słyszeć. Ja dostawałam groszowy zasiłek, brakowało nam pieniędzy na wszystko.

Musiałam pożyczać na czynsz i jedzenie

Rysiek mimo to wykradał z domu pieniądze na alkohol albo na spłatę swoich karcianych długów. Dla nich Rysiek był bohaterem Po półtorarocznej przerwie zatrudnił się wreszcie na cały etat, jednak nadal brakowało pieniędzy. Już wtedy miałam ochotę zabrać dzieci i uciec… Tylko dokąd? Mieszkanie było moje, po rodzicach. Mogłam Ryśka spakować i odesłać do matki, ale nie miałam odwagi. W końcu to od teściowej pożyczałam pieniądze na życie. Po prawie trzech latach tych męczarni, życiu w długach, wróciłam do pracy po urlopie wychowawczym. Razem z teściową udało mi się nakłonić Ryśka do odwyku. Mąż przestał pić.

Powoli stawaliśmy na nogi, przez kilka miesięcy w naszym domu świeciło słońce. Pomimo swych słabości, Rysiek był dobrym ojcem. Kochał nasze córeczki, lubił się im przyglądać, obserwować jak rosną, z coraz większą ciekawością spoglądają na świat.

– Tata, glamy w chińcyka! – do dziś dźwięczy mi w uszach głosik Marysi. Uwielbiał się z nimi bawić, interesował się ich postępami w przedszkolu, potem w szkole. Obie dziewczynki odwzajemniały miłość Ryśka. Kleiły się do niego, mimo że nieraz śmierdział wódką. Najczęściej nie pamiętał o ich urodzinach, nie kupował im żadnych prezentów, nie rozpieszczał łakociami. Nikt inny jednak nie opowiadał dziewczynkom tak barwnie bajek, nie zabierał do wesołego miasteczka, nie uczył jeździć na pożyczonym od kuzynów rowerku.

– Kocham tatusia, i jus… – sepleniła z uczuciem Marysia, ledwie zaczęła składać zdania. Widząc, jak świetnie mąż radzi sobie z opieką nad córkami, brałam dodatkowe zlecenia do domu. Trzeba było przecież zrobić remont, kupić nową lodówkę. Liczył się każdy grosz.

Pewnego dnia zostałam w pracy do późna, szef obiecał dodatkowe wynagrodzenie za nadgodziny. Wróciłam do domu około 22. Zastałam puste mieszkanie. Strasznie się zdenerwowałam. Wybiegłam na ulicę, żeby zadzwonić z budki. W najbliższej nie było w ogóle automatu. Pobiegłam dalej, ale nigdzie w okolicy nie znalazłam czynnego telefonu. Uprosiłam w końcu kierownika nocnego sklepu z alkoholem, żeby pozwolił mi zadzwonić do teściowej. Zdziwiła się, gdy spytałam czy nie ma u niej męża i dzieci.

– Skąd! To ty nie wiesz, gdzie Rysio zabrał dziewczynki? – spytała. Wpadłam w panikę, nie wiedziałam, co robić. Wróciłam pędem do domu, żeby tam czekać na rodzinę. Zaczęłam podejrzewać, że Rysiek zabrał dziewczynki do jakichś swoich kumpli, z którymi grywał w brydża… Nie pomyliłam się ani o jotę. Mój mąż wrócił po północy, chwiejąc się na nogach.

Za nim do mieszkania weszła jakaś starsza kobieta z Marysią na rękach. Na końcu w progu stanęła zapłakana Lila.

– Pani mąż przyprowadził dzieci. Grali z moim synem i jeszcze dwoma kolegami w karty. Zmusiłam pana Rysia, żeby już skończył i wrócił do domu.

Dziewczynki płakały…

Od tamtej pory sama odbierałam Marysię z przedszkola, a Lilę ze świetlicy. Mąż co prawda przez jakiś czas przychodził do domu trzeźwy, za to zaczął znikać na całe noce. Mówił, że chodzi na brydża. Nie zastanawiałam się, jak było naprawdę. Nasze małżeństwo już wtedy było fikcją. Rysiek miał okresy lepsze i gorsze. Czasem przynosił mi bukiety kwiatów, prezenty, składał obietnice, że już nigdy nie będzie pił ani grał; koniec z długami, liczy się tylko rodzina!

Potem znów znikał, a kiedy wracał, nie mówił, gdzie ani z kim był. Skupiałam się na walce o byt… Teraz, z perspektywy wielu lat, widzę, że moje problemy z Ryśkiem, próby ratowania go przed nałogiem, naszego małżeństwa przed rozpadem, ciągła bieganina, żeby ze wszystkim dać sobie radę bez jego pomocy, dodatkowe prace zarobkowe, sprawiły, że nie miałam czasu pokazać swoim dziewczynkom, jak bardzo je kocham i przywiązać je do siebie.

Nie było takich momentów, kiedy mogły dzielić się ze mną swoimi sekretami. Obie uczyły się dobrze, więc nie musiałam się martwić o ich szkołę. Myślałam tylko o tym, żeby ze wszystkim zdążyć: kupić, ugotować, uprać, uprasować. Pilnowałam, aby każda miała co na siebie włożyć, starałam się dać im to samo, co inne dzieci dostawały od swoich rodziców…

Kiedy Marysia poszła do liceum, podjęłam decyzję o rozwodzie. Z Ryśkiem nie mogłam już dłużej wytrzymać. Nie dawałam rady już patrzeć, jak rujnuje swoje i moje zdrowie. Nasze wspólne życie już dawno zrujnował. Myślałam, że córki są na tyle duże i dojrzałe, że nie będą potrzebowały ojca na co dzień. Byłam pewna, że dam sobie radę.

Dochrapałam się wreszcie stanowiska głównej księgowej w dużej firmie, więc czułam się pewnie. Mogłam dzieciom zapewnić godziwe warunki i sama po tylu latach uwolnić się od ciągłego stresu i rozgoryczenia. Mój plan zakładał, że we trzy zostaniemy w dotychczasowym mieszkaniu, a mąż po rozwodzie wyprowadzi się do matki i wszystko się jeszcze jakoś ułoży. Nie wzięłam tylko pod uwagę tego, że moje córki już mnie wtedy nie potrzebowały.

Sprawa w sądzie, rozstanie, przeprowadzka do matki, a na koniec jej śmierć były dla Ryszarda serią uzdrawiających wstrząsów. Przestał pić na dobre. Rozstał się z kolegami od brydża. Zmienił pracę, spłacił długi. Zadbał o siebie. Rok po rozstaniu zaproponował, byśmy zaczęli od nowa.

– Jestem innym człowiekiem, Teresko. Uwierz mi, proszę, wiesz przecież, że cię kocham. Naprawdę chcę naszego szczęścia – szeptał, gdy szykowałam kolację dla córek. Przyszedł je wtedy odwiedzić, jak co tydzień.

Marysia miała grypę, Liliana wkuwała do matury. Nie chciałam tego słuchać. Choć wciąż tliły się we mnie resztki uczucia do Ryśka, to w tamtej chwili byłam pewna, że jego powrót doprowadziłby do mojej klęski. Ryszard był słabym człowiekiem, już tyle razy się o tym przekonałam, że wszelkie próby naprawienia naszego związku nie miały sensu. Odmówiłam.

Po maturze Lila oświadczyła, że przeprowadza się do ojca

Bo stamtąd będzie miała bliżej na uniwerek.

– Ależ, dziecko, zajęcia zaczynają się w październiku, a ty już teraz chcesz się wyprowadzać? Zresztą po co miałabyś się stąd wynosić? Ojciec o ciebie nie zadba tak jak ja, obiadów gotować nie będzie, prania nie zrobi… – pomysł córki wydawał mi się zupełnie niedorzeczny.

Nie muszę jeść twoich obiadków, dam sobie radę – rzuciła hardo. – A tata potrafi lepiej zadbać o dzieci niż ty. Rozwaliłaś rodzinę, wyrzuciłaś tatę, a teraz mnie obiadkami kusisz? Co to, to nie! – wykrzyczała moja córka z wściekłością.

Zupełnie zaniemówiłam. Nie rozumiałam tych słów. Wcale. Mówiłam sobie, że to niemożliwe, żeby moja starsza córka tak myślała. Musiała przecież przez te wszystkie lata widzieć, jak wyglądało nasze życie. Musiała pamiętać wszystkie wyskoki ojca, jego wiecznie chwiejny krok, bełkotliwą mowę. Wiedziała, że przez kilka lat nie pracował wcale, że sama martwiłam się, jak związać koniec z końcem…

– Lila, ty żartujesz, prawda? – spytałam drżącym głosem. Lila otworzyła drzwi pokoju, w którym mieszkała razem z siostrą i już w progu, marszcząc czoło, powiedziała ze złością:

– Nie żartuję. Jestem śmiertelnie poważna. A w ogóle nie mów do mnie Lila! Nie dość, że dałaś mi to idiotyczne imię, to jeszcze je tak kretyńsko zdrabniasz. Nie życzę sobie, zrozumiałaś?!

Pamiętam każde słowo, wyraz twarzy córki, jej gesty…

Takich chwil się nie zapomina. Wyprowadziła się następnego dnia. W ciągu kolejnych kilku przychodziła po jakieś drobiazgi. Próbowałam wtedy z nią rozmawiać, coś tłumaczyć. Bez rezultatu.

– Mamo, Lilka oddała klucze do mieszkania – usłyszałam któregoś wieczoru od Marysi.

– Tak, córeczko, dziękuję – spojrzałam na pęk kluczy na haczyku przy drzwiach i wybuchnęłam szlochem. Chwyciłam Marysię za ramiona i płakałam rozpaczliwie, kryjąc twarz w jej długich włosach. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że moja młodsza córka stoi sztywno jak skamieniała. Żadnym, najmniejszym gestem nie dała mi znać, że jest jej przykro, że mi współczuje, że decyzja siostry ją zabolała. Odsunęłam Marysię od siebie i popatrzyłam na nią.

– Kochanie, czemu tak dziwnie się zachowujesz? Co się dzieje?

– Ja? To ty, mamo, nie zachowujesz się normalnie… – córka jakby wzruszyła ramionami i zamknęła się w swoim pokoju.

Od tamtej chwili umierałam ze strachu, że moja młodsza córka też mnie niebawem zostawi. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęłam spotykać się z Adamem.

Początkowo traktowałam go jak wszyscy w firmie – był takim naszym dyrektorem spowiednikiem, bardzo dobrym człowiekiem po prostu. Zwierzałam mu się ze swoich spraw. Wiedział, jak bardzo przeżywam decyzję starszej córki, starał się mnie pocieszyć, mówił, że to zwyczajny przejaw buntu, że jej przejdzie i nasze relacje wrócą na właściwe tory. Niestety, nie miał racji.

A żonę Ryśka obie zaakceptowały

Z czasem okazało się, że nie wystarczają mi rozmowy z Adamem na korytarzu w pracy. Raz umówiliśmy się do restauracji, żeby pogadać, i wkrótce mój starszy o 10 lat kolega został moim przyjacielem. Potem po prostu byliśmy razem, choć Adam przyjął moje warunki i nadal mieszkaliśmy osobno. Przy jego boku wreszcie poczułam się prawdziwą kobietą. Miałam 45 lat, a dopiero zaczynałam się uczyć, jak o siebie dbać.

Od Adama dostałam wiele dowodów miłości, uznania, choć nigdy mu się nie odwdzięczyłam podobnym uczuciem. A jednak to dzięki niemu odnalazłam w życiu spokój i równowagę. Dwa lata później Marysia także wyprowadziła się do ojca. Wtedy jej starsza siostra już zdążyła rzucić studia, zajść w ciążę i wynieść się do narzeczonego pod Warszawę.

Rzadko miałam kontakt z córkami. Prawdę mówiąc, wszystkie wiadomości docierały do mnie za pośrednictwem Ryśka, który zdawał mi relacje z poczynań dziewcząt, sam nie dając sobie rady z ich problemami. Lilka rozstała się z mężem, gdy jej synek skończył cztery lata. Podobno ojciec Piotrusia pił, w domu dochodziło do awantur i rękoczynów… Dopiero wtedy mogłam poznać wnuka.

Lila pozwalała mi raz lub dwa razy w miesiącu zabierać chłopca do siebie. Cieszyłam się i z tego, choć tak rzadkie spotkania nie wystarczały, by zbudować silną więź z dzieckiem. Marysia zdobyła dyplom inżyniera i po studiach wyszła za mąż, została matką ślicznej Wiktorii. Wnuczkę na szczęście widywałam częściej, jednak zawdzięczałam to raczej zięciowi niż córce.

Marysia przy każdej okazji wypominała mi, tak jak kiedyś jej siostra, że zostawiłam ojca, rozbiłam rodzinę, a potem dałam się uwieść „temu staruchowi”. Obie córki zdawały się nie mieć nic przeciwko drugiej żonie swojego ojca, a o jego alkoholowej przeszłości w ogóle nie pamiętały. Nasze wzajemne stosunki były bardzo trudne.

Nie mieliśmy wspólnych wigilii, wielkanocnych śniadań przy jednym stole. Nikt, poza Adamem, nie pamiętał o moich urodzinach czy imieninach. Jedynie regularne kontakty z wnuczką dawały mi poczucie, że w ogóle mam rodzinę, bliskich…

Dwa lata temu mój były mąż wpadł pod pędzący bus

Obie córki bardzo przeżyły śmierć ojca. Po jego pogrzebie Marysia zaprosiła mnie na obiad. Wtedy poznałam prawdę o Ryśku. Miał raka i fatalne rokowania. Wiedział, że zostało mu kilka miesięcy życia. – Tata dał mi do zrozumienia, że coś sobie zrobi… On popełnił samobójstwo, mamo. Byli świadkowie! Tata rzucił się pod ten samochód, to nie był nieszczęśliwy wypadek – mówiła Marysia, płacząc. Żebyśmy znowu byli razem…

Bardzo współczułam córkom, chociaż przykro mi było, że dopiero kiedy odszedł ich ojciec, zdobyły się na szczerą rozmowę ze mną. Lilka wyznała, że doskwiera jej samotność. Jej syn wyprowadził się do Irlandii i tam się ożenił. – Jestem zupełnie sama, mamo – powiedziała z goryczą. Mimo że starsza córka kiedyś bardzo mnie zraniła, odrzuciła moją matczyną miłość, współczułam jej bardzo i szczerze chciałam pomóc. Nie potrafiłyśmy już jednak odbudować serdecznych relacji. Za to z Marysią i jej rodziną zaczęliśmy się regularnie spotykać.

Byłam szczęśliwa, że możemy razem spędzać czas, że bliżej poznaję moją dorosłą córkę, no i mam blisko siebie wspaniałą wnuczkę, która chce zostać lekarzem. Jeszcze bardziej polubiłam zięcia – Jurek to taki ciepły i otwarty człowiek. Adam, widząc moje szczęście, sam się cieszył. Robił wszystko, żebym jak najbardziej poczuła, że mam wreszcie blisko rodzinę.

Półtora roku temu zafundował nam wszystkim wspaniałe dwa tygodnie na Rhodos… Kilka tygodni po powrocie z wakacji odebrałam telefon od zięcia.

Mamo, przyjdź do nas jak najszybciej… Marysia… ma raka. Przyjdziesz? Natychmiast pobiegłam do córki. Znalazłam ją we łzach.

– Mamo, ja nie chcę umierać – płakała, a ja ją mocno tuliłam.

Adam dotarł do najlepszych lekarzy w Polsce. Gdy ci nie dawali nadziei, zapłacił za wyjazd Marysi na dodatkową diagnostykę do szwajcarskiej kliniki. Wszystko na nic, nikt nie pozostawiał złudzeń – na chorobę córki nie było lekarstwa.

Śmierć Marysi jest dla mnie niepojęta, niesprawiedliwa. To wbrew naturze, żeby dziecko odchodziło wcześniej niż matka. Nie mogę sobie poradzić z żałobą. Czas płynie, ale ból nadal mnie trzyma w swoich kleszczach. Zdaje mi się, że moje życie się rozsypało, lecz promykiem nadziei jest dla mnie wnuczka, która chyba mocno mnie kocha i potrzebuje. Mam jeszcze jedną córkę i wnuka, którego tak mało znam… Jest przy mnie Adam. Będę żyła, starając się posklejać to, co zostało.

Czytaj także:
„Była żona mojego Jarka postanowiła zrujnować nasz urlop. Kto normalny marzy o wakacjach z 6-latką?!”
„Rozwód rodziców był dla mnie dramatem. Próbowałam uwieść swojego ojczyma, żeby się go pozbyć i mieć mamę dla siebie"
„Mój mąż ma zespół Tourette’a. Tiki towarzyszą nam cały czas. Przeklął głośno nawet przed ołtarzem”