siostrzenica, która opiekuje się chorą ciotką fot. Adobe Stock, New Africa

„Ciotka była jędzą i zalazła za skórę całej rodzinie. Kiedy złamała nogę, nie było chętnych do pomocy. Padło na mnie”

„Nic tylko zrzędziła i wszystkich wokół pouczała. Mama twierdziła jednak, że nie jest złą osobą. Pod maską surowości kryje się naprawdę dobra i ciepła kobieta, tyle że zagubiona i rozżalona z powodu nieszczęścia, które ją spotkało. Nie chciało mi się w to wierzyć”.
/ 25.01.2023 06:46
siostrzenica, która opiekuje się chorą ciotką fot. Adobe Stock, New Africa

Najstarszej siostry mamy nie lubiłam od dzieciństwa. Co tu ukrywać, nie cierpiałam jej. Odkąd pamiętam, zawsze była taka sama: zimna, zgryźliwa i złośliwa. Inne ciocie rozpieszczały mnie, chwaliły, przytulały. A Dorota? Tylko mnie strofowała i pouczała: „Nie garb się! Jak trzymasz widelec! W co ty się ubrałaś! Nie mów z pełnymi ustami!”. I tak dalej, i tak dalej…

Nie zmieniło się to nawet wtedy, gdy dorosłam i poszłam na studia. Nie przyjmowała do wiadomości, że mam swój rozum i nie chcę już słuchać jej krytycznych uwag i dobrych rad. Przy każdej okazji serwowała mi kolejną porcję złośliwości. Zresztą nie tylko mnie. Nie szczędziła przykrych słów także innym członkom rodziny. Doszło do tego, że bliscy zaczęli unikać jej jak ognia.

Niektórzy nie zapraszali jej nawet na uroczystości rodzinne. Było to dość okrutne, bo ciotka wcześnie straciła męża, nie miała dzieci i była zupełnie sama, ale nie mogli już wytrzymać jej ciągłego gderania. Łudziłam się, że to ją czegoś nauczy, że zrozumie, że nie może tak wszystkich obrażać. Przecież samotność to najgorsza rzecz, jaka może spotkać człowieka. Nic z tego! To jeszcze spotęgowało jej złośliwość. Gdy tylko znalazła słuchacza, od razu skarżyła się, że ma wredną rodzinę, że nikt o niej nie pamięta, nie okazuje serca. Gdy o tym słyszałam, to aż mną trzęsło.

Sama przecież zasłużyła sobie na takie traktowanie. Nieraz miałam ochotę jej powiedzieć do słuchu, ale powstrzymywałam się ze względu na mamę. Ona zawsze broniła siostry jak lwica, twierdziła, że to w gruncie rzeczy dobra i ciepła kobieta, tylko ciągle nie potrafi się odnaleźć po śmierci ukochanego męża. Współczułam ciotce straty, ale nie rozumiałam, dlaczego wyżywa się na nas. Przecież to nie my zabiliśmy wujka Krzyśka, tylko pijany kierowca.

Obiecałam sobie, że wszystko jej wygarnę

Dwa lata temu ciotka Dorota złamała nogę. I to tak nieszczęśliwie, że musiała przejść skomplikowaną operację. Gdy wypisano ją ze szpitala, stało się jasne, że przez pewien czas nie będzie w stanie zrobić sobie sama zakupów, sprzątać. Ciotka tak wszystkim w rodzinie zalazła za skórę, że ochotnik był tylko jeden: moja mama.

Sęk w tym, że sama nie czuła się wtedy najlepiej. Bałam się o jej zdrowie, więc postanowiłam ją zastąpić. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie mam na to najmniejszej ochoty, więc starała się mnie jakoś zachęcić. Przekonywała, że wszystko będzie dobrze, że ciotka na pewno doceni moją pomoc i będzie jak do rany przyłóż. Słuchałam tego, kiwałam głową, ale nie wierzyłam w ani jedno słowo. Czułam, że czekają mnie najtrudniejsze tygodnie w życiu.

 Nie pomyliłam się. Ciotka nie złagodniała ani trochę, była jak zwykle złośliwa i zgryźliwa. Gdy tylko pojawiałam się w jej mieszkaniu, zaczynała gderać i narzekać. Kręciła nosem na zakupy, nie smakowało jej jedzenie, krytykowała sprzątanie. Nic więc dziwnego, że robiłam wszystko błyskawicznie, byle tylko jak najszybciej wyjść. To oczywiście też jej się nie podobało.

Krzyczała, że nigdy nie mam dla niej czasu, nie chcę z nią rozmawiać. Na dodatek prawie nie ruszała się z łóżka. Lekarz mówił, że powinna jak najwięcej wstawać, próbować chodzić o kulach. Nie chciała o tym słyszeć. A gdy wspominałam jej coś o zaleceniach lekarza, wpadała w szał. Krzyczała, że chcę ją wykończyć, że tak jak wszyscy tylko czekam, żeby pożegnała się z tym światem.

 Po dwóch tygodniach miałam dość. Obiecałam sobie, że jak następnego dnia znowu będzie się mnie czepiać, to tak jej nawtykam, że zapomni, jak się nazywa. Nie zamierzałam dłużej milczeć i wysłuchiwać jej impertynencji. Nawet ze względu na mamę.

Następnego dnia szłam do ciotki w bojowym nastroju. W myślach układałam sobie przemowę. Gdy skręciłam w alejkę prowadzącą do bloku, kątem oka dostrzegłam w krzakach małego rudego kotka. Leżał i miauczał prawie bezgłośnie. Był tak chudy i zabiedzony, że aż mi się serce ścisnęło z żalu. Nie miałam sumienia zostawić go na śmierć, więc ostrożnie go podniosłam i schowałam pod kurtkę. Pomyślałam, że szybko załatwię sprawę z ciotką Dorotą, a potem zastanowię się, co z nim zrobić.

 Ciotka jak zwykle przywitała mnie gderaniem i narzekaniem. Nie minęła minuta, a już skoczyło mi ciśnienie i rozbolała głowa. Gdy jednak podeszłam bliżej, nagle zamilkła i zaczęła przypatrywać mi się z uwagą.

– Czy mi się wydaje, czy coś ci się rusza pod kurtką? – zapytała w końcu.

Aż podskoczyłam. Z tych całych nerwów, które zafundowała mi na wejściu, zapomniałam, co mam za pazuchą. Błyskawicznie odpięłam suwak i wyjęłam kotka.

– To nic takiego, tylko mały, bezdomny kotek. Leżał na ulicy, to go wzięłam – wyjaśniłam.

Spodziewałam się, że ciotka urządzi mi awanturę. Zacznie krzyczeć, że przynoszę jej do domu zapchlonego sierściucha, który na pewno ją czymś zarazi. I każe mi się z nim natychmiast wynosić. Tymczasem jej surowa twarz nagle się rozpromieniła.

– O Boże, jaki słodki i śliczny. Daj mi go tu zaraz – poklepała dłonią kołdrę.

Zaskoczona położyłam kotka na łóżku. Maluch spojrzał na ciotkę, miauknął cichutko, a potem przylgnął do niej. Ona zaś przytuliła go jak niemowlaka. Patrzyłam na to jak urzeczona.

– Chyba ciocię polubił – wykrztusiłam.

– A pewnie, od razu widać, że zna się na ludziach. Będzie miał na imię Rudzik – uśmiechnęła się.

– Chce go ciocia zatrzymać? – wybałuszyłam oczy.

– A co jesteś taka zdziwiona? Przecież mówiłaś, że jest bezdomny!

– No tak, ale… Taki zwierzak wymaga opieki, uwagi, a ciocia jest chora… Nie da ciocia rady – tłumaczyłam. Na samą myśl, że kotek miałby spędzić z nią resztę życia, ciarki mi przeszły po plecach. Kto by wytrzymał z taką zrzędliwą babą? Ciotka nie zamierzała jednak ustąpić.

– Kot zostaje u mnie. Koniec dyskusji! I bez obawy, poradzę sobie. A ty przestań marudzić, biegnij do kliniki weterynaryjnej i kup mu coś porządnego do jedzenia. Bo jak znam życie, nawet nie pomyślałaś o saszetkach. Gdzie ty masz głowę… Zawsze mówiłam, że matka nie przygotowała cię do dorosłego życia… – znowu zaczęła zrzędzić.

Kot ją polubił, bo... zna się na ludziach

Już miałam powiedzieć, że kota znalazłam dosłownie przed chwilą i nie zdążyłam jeszcze kupić karmy, ale machnęłam ręką. Posłusznie podreptałam do weterynarza. Oprócz karmy kupiłam jeszcze tabletki na odrobaczenie, kropelki przeciwko pchłom, kuwetę i żwirek. Kiedy wróciłam, ciotka stała w kuchni i wybierała miseczki dla Rudzika, a on łasił się u jej stóp. Gdy pokazałam jej zakupy, popatrzyła na mnie z uznaniem.

– No proszę, to jednak potrafisz myśleć. Może nie jest z tobą aż tak źle, jak myślałam, może się pomyliłam – powiedziała.

Zamurowało mnie. Nigdy wcześniej nie usłyszałam od niej nic miłego.

– Dobrze się ciocia czuje? – wykrztusiłam.

– Świetnie. Schowaj, co tam trzeba, do lodówki i zmykaj. Nie ma tu nic więcej do roboty – odparła z uśmiechem, a potem jak gdyby nigdy nic zajęła się karmieniem kotka.

Byłam w takim szoku, że aż zapomniałam o przemowie, którą miałam wygłosić. Zresztą tamtego popołudnia nie miałam nawet o co czepiać się ciotki Doroty. Przecież gderała tylko przez chwilę, a potem była miła. Kiedy wróciłam do domu, żałowałam, że nie nagrałam tego na dyktafon, żeby mieć pamiątkę. Nie sądziłam bowiem, że to się powtórzy. 

Następne dni także były jednak pełne niespodzianek. Mały kotek zupełnie odmienił ciotkę Dorotę. Witała mnie z uśmiechem, bez komentarzy chowała zakupy, zjadała, co jej przygotowałam, a potem od razu zaczynała opowiadać o Rudziku. Jaki to on mądry, jak ślicznie się myje, jak się do niej tuli, ogląda z nią telewizję i pomaga wrócić do zdrowia.

Święcie wierzyła, że to dzięki temu, że kotek kładzie się na jej chorej nodze, nie czuje już prawie bólu i może wstawać z łóżka. Zakochała się w nim na amen. A że ten odwzajemniał jej miłość i na każdym kroku to okazywał, wybaczała mu wszystkie wybryki. Gdy któregoś dnia wskoczył na szafkę i zbił jej ukochany wazon, a ona nie mrugnęła okiem, nie wytrzymałam.

– Własnym oczom nie wierzę! Gdybym ja zrobiła coś takiego, to by mnie ciocia z błotem zmieszała. A temu sierściuchowi wszystko uchodzi na sucho – powiedziałam.

– Tobie też by teraz uszło – odparła.

– Oj, coś nie wierzę – pokręciłam głową.

– Wiem, że byłam starą, zrzędliwą jędzą. I porządnie dałam ci się we znaki. Ale pracuję nad sobą. Zobaczysz, jeszcze mnie kiedyś polubisz.

– Akurat cioci na tym zależy…

– A pewnie, że tak. Wcześniej nie wierzyłam, że mogę być komuś bliska. Ale dzięki Rudzikowi zrozumiałam, że to możliwe. Bo skoro on mnie pokochał, to znaczy, że inni też mogą – uśmiechnęła się nieśmiało.

Z wrażenia z krzesła omal nie spadłam. Ciotka Dorota przyznała się do błędów i podłego zachowania? Chciała pojednać się z bliskimi? Prędzej bym się końca świata spodziewała niż czegoś takiego.

Opiekowałam się ciotką Dorotą przez prawie trzy miesiące. I przez ten czas naprawdę ją polubiłam. Okazało się, że mama miała rację, że pod maską surowości kryje się naprawdę dobra i ciepła kobieta. Tyle że zagubiona i rozżalona z powodu nieszczęścia, które ją spotkało. Gdy więc już odzyskała sprawność, zaproponowałam, żeby zaprosiła do siebie na obiad całą rodzinę. Chciałam, żeby i oni poznali nową Dorotę.

– Eee tam, po co… I tak nie przyjdą – miała wątpliwości.

– Przyjdą, na pewno przyjdą. Z ciekawości. Wspomniałam im ostatnio, że co nieco się zmieniło. Będą chcieli sprawdzić, czy to prawda – odparłam.

– Mówiąc „co nieco”, miałaś oczywiście na myśli tylko Rudzika? – zażartowała.

– Tak, tak, tylko Rudzika – roześmiałam się szczerze. Obie wiedziałyśmy, że wcale nie o kota mi chodziło, tylko o przemianę, która w niej zaszła.

 Rodzina, tak jak podejrzewałam, stawiła się w komplecie. Ciotka przygotowała naprawdę pyszne dania. Przez pierwsze pół godziny niewiele jednak zniknęło z talerzy, bo gościom ze zdziwienia widelce z rąk wypadały. Nie mogli uwierzyć, że są z wizytą u Doroty. Ciotka nie zrzędziła, nie gderała, nie pouczała. Była serdeczna i miła. Pytała, co u kogo słychać, zachęcała do jedzenia, dolewała wina do kieliszków. Atmosfera zrobiła się naprawdę miła.

– Rany boskie, co ty z nią zrobiłaś? I jakim sposobem? – szepnęła do mnie zszokowana kuzynka.

– To nie ja, tylko on. Jego pytaj – wskazałam na Rudzika siedzącego w kącie.

Kot nawet jednak na nas nie patrzył. Coś za oknem zaprzątało jego uwagę. W pewnym momencie wygiął grzbiet w łuk, a potem jednym susem wskoczył na parapet, rozdzierając przy okazji firankę.

– Oho, będzie awantura. Tego nie wytrzyma – wyszeptała Iwona i zaczęła wpatrywać się w ciotkę. Inni przy stole poszli w jej ślady. Ona jednak nawet nie zmarszczyła brwi. Podeszła do kota i pogłaskała go po grzebiecie.

– Masz rację, koteczku, ta firanka jest już stara i brzydka. Jutro kupimy nową – powiedziała czule.

Goście patrzyli na to z niedowierzaniem

 Tamten obiad był początkiem nowego życia ciotki Doroty. Pojednała się z bliskimi. Nikt już przed nią nie ucieka, znowu bywa na uroczystościach rodzinnych. Przyjeżdża zawsze z Rudzikiem, bo nie potrafi rozstać się z nim nawet na minutę.

Trzeba przyznać, że kot zachowuje się wzorowo. Niczego nie niszczy, nie drapie, nie przeszkadza nikomu. Leży zwinięty w kłębek w swoim legowisku. Reaguje tylko wtedy, gdy ciotka się zapomni i swoim starym zwyczajem zaczyna gderać. Wskakuje wtedy na jej na kolana i wpatruje się w nią znacząco. Jakby chciał powiedzieć: „I co, znowu zaczynasz? Przestań!”. Ciotka wtedy milknie, a grymas na jej twarzy znika i pojawia się przepraszający uśmiech.

Czytaj także:
„Ojciec gardził mną za to, że pomagam żonie w wychowaniu córki. Uważał, że praca przy dziecku, to >>babska powinność<<”
„Mąż stracił na mnie ochotę, a w sypialni wiało chłodem. Myślałam, że ma romans, ale prawda była gorsza”
„Zamiast zaręczynowego pierścionka z brylantem, dostałam psa z kulawą nogą. Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać”