Mężczyzna, który stracił żonę fot. Adobe Stock, SHOTPRIME STUDIO

„Choroba odebrała żonie rozum. Zamiast walczyć o życie, uwierzyła nawiedzonej babie i ściągnęła tragedię na naszą rodzinę”

„Jak miałem wytłumaczyć to naszym dzieciom?​ Jak wyjaśnić, że nie miałem dość siły i mądrości, by przemówić ich mamie do rozumu? Jak samemu sobie wybaczyć, że moja najlepsza przyjaciółka gdzieś w tym strachu o siebie zniknęła, zagubiła się, a ja nie potrafiłem jej pomóc odnaleźć drogi powrotnej?”.
/ 05.07.2022 17:15
Mężczyzna, który stracił żonę fot. Adobe Stock, SHOTPRIME STUDIO

Zawsze uważałem moją żonę za wspaniałą kobietę. Najpierw byliśmy przyjaciółmi, potem zostaliśmy parą. To dawało nam pewność, że jeśli kiedyś płomień namiętności przygaśnie, pozostanie trwały i mocny fundament przyjaźni.

Dzięki temu nic nas nie złamie, nic nami nie zachwieje. I rzeczywiście, chociaż wokół znajomi się rozwodzili, zdradzali, darli ze sobą koty, my trwaliśmy przy sobie jak zawsze.

Czy to problemy ze zdrowiem, czy w pracy, czy ze starzejącymi się rodzicami, zawsze mogliśmy liczyć na siebie nawzajem. Razem prowadziliśmy najtrudniejszy projekt naszego życia – wychowywanie trójki synów – i wspólnie marzyliśmy o córeczce. Nie dane nam było.

Po wizycie u ginekologa Milena wróciła spięta i przejęta.

– To jest guz – pokazała mi zdjęcie USG. – Podobno dobrze rokuje. Będą mi go wycinać za kilka tygodni. Potem leki, naświetlania, mam nadzieję, że nie chemia. Wszystko powinno być dobrze.

– Wszystko będzie dobrze – poprawiłem ją i pocałowałem w czoło.

Po roku nastąpił nawrót

Musiało być! Choć nie dałem tego po sobie poznać, byłem przerażony. Rak. Ta wredna choroba mogła mi zabrać światło mojego życia, moją najlepszą przyjaciółkę i ukochaną kobietę.

Nie, tak się nie stanie, wykluczone! Milena miała jeszcze wiele lat życia przed sobą, u mojego boku.

Musiała zobaczyć, jak nasz najmłodszy syn idzie do pierwszej klasy, jak wszyscy trzej kończą szkołę, zakochują się, zdają na prawo jazdy, idą na studniówkę, kończą studia, żenią się… czy co im tam w życiu sprawi przyjemność. Nie wspominając o tym, że my też mieliśmy jeszcze to i owo do przeżycia.

Najbliższe tygodnie upłynęły na robieniu badań, a potem czekaniu na wyniki. Potem na przygotowaniu do operacji i samej operacji. Wszystko szło w dobrym kierunku. Moja żona zdrowiała.

Lekarka na ostatniej wizycie westchnęła nad wynikami badań, co niemal doprowadziło mnie do ataku serca, ale zaraz uśmiechnęła się i powiedziała, że chciałaby, żeby tylko takie wyniki lądowały na jej biurku. Sukces uczciliśmy wyjazdem na tydzień w góry, w nasze ukochane miejsce.

Życie wracało do normy

Toczyło się swoim zwykłym rytmem, z ta różnicą, że nie mówiliśmy już o córce. Zresztą chłopcy dostarczali nam tylu wrażeń, że powinno wystarczyć.

Rok po otrzymaniu tych świetnych wyników badań Milena usłyszała, że guz jest także na drugim jajniku. Znowu wsiedliśmy do tej samej karuzeli, tylko jeszcze szybciej się kręcącej.

Strach, nadzieja, walka. Badania, oczekiwanie, operacja. Teraz o córce mogliśmy raz na zawsze zapomnieć, bo po histerektomii nie było już na to szans. Ale to nie było istotne. Najważniejsze, że Milena mogła żyć, choć czekała ją jeszcze seria naświetlań.

– Posłuchaj, poznałam w szpitalu taką babeczkę… – powiedziała któregoś dnia. – Ona nie wierzy w to całe leczenie szpitalne. Znaczy nie do końca. Uzupełnia je terapią alternatywną…

– Jaką dokładnie? – spytałem, bardziej z ciekawości niż ze szczerego zainteresowania.

– Zioła, bioenergoterapia, różne wlewy… – wymieniała, a ja słuchałem i zastanawiałem się, co mam powiedzieć.

Zdawałem sobie sprawę, że moja żona się boi. Bała się dokładnie tak samo jak ja, może nawet bardziej, bo przecież chodziło o jej życie. Rozumiałem też, że tonący brzytwy się chwyta.

Czasami nawet lekarze sugerowali zastosowanie dodatkowych metod, choćby dla picu, dla komfortu psychicznego pacjenta, dla efektu placebo. Ale nie sądziłem, że Milena, wykształcona, inteligentna kobieta będzie sięgać po takie rozwiązanie.

– Hm… – mruknąłem. – Możesz spróbować. Jeśli to nie zaszkodzi klasycznej terapii…

Poznałem tę całą Ilonę

Przyszła do nas na kawę, razem z ulotkami, woreczkami strunowymi wypełnionymi dziwnymi substancjami, z metalowymi i kamiennymi bryłami, które miały uporządkować przepływ energii w naszym domu i w ciele mojej żony.

Słuchałem tych bredni i w pewnej chwili zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie powinienem tego nagrywać. Czekałem na moment, gdy oboje z Mileną wybuchniemy śmiechem, ale ona chłonęła każde słowo padające z ust tej naciągaczki i znachorki, jakby to były prawdy objawione.

– Kochanie, pozwól tutaj – zawołałem ją do kuchni.

Gdy przyszła, spytałem szeptem:

– Chyba jej nie wierzysz? Co innego zioła, a co innego miedziana spirala za tysiąc złotych, która zmieni przepływ energii, pod warunkiem że leży pod łóżkiem. Proszę cię, bądźmy rozsądni.

– Ja mam być rozsądna? Ja? No właśnie jestem! Próbuję uchronić moje dzieci przed utratą matki. I jeśli pomoże mi w tym wsadzenie czegoś pod łóżko, to tak zrobię! – wyrwała mi talerzyk z ciastkami i pomaszerowała do salonu.

Od tamtego wydarzenia miałem wrażenie, że nie znam już swojej żony. Piła jakieś dziwne napary, po których zwijała się z bólu, ale twierdziła, że tak musi być, bo umierające komórki nowotworowe próbują ją tym bólem powstrzymać przed kontynuacją terapii.

Piła te napary i zwijała się z bólu

Paliła jakieś kadzidła. Okadzała mieszkanie. Wszędzie stały piramidki mocy, spirale mocy, cholera wie co jeszcze. Przerażony poszedłem do jej lekarza prowadzącego. Pani doktor przeraziła mnie jeszcze bardziej.

– Bardzo mi przykro, ale pani Milena zrezygnowała z naświetlań. Usilnie sugerowałam tę metodę, bo chociaż usunęliśmy, co się dało, komórki nowotworowe czasem kryją się w okolicznych węzłach chłonnych. Radioterapia je zabija. Niestety, pana żona stanowczo odmówiła. Panie Jacku, ja nie jestem przeciwniczką mądrze stosowanych terapii alternatywnych. Ziołolecznictwo może dawać zaskakujące efekty, ale jako uzupełnienie tradycyjnego leczenia. To, czym dysponujemy, potrafi wyleczyć chorego, i pana żona nadal ma to szanse, ale bez dokończenia naświetlań… – lekarka bezradnie rozłożyła ręce. – Proszę ją przekonać. Chorzy często się opamiętują, gdy jest za późno, kiedy jesteśmy już bezsilni.

W naszym domu po raz pierwszy pojawiły się poważne kłótnie. Walczyliśmy ze sobą, niemal na śmierć i życie. Bo przecież o życie tu szło! Milena odmawiała kontynuowania leczenia w ogóle, a ja żądałem, żeby zaczęła znowu myśleć jak moja rozsądna, inteligentna i mądra żona. I żeby myślała też o nas, nie tylko o sobie.

– Zwariowałaś przez tę Ilonę! Nie pozwolę ci na wlewanie w siebie jakichś nieprzebadanych substancji! Zobacz, poczytaj sobie opinie o tych terapiach! Nie moje, ale ludzi, których bliscy umarli, bo zrezygnowali z konwencjonalnego leczenia na rzecz tych bzdur. Brniesz w ślepą uliczkę. Opamiętaj się!

– Ale to działa, uwierz mi. Czuję się lepiej! Ja chyba najlepiej wiem, jak się czuję! Jeszcze tylko kupię promiennik wody…

– Co? Jaki znowu promiennik wody?

Twierdziła, że czuje się lepiej

Pieniądze z naszego konta znikały w tempie błyskawicznym. I wcale nie chodziło mi o tę kasę. Sprzedałbym ostatnią koszulę, oddałbym własną nerkę, gdybym za to kupił zdrowie mojej żony.

Gdyby potrzebowała leku, operacji na drugim końcu świata, żebrałbym, żeby zdobyć pieniądze. Ale ona wydawała nasze oszczędności na kamienne piramidki i maszynerie, które nie miały prawa działać, które były niczym innym niż szarlatanerią i żerowaniem na przerażonych, chorych ludziach!

Nie udało mi się jej przekonać, żeby wróciła na naświetlania. Nie chciała o tym słyszeć, a na siłę nie można nikogo ratować. W pewnym momencie zemdlała i wylądowała w szpitalu. Przerzuty były już w węzłach chłonnych i trzustce. Na jakąkolwiek terapię – jak ostrzegała lekarka – teraz było za późno.

Milena umierała dwa miesiące, w potwornych bólach i pełna wyrzutów sumienia, że zostawia nas samych, że mnie nie posłuchała…

Do tamtej chwili nie miałem pojęcia o rozpaczy. Kiedy Milena odeszła, nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Najchętniej rozszarpałbym na strzępy ludzi odpowiedzialnych za tę „alternatywną terapię”.

Odpowiedzialnych za śmierć kolejnego człowieka, wspaniałej kobiety, żony, matki… Na czele z Iloną, której zafundowałbym najbardziej bolesną śmierć, jaką da się wymyślić.

Jak miałem wytłumaczyć to naszym dzieciom?

Jak wyjaśnić, że nie miałem dość siły i mądrości, by przemówić ich mamie do rozumu? Jak samemu sobie wybaczyć, że moja najlepsza przyjaciółka gdzieś w tym strachu o siebie zniknęła, zagubiła się, a ja nie potrafiłem jej pomóc odnaleźć drogi powrotnej?

Prześladuje mnie, że Milena miała szansę na wyleczenie, że mogła dziś być z nami. Kiedy nasz najmłodszy syn zdmuchnie sześć świeczek na torcie, nie będzie to radosna uroczystość. Żaden z nas nie ma ochoty na świętowanie. Każdy snuje się po domu ze łzami w oczach, a w nocy płacze w poduszkę.

Podobno mądry człowiek uczy się na błędach, ale ten prawdziwie mądry – na cudzych. Więc niech choć dla jednej osoby nasza historia stanie się przestrogą i nauką. Nie warto wyważać otwartych drzwi.

Czasem wystarczy pójść utartym schematem, skorzystać z tego, co ma największe szanse powodzenia. A już na pewno nie warto korzystać z czegoś, co stoi w jawnej sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem.

Ciągle sobie wyrzucam, że nie byłem dość stanowczy, że nie zmusiłem jakoś Mileny… Może wtedy zamiast na jej grób chodziłbym z nią na spacery nad rzekę, do ogrodu botanicznego, wyjechalibyśmy w góry. Teraz zostały mi tylko smutek, tęsknota i rozczarowanie. Oddałbym wszystko za jeszcze jeden jej uśmiech…

Czytaj także:
„Piłam by zapomnieć, bawić się i by zasnąć. Stałam na równi pochyłej, z której wyciągnął mnie mąż i pozew rozwodowy”
„Poskąpiłam kasy na droższą usługę i wybrałam tańszą. Efekt? Na własnym ślubie wyglądałam tak, że goście mi współczuli”
„Jestem po 60-tce, ale uknułam plan podrywu jak nastolatka. Było mi wstyd, kiedy nie poszedł tak, jak planowałam”