Zakupoholiczka fot. Adobe Stock, Kalim

„Bratowa jest zakupoholiczką, a o ciuchach mówi jak o kochanku. W ten sposób leczy rany, które zadał jej mój brat”

„>>Czyżby nawiązała jakiś flirt?<< – przemknęło mi przez głowę, kiedy patrzyłam na jej radosną minę i oczy pełne szczęścia. Biedny ten mój brat… Byłam pewna, że zaraz padną wyznania o tym, jak to poznała miłość swego życia, i na gwałt szukałam w głowie argumentów, dzięki którym skutecznie sprowadzę ją na ziemię”.
/ 01.10.2022 14:30
Zakupoholiczka fot. Adobe Stock, Kalim

W sobotnie letnie popołudnie umówiłam się z bratową na babskie pogaduchy. Spóźniała się. Czekając na nią w kawiarnianym ogródku na rynku, leniwie popijałam colę i z braku lepszego zajęcia przyglądałam się tłumom spacerowiczów, którzy wylegli na starówkę. Zaniepokoiłam się, dopiero kiedy ratuszowy zegar wybił piętnastą. Rany, pół godziny tu siedzę, a tej nie ma. Może coś się stało? Sięgnęłam właśnie po telefon, żeby zadzwonić do Sylwii, kiedy usłyszałam za sobą jej głos:

– Długo czekasz? Przepraszam! – poczułam mokry całus na policzku.

– No trochę – mruknęłam. – Już myślałam, że się pomyliłam albo coś ci się stało, i chciałam zadzwonić…

– Straszne cię przepraszam – weszła mi w słowo i usadowiła się na rattanowym foteliku. – Wpadłam na chwilę do centrum handlowego i…

– I cię wessało! – dokończyłam za nią, śmiejąc się i popatrując na imponującą liczbę reklamówek z logo popularnych firm.

– Tak – przytaknęła z powagą. – Ale zobacz, tobie też coś kupiłam. Jestem pewna, że ci się spodoba.

Zręcznie niczym prestidigitator wyciągnęła z foliówki tęczową szarfę.

– Szalik. Czysty jedwab. Twoje kolory – zachwalała swój prezent.

Przechyliła się nad stolikiem i owinęła mi miękki materiał wokół szyi.

– Dzięki wielkie – odparłam.

Wprawdzie nie potrzebowałam szalika, a kolory, choć piękne, nie należały do tych, po które sięgałam najczęściej, niemniej doceniłam gest.

Prowadziłam monolog...

– A sobie co kupiłaś? – pytanie zadałam ot tak, bo wcale nie byłam zainteresowana nabytkami bratowej.

Nie spodziewałam się, że tych kilka słów wywoła tak żywiołową reakcję.

– Zobacz! Supersukienka! – już grzebała w kolejnej torbie. – Idealna na lato i przeceniona o 20 procent!

Ułożyła kolorowy ciuszek na wolnym fotelu i znowu zanurkowała pod stół do następnej torby.

– A do tego… – zrobiła pauzę dla wzmocnienia efektu – idealne buty!

Kolorowe sandałki wylądowały na sukience. Sylwia ponownie się schyliła i wyciągnęła kolejną rzecz. Tym razem był to kostium kąpielowy, nad którego zaletami długo się rozwodziła. Myślałam, że umrę z nudów.

– Może coś zamówimy? – przerwałam w końcu tę prezentację. – Wiesz, kelnerka już dwa razy wymownie zerknęła w naszą stronę.

– A tak, oczywiście – przytaknęła z roztargnieniem bratowa, znowu pochylając się nad swoimi torbami. – Zamów dla mnie to co dla siebie…

– Sylwia! Do cholery! – zirytowałam się wreszcie. – Odłóż te swoje zakupy i skup się. Umówiłyśmy się, żeby pogadać, a nie oglądać ciuchy!

Popatrzyła na mnie zdziwiona.

– Przecież gadamy. O co ci chodzi? – spytała z wyrzutem.

– To nie jest rozmowa – pokręciłam głową z niesmakiem. – To jest jednostronny i monotematyczny monolog.

Przyjęła krytykę w milczeniu i przez chwilę rzeczywiście starała się zainteresować moją propozycją wspólnego wyjścia na koncert znanej grupy. Ale kiedy usłyszała, jaka jest cena biletów, zagwizdała przeciągle.

– Nie dam stu dwudziestu zeta za półtorej godziny muzyki. To prawie cena torebki, którą sobie upatrzyłam!

– Po co ci kolejna torebka? – zapytałam; niepotrzebnie, bo przecież odpowiedzi mogłam się domyślić.

– Takiej jeszcze nie mam, a przyda mi się do płaszcza, który kupiłam na wiosennej przecenie.
Zrozumiałam, że dzisiaj sobie z bratową rozsądnie nie pogadam. Może po prostu ma taki zakręcony dzień…

Ostatecznie mnie też zdarzało się topić frustracje w ciuchowych zakupach czy ulegać magii sezonowych obniżek. Raz na jakiś czas. O tym, że Sylwia ma jednak jakiś problem, przekonałam się w trakcie naszych kolejnych spotkań.

Myślałam, że zaraz opowie o kochanku

Któregoś dnia wpadła do mnie do domu bez zapowiedzi. Podekscytowana, zarumieniona, z oczyma błyszczącymi pożądaniem. „Czyżby nawiązała jakiś flirt?” – przemknęło mi przez głowę, kiedy patrzyłam na jej radosną minę i oczy pełne szczęścia. Biedny ten mój brat…

– Nie uwierzysz! – zaczęła od progu. – No, po prostu nie uwierzysz!

Byłam pewna, że zaraz padną wyznania o tym, jak to poznała miłość swego życia, i na gwałt szukałam w głowie argumentów, dzięki którym skutecznie sprowadzę ją na ziemię.

– No, co się takiego stało? – spytałam, szykując się na najgorsze.

– Tę torebkę, o której ci mówiłam, przecenili! – wykrzyczała mi z taką emfazą, jakby właśnie dowiedziała się, że została milionerką. – Musiałam ją zaraz kupić, bo okazało się, że to ostatnia sztuka. Rozeszły się jak świeże bułeczki. Ale na szczęście udało mi się zdobyć moje cudo – czule pogładziła trzymaną w ręce paczkę. – Jeszcze poluję na botki pod kolor. Już sobie jedne upatrzyłam. Mówię ci, są piękne! I jakie wygodne. Przecudowne po prostu…

Zamarłam. Ona o ciuchach mówiła jak o kochanku. Ciuchy stały się sensem jej życia, przysłaniały wszystko inne, wyłączały zdrowy rozsądek! Moje podejrzenia potwierdziły odwiedziny u brata w domu. Wybierałam się na spływ i chciałam od Sylwii pożyczyć nieprzemakalną kurtkę.

Kiedy otwierała przede mną kolejne szafy, szukając rzeczonej kurtki, ze zdziwieniem zauważyłam upchane w środku ciuchy, po kilka na jednym wieszaku, niektóre rzeczy były jeszcze z metkami, czyli nigdy niewkładane. Na dole leżały pękate torby z kolorowymi fatałaszkami. Górne półki szczelnie wypełniały pudełka z butami. We wszystkich szafach było tak samo.

To wydawało mi się nienormalne…

– Jak ty się w tym orientujesz? – zapytałam Sylwię, wskazując na kipiące ciuchami wnętrze. – Masz kiedy to wszystko nosić?

Chyba po raz pierwszy wyczuła ironię w moim głosie, bo wręczając mi odnalezioną wreszcie na dnie szafy kurtkę, odparła dość chłodno:

– Cóż, przynajmniej nie muszę od nikogo niczego pożyczać.

Próbowałam porozmawiać z bratem na temat tej chorobliwej pasji jego żony, ale tylko machnął ręką.

– Ona już tak ma – stwierdził z rezygnacją. – Jedne piją, inne zdradzają, a ona kupuje. To w sumie nie jest najgorsza z możliwych wad.

– Nie rozumiesz! – zdenerwowałam się. – Moim zdaniem to jest już choroba, to trzeba leczyć!

– Jedyne, co mogłem zdobić, to ograniczyć jej limit wydatków na karcie – przyznał jakby ze wstydem.

Długo myślałam o problemie Sylwii. Dostrzegłam w nim „drugie dno”. Ona tymi zakupami rekompensowała sobie braki w małżeństwie. Widocznie mój brat nie potrafił zapewnić jej emocji, jakie dawało jej kupowanie. To w sklepach przeżywała wzruszenia i szczęśliwe momenty, tam żywiła się nadziejami i złudzeniami, że kolejny zakup zmieni coś w jej życiu.

Fatałaszki zapewniały jej iluzję, że jest piękna i godna podziwu, skutecznie podtrzymywaną przez rzesze sprzedawczyń zarabiających swoje na prowizji od utargu. Spróbowałam przekierować pasję Sylwii na inne tory.

– Może wybrałabyś się ze mną na siłownię? – zaproponowałam któregoś dnia podczas jednego z rodzinnych spotkań.

– Samej mi się nie chce chodzić, a we dwie byśmy się nawzajem mobilizowały – zachęcałam ją sprytnie. – Mówiłaś kiedyś, że przydałoby ci się trochę poprawić kondycję…

Zgodziła się podejrzanie łatwo. A ja szybko zrozumiałam, że był to jedynie pretekst do kolejnych zakupów! Musiała przecież zaopatrzyć się w dres, adidasy, legginsy, topik, sportową bieliznę, kolorowy bidon…

Zastąpiła jedno uzależnienie innym

Jednak nie odpuszczałam. Wyposażoną jak na półroczną wyprawę wysokogórską Sylwię zabrałam do klubu fitnessu, do którego sama uczęszczałam. Ku mojemu zaskoczeniu, szybko się tam odnalazła.

Dobrze się czuła wśród chwalących jej sylwetkę trenerów i pełnych zazdrości spojrzeń ćwiczących kobiet, które śledziły jej zmieniające się co trening stroje. W końcu doszło do tego, że to ona mnie mobilizowała i wyciągała na zajęcia. Namawiała mnie, byśmy się zapisywały na kolejne rodzaje ćwiczeń: joga, ABS, aerobic, pilates, zumba… Po którejś propozycji stanowczo odmówiłam.

Ćwiczyłam dla zdrowia, ale nie miałam zamiaru czynić z tego sposobu na życie. W przeciwieństwie do Sylwii ceniłam sobie również inne sposoby rekreacji. Ona jednak nie zauważała, że znowu popada w przesadę.

– Jezuuu, ale mam zakwasy! – jęczała, przeciągając się z lubością. – Może zapiszę się na spinning? Jak myślisz? – pytała, chociaż wiedziałam, że już podjęła decyzję.

Zrozumiałam, że moja próba wyciągnięcia jej z zakupoholizmu spełzła na niczym. Jedno uzależnienie zastąpiła drugim, na dodatek teraz argumentując, że robi to dla zdrowia.
Nie wiem, jakby się to wszystko skończyło, gdyby poważnie nie nadwerężyła barku. Trafiła do mądrego lekarza, który długo z nią rozmawiał, po czym oprócz maści i środków przeciwbólowych przepisał jej również konsultacje u psychologa.

Sylwia zaczęła chodzić na terapię. Niby pomaga. Wraca z niej spokojniejsza, bardziej wyciszona. Tyle że po drodze wchodzi do księgarni i za każdym razem kupuje jakąś psychologiczną pozycję, którą potem wnikliwie studiuje w domu. Ostatnio tak się zaczytała, że przypaliła gulasz… 

Czytaj także:
„Wnuczki nie dość, że młode, to jeszcze mieszkają za granicą. Gdy słyszą, jak to się żyło za komuny, myślą, że je wkręcam”
„40 lat temu żona odpowiedziała na anons w gazecie i tak się poznaliśmy. Do dziś nie ma pojęcia, że nie ja go napisałem”
„Mój mąż wychowuje dzieci, a ja buduję gniazdko z nowym chłopakiem. Nikomu ten układ nie przeszkadza, bo wciąż się kochamy”