Kobieta, która zdradza męża fot. Adobe Stock

„Mój bogaty mąż odkrył, że od roku mam biednego kochanka artystę. Muszę wybrać - życie w luksusie czy miłość”

Cholerny świat! Dlaczego ciągle muszę dokonywać jakichś wyborów i czemu zawsze na tym tracę? A było tak cudownie – miałam i miłość, i pieniądze... Miałam wszystko.
/ 20.11.2020 13:15
Kobieta, która zdradza męża fot. Adobe Stock

A potem nagle kubeł zimnej wody na głowę i żądanie: „Wybieraj!”. Czy naprawdę muszę? To zawsze bardzo trudne, a w tym przypadku – ogromnie.

Siedzę w fotelu gotowa do wyjścia. Kołnierz futra z norek miło łaskocze moje policzki. Zaciągam się papierosem i leniwym wzrokiem omiatam pomieszczenie. Pod ścianami i na ścianach obrazy – wykończone, zaczęte albo te, które dopiero powstaną – na razie mają formę płócien naciągniętych na blejtramy. Przez chwilę patrzę na martwą naturę, plątaninę barw i kształtów. W niepewnym blasku świec zdają się drżeć i dygotać, może z zimna… Pracownia Mateusza jest wiecznie niedogrzana.

Wczoraj wparowałam tu zaryczana i gotowa go zabić.
– Co to za zdzira? – wrzasnęłam od progu, choć bardzo starałam się zachować spokój.
– I nie mów, że to tylko wynajęta za pieniądze modelka. Widziałam ją na twoim wernisażu.
– Opanuj się – Mateusz nawet na mnie nie spojrzał; w skupieniu wyciskał z tuby resztki cynobru i rozprowadzał je szpatułką po palecie. – To zwykła dziewczyna, nikt ważny.
– Nikt ważny?! Zawsze do łóżka chodzisz z nieważnymi? – Nagle zrobiło mi się zimno pod tym moim futrem do ziemi. – Ja też jestem nieważna?
Popatrzył na mnie łagodnie i wzruszył ramionami.
– Ninko, nie bądź drobnomieszczańska. Ciebie kocham, a z dziewczynami chodzę do łóżka. Czy ja cię pytam, co robisz ze swoim mężem?
Fakt, nie pytał. Ale nie było o co… A, do diabła z tym!
– To co, pokażesz mi, jak bardzo mnie kochasz? – wyszeptałam kusicielsko.
Mateusz jak zwykle nie potrzebował dalszych zachęt. Wolno wytarł dłonie w gałganek nasączony terpentyną i zanim zdążyłam zrzucić wszystkie szmatki, wziął się do dzieła.

Noc minęła niepostrzeżenie i już mamy świt za oknami. Zimne światło rozlewa na pościeli. Mój kochanek leży na brzuchu z rękami rozrzuconymi na boki. Wygląda jak grecki bóg. Spojrzeniem dotykam śniadej skóry ramion, szerokich pleców, bioder… Zachwycam się meszkiem, który pokrywa wypukłe pośladki...

Stop.

Zduszam niedopałek w popielniczce, naciągam rękawiczki, cicho wstaję i podchodzę do drzwi. Po chwili stukot moich obcasów rozprasza poranną ciszę kamienicy. Skrzypnięcie klamki i jestem na ulicy. Blask poranka nieprzyjemnie kłuje w oczy, wiatr mrozi policzki. Podnoszę kołnierz i szczelniej otulam się futrem. Mój zielony jaguar rozpiera się dumnie między pospolitymi fordami i fiatami. Jego wnętrze jest przestronne i ma znajomy zapach: skóry, perfum i luksusu. Przekręcam kluczyk w stacyjce, silnik zaczyna mruczeć jak duży, leniwy kot.

Zabawne, ale to dzięki Krzysztofowi poznałam Mateusza.
– Malarz jest młody i jeszcze tani, ale dobrze się zapowiada. W każdym razie tak twierdzą krytycy – powiedział rok temu. – Zamówiłem u niego twój portret. Kto wie, może za parę lat będzie wart fortunę.
„Materialista!” – pomyślałam wtedy, ale następnego dnia posłusznie wdrapałam się na strych przedwojennej kamienicy. Drzwi otworzył mi wysoki, mężczyzna. Niesforne, kasztanowe pukle zasłaniały mu pół idealnie harmonijnej twarzy. Odrzucił je na bok niecierpliwym gestem. Był piękny.
Zanim po raz pierwszy dotknął pędzlem płótna, podszedł do mnie i zsunął mi z ramion szal, którym się okryłam.
– Wspaniale – wyszeptał i zabrał się do pracy.
Miałam prawie 36 lat i pierwszy raz od dawna poczułam ten cudowny dreszcz podniecenia. Kochankami zostaliśmy już po drugiej sesji. Byłam zauroczona Mateuszem, jego młodością i talentem. Delikatne dłonie o długich, wiecznie poplamionych farbą palcach obudziły w moim ciele uśpione wspomnienia i zachłanność. Przez kilka godzin w tygodniu świat przestawał istnieć. Był tylko Mateusz.

Po niecałej godzinie jazdy skręcam w wysadzaną dębami aleję. Z daleka dostrzegam bramę. Redukuję bieg, zwalniam, wciskam guzik na pilocie i brama rozsuwa się bezszelestnie. Jaguar toczy się po żwirowym podjeździe, zatrzymuję go przy schodach i wysiadam wprost na pierwszy stopień. Marzę o ciepłej kąpieli, kieliszku brandy, a potem długim, długim śnie.
– Cieszę się, że jesteś – Krzysztof uśmiecha się jakoś krzywo.
Jest ubrany jak do podróży, gotowy do wyjścia.
– Konferencja się przedłużyła. Nie lubię jeździć w nocy, więc przespałam się w biurze fundacji – kłamię gładko i robię krok w kierunku schodów prowadzących na piętro.

Już jest przy mnie. Jego porośnięta rudawymi włoskami dłoń zaciska się na moim ramieniu, twarz męża napięta i czujna przysuwa się blisko mojej.
– A kto ci w tej drzemce towarzyszył, Nineczko? – cedzi słowa.
– Co ty mówisz? – syczę z bólu, ale żelazne kleszcze mężowskich palców trzymają mnie mocno.
– Posłuchaj, ty… – jego oddech ma cierpki zapach przetrawionego alkoholu – posłuchaj, maleńka. Mam dość. To trwa zbyt długo i znudziło mi się, rozumiesz?
– Krzysiu, przestań…
Jestem już mocno zmęczony tobą, twoimi gierkami i kochasiem – jego twarz wykrzywia zimny uśmiech.
– Upiłeś się, to jakieś bzdury – Usiłuję się uwolnić.
– Bzdury? – Popycha mnie gwałtownie, ledwo łapię równowagę. – Co jest bzdurą? Ja czy twój kochaś? A może to? – Wykonuje szeroki gest w powietrzu. – Ten dom? Twoje szafy pełne ciuchów z najlepszych butików są bzdurą? Samochody, zakupy w Paryżu, weekendy w Londynie, wakacje w miejscach, o których zwykli ludzie wiedzą tylko ze szkoły, a i to jeśli byli szczególnie dobrzy z geografii… Co jeszcze jest bzdurą?!
– Krzysztof! – krzyczę, ale głos mi się łamie. – Co ty wygadujesz?
– Przestań, cholera, przestań robić ze mnie osła! – wrzeszczy tak, że kryształowe sople w żyrandolu brzęczą cicho. – Dosyć. Pora się na coś zdecydować, więc wybieraj, co jest dla ciebie bzdurą? – Jego nalana twarz robi się purpurowa, na czoło występują krople potu. – I pamiętaj, nie masz dużo czasu.
– Krzysiu, uspokój się, twoje serce… – proszę cicho.
– Twoja troska jest w tej sytuacji doprawdy wzruszająca – wpada mi w słowo. – Mogę cię jednak uspokoić – z moim sercem wszystko w porządku. – Krzysztof kładzie teatralnym gestem rękę na swojej piersi.
– Jest na miejscu, wiesz? A ty masz czas do jutra. Ja albo on. Kochaś albo wszystko, co masz. I radzę ci po starej przyjaźni, zanim coś postanowisz, rozejrzyj się jeszcze raz…
Mąż schyla się i podnosi skórzaną torbę podróżną.
– Lecę do Londynu, ale tym razem nie zapytam, co ci przywieźć.

Trzaskają drzwi.

– A idź do wszystkich diabłów! – wrzeszczę i wbiegam na górę. – Mam gdzieś twoje prezenty – wykrzykuję, choć z podwórza słychać już warkot silnika terenowej hondy. – Głupi, stary cap.

Z impetem otwieram drzwi garderoby i rozbieram się pośpiesznie. Kopię w kąt pantofle, zrzucam garsonkę na podłogę. Przez chwilę siłuję się z zapięciem naszyjnika z pereł.
– Cholera jasna – Jednym szarpnięciem zrywam żyłkę, drobne, białe kulki rozsypują się i toczą po dywanie. – Do diabła z tym wszystkim.

Naga wbiegam do łazienki. Odkręcam błyszczące kurki, potem w zamyśleniu przysiadam na brzegu wanny. Ten idiota, ten żałosny bałwan, który zna się tylko na spółkach prawa handlowego i robieniu coraz większych pieniędzy myśli, że można mnie kupić jak kolejne przedsiębiorstwo. Dobre sobie. Po latach nudnego małżeństwa wreszcie kocham. I nie zrezygnuję z miłości.

Sięgam po telefon stojący na szafce obok wanny i wybieram numer Mateusza.
– Kochanie, obudziłeś się już? – Odpowiedzią jest ciche senne mruknięcie. – Niedługo u ciebie będę.
– Zapomniałaś czegoś? – pyta. Jego zaskoczenie jest autentyczne i wcale, ale to wcale mi się nie podoba.
– Nie, ale… Wiesz, skarbie, odchodzę od Krzysztofa – powiedziało mi się to tak lekko, że sama się zdziwiłam.
– Co takiego? – w głosie mojego greckiego boga wyczuwam brak entuzjazmu.
– Kocham cię i chcę być z tobą – mówię cicho.
Dlaczego on się nie cieszy? Po chwili Mateusz wreszcie odzyskuje głos:
– To cudownie, Nineczko. Zamieszkamy razem.
– Tak, skarbie, wszystko zaczniemy od początku – mój głos odbija się echem od białych sycylijskich kafelków.

Siedzę w pachnącej pianie i uśmiecham się do swoich myśli. Mój kochany, słodki chłopak. Tylko dlaczego wraca do mnie tamten dzień?

Poszło o głupotę. Kupiłam mu garnitur, żeby na wernisażu wyglądał elegancko, a on mnie zwymyślał.
– Myślisz, że jestem twoją lalką? A może syneczkiem? Że mnie będziesz stroić jak pekińczyka, i to w dodatku w gówna za grube tysiące, które pasują mi jak krowie siodło? – wrzeszczał. – Nic z tego.
Byłam przerażona, myślałam, że to koniec, a on nagle przygarnął mnie i mocno pocałował.
– Ninko, zrozum, taki jestem. Albo bierzesz mnie z całym moim niezbyt eleganckim światem, albo wcale. Okej? – zakończył, porwał mnie na ręce i  zaniósł do łóżka.

Pościel, niezmieniana od miesiąca, była szorstka w dotyku, podkoszulek, który zdjęłam Mateuszowi, przepocony i poplamiony farbami. Ale jak ten chłopak całował. Świat zatrzymywał się w miejscu.
„Kocham go, miłość jest najważniejsza i wszystko zwycięży” – powtarzam w myślach i wchodzę do garderoby. Przez poranną awanturę z Krzysztofem o mało nie zapomniałam, że jestem umówiona na lunch z Teresą i Lidką.

W „Sheratonie” trzeba jakoś wyglądać, więc wkładam koronkową bieliznę, cieniutkie jak mgiełka pończochy, suknię z jedwabnej surówki. Na wierzch oczywiście futro. Norki czy lisy? A może ten biały płaszcz wykończony lamą? Krzysztof kupił mi go przy Knightsbridge w Londynie. Nie taki drogi, ale ten fason… Oglądam się w lustrze ze wszystkich stron. Bosko. Tylko suknia za długa. Szlag by to trafił, przecież ja nie mam co na siebie włożyć. Zbieranina szmat i tyle. Nagle pod stopą wyczuwam jakąś grudkę. To moje perły. Opadam na kolana i zaczynam zbierać powoli, jedna po drugiej. Podnoszę wzrok i dostrzegam porzucone pod ścianą beżowe pantofle od Blahnika. Co Krzysztof powiedział? Kochaś albo…

Nie, on tego nie zrobi. Zrobi, cholera, przecież jest prawnikiem, i to w dodatku bystrym. Zabierze mi wszystko. Jak to, przecież mamy już rezerwację na Mauritius… Nie pojadę na Mauritius?!

W holu na piętrze wisi mój portret pędzla Mateusza: dojrzała, wyniosła kobieta ma zaciśnięte krwistoczerwone usta. To taką mnie widzi mój ukochany? Jedno szarpnięcie i wielkie płótno z hukiem ląduje na podłodze. „Nie, to nie dla mnie – myślę i schodzę do kuchni. – Nie stać mnie na luksus posiadania kochanka artysty”.

Nalewam mocną kawę do filiżanki Rosenthal i wciągam w nozdrza cudowny aromat. Tak, tego mi było trzeba.

Więcej listów do redakcji:„Adoptowaliśmy chłopca. Po 7 latach postanowiłam, że oddamy go z powrotem do domu dziecka”„Nie mieszkam z mężem, bo ciągle się kłócimy. Spotykamy się 2 razy w tygodniu i w weekendy”„Mąż miał na moim punkcie obsesję. Nie chciał się mną z nikim dzielić. To doprowadziło do tragedii”