„Chciałam zeswatać przyjaciółkę z kolegą z pracy. Nic nie poszło zgodnie z planem, ale... efekt zadowolił wszystkich”

przyjaciele na podwójnej randce fot. Adobe Stock, chika_milan
„Wreszcie dołączył długo wyczekiwany Łukasz. Kiedy wszedł, chrząknęłam dyskretnie, żeby dać znać Uli, bo była tak pogrążona w rozmowie z Mateuszem, że nie zauważyła jego pojawienia się. Wstałam i przedstawiłam go wszystkim, z zaciekawieniem obserwując reakcję Uli. Była czarująca. Coś tego wieczoru się w niej zmieniło”.
/ 23.08.2022 18:30
przyjaciele na podwójnej randce fot. Adobe Stock, chika_milan

 – Ja to chyba nigdy nikogo nie znajdę – jęknęła Ulka, siadając obok mnie na ławce.

Biedna Ulka. Kolejny związek posypał jej się jak domek z kart. Popatrzyłam nią ze współczuciem. Była moją przyjaciółką od lat i naprawdę nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, żeby mieć takiego pecha do związków jak ona. Każdy jej kolejny chłopak miał cechy, które dyskredytowały go jako potencjalnego narzeczonego. Jak nie opętańczo zazdrosny Roman, to ukrywający się alkoholik Jacek, chorobliwie oszczędny Zbyszek, a teraz jeszcze ten – obsesyjnie pedantyczny Piotrek.

– Może ja jestem po prostu zbyt wybredna? Ty wyszłaś za swojego pierwszego chłopaka i proszę! Macie dzieci i jesteście fajną rodzinką!

– Ty jesteś wybredna? Raczej zbyt otwarta! Większość kobiet z marszu odrzuciłaby takich palantów, a ty zawsze uważasz, że każdy zasługuje na szansę, i masz nadzieję, że się zmienią. Kochana, coś jest nie tak z tą twoją kobiecą intuicją, bo zawsze cię zawodzi.

Ula słuchała mnie przygnębiona, ale przyznała mi rację. Nie mówiłam tego, żeby sprawić jej przykrość. Wręcz przeciwnie! Chciałam dla niej jak najlepiej. Może więc dla kogoś z boku moje słowa brzmiałyby jak ostra krytyka, ale ja liczyłam na to, że w ten sposób pomogę jej się trochę otrząsnąć i pozbierać. 

Zupełnie nie miała szczęścia w miłości

Ula spoglądała w niebo, snując zapewne ponure myśli o swojej samotnej przyszłości, a ja dumałam, co zrobić, żeby jakoś jej pomóc. Nagle wpadłam na pewien pomysł.

– Może po prostu powinnaś dać się zeswatać komuś innemu?

– Niby komu? Portalom randkowym? Już to przerabiałam! To była totalna porażka.

– Nie portalom. Na portalach wybierasz ty. I z całym szacunkiem, ale nie idzie ci to dobrze. Może ktoś powinien zadecydować za ciebie?

– Dobra! Ty mi wybierz faceta, a ja się umówię! – wypaliła bez chwili namysłu. – Obiecuję nie spisywać go z góry na straty, nawet jeśli nie do końca będzie w moim typie.

Spojrzałam na nią zaskoczona. Szczerze mówiąc, nie miałam na myśli siebie. Raczej mamę Uli albo jej siostrę. Ale z drugiej strony… może faktycznie pomysł nie był taki zły. Postanowiłam rozejrzeć się wśród moich znajomych w pracy i zapytać męża, czy nie ma jakichś samotnych kolegów, którzy szukają drugiej połówki.

– Mietek szuka! – ożywił się Rafał.

– Mietek niech szuka w spelunach, po których się kręci – oburzyłam się. – Mówię o kimś wartym uwagi, a nie kolejnym beznadziejnym typku!

– To nie wiem – Rafał podniósł ręce w obronnym geście. – Wolę się chyba w to nie mieszać, bo potem będzie miała do mnie pretensje.

No w sumie, jeśli miał tylko takich kandydatów jak Mietek, to może faktycznie lepiej, żeby się nie udzielał. Następnego dnia w pracy postanowiłam uważnie się rozejrzeć.

W naszym biurze pracuje sporo mężczyzn, bo firma zajmuje się projektowaniem oświetlenia ulicznego, a to w dużej mierze męska branża. Ja jestem tam sekretarką, więc znam wszystkich. Większość z panów jest już żonata, ale kiedy zaczęłam nad tym intensywniej myśleć, przypomniało mi się, że Łukasz jakiś czas temu rozstał się z dziewczyną. Kto wie, może byłby zainteresowany nowym związkiem?

To naprawdę sympatyczny gość, w dodatku kulturalny i solidny. Kiedy któregoś dnia Łukasz stanął w drzwiach, przyjrzałam mu się raz jeszcze, zanim przystąpiłam do ataku, i utwierdziłam się w przekonaniu, że to dobry wybór. Łukasz był wysoki, miał „niedźwiedzią” budowę, która zawsze podobała się Uli u facetów, i ciepłe spojrzenie. Musiałam jeszcze wszystko dobrze rozegrać, żeby nie wyglądało to na poszukiwanie kogoś na siłę dla brzydkiej i zdesperowanej koleżanki.

I jak ja teraz skompletuję „ekipę”?

– Hej, Łukasz… w końcu piątek, co? Jak tam plany na weekend? – zaczęłam bezpiecznie.

– No tak piąteczek, piątunio – zatarł ręce zadowolony. – Ach, pewnie pooglądam seriale albo sobie gdzieś wyskoczę. Nic szczególnego.

Wziął długopis i wpisał się na listę obecności. Wiedziałam, że mam dosłownie sekundy na reakcję, bo zaraz pożegna mnie skinieniem głowy i raczej już nie wróci do sekretariatu.

– Wiesz… jak nie masz nic konkretnego, to może dołączysz do nas? Wychodzimy ekipą do knajpy coś zjeść, wypić kilka piwek.

– Ekipą z pracy?

– Nie, nie. Moi znajomi. Fajni ludzie. Na pewno ich polubisz… – mówiłam, żałując, że nie przygotowałam się lepiej do rozmowy.

– Dzięki, Anka, ale raczej nie będę wam przeszkadzać, nie znam tam nikogo.

– Znasz mnie! A poza tym przydałoby się nam trochę świeżego narybku, bo już się wszyscy znamy jak łyse konie – próbowałam żartować, choć czułam, że się tylko pogrążam.

Myślałam już, że Łukasz się wystraszy i ucieknie, ale on zatrzymał się w pół kroku.

– Wiesz, właściwie… – odezwał się. – Właściwie czemu nie? Dawno już nie poznałem nikogo nowego. To gdzie i o której?

Byłam zachwycona! Wymyśliłam na szybko godzinę i podałam nazwę jednej z knajp, która jest niedaleko mojego domu. Odetchnęłam z ulgą, że się udało, i dopiero gdy emocje opadły, zaczęłam się zastanawiać, skąd ja, u licha, wezmę teraz jakąś „ekipę”?! Przecież jeśli pójdą tylko mój mąż i Ulka, to będzie co najmniej podejrzane. Nawet jeśli udam, że część się w ostatniej chwili wykruszyła, to potrzebny byłby ktoś jeszcze.

Cały dzień głowiłam się nad tym, kogo mogłabym zaprosić, ale nic nie przyszło mi do głowy. Kiedy kończył się dzień, do sekretariatu weszła Marzena, żeby zostawić jakieś papiery dla dyrektora. Była nowa w naszym biurze, więc od razu pomyślałam, że może ją zaproszę.

– Marzenko… a nie miałabyś ochoty wyjść z nami na piwo wieczorem?

– No jasne! Z przyjemnością – odpowiedziała entuzjastycznie, nie pytając o żadne szczegóły.

Nie pomyślałabym, że pójdzie to tak łatwo. Co prawda mówiłam Łukaszowi, że nie będzie nikogo z pracy, ale co tam! Jakoś to się wytłumaczy. Grunt, żeby był on i Ula.

Wracałam do domu zadowolona z siebie i dumna z własnego pomysłu. W drzwiach do klatki minęłam się z sąsiadem, który mieszka sam. Właściwie rzadko z nim rozmawiałam, ale rozochocona sukcesem z zaproszeniem Marzeny, postanowiłam zaprosić i jego.

– Mateusz, prawda? – zaczęłam.

– Tak… Aniu. W czymś mogę ci pomóc?

– Nie… albo właściwie to… tak. Poszedłbyś ze mną dzisiaj do baru? Mam pewne plany i…

– Czekaj, czekaj. Ty nie jesteś mężatką? – zaśmiał się i wskazał na moją obrączkę.

– No… jestem. Jasne, że jestem. To nie o to mi chodziło. Nie takie plany. Chodziło mi raczej o moją koleżankę. Idziemy na małe piwko po pracy. Możesz się dołączyć, jeśli chcesz. Mój mąż także będzie, więc możesz się czuć bezpieczny! – podjęłam jego żart, a on się uśmiechnął i odparł, że z przyjemnością dołączy, bo i tak nie miał planów na wieczór.

Przez męża trochę się spóźniliśmy...

Nie mogłam uwierzyć! Naprawdę udało mi się stworzyć ekipę. Co prawda każdy był z innej parafii, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Grunt, że będzie grupa chętnych na wieczorne wyjście i stworzy się idealne tło pod moją sercową zagrywkę. Jeszcze nic się nie zaczęło, a ja już byłam z siebie dumna. Zapytałam mamę, czy mogłaby wieczorem zostać z dziećmi. Nie miała nic przeciwko, więc zadzwoniłam do Ulki i powiedziałam, żeby wpadła dziś do „Impresji”, bo mam dla niej kogoś wyjątkowego.

– Tylko włóż jakąś sukienkę i szpilki. Musisz wyglądać jak milion dolarów.

– Oj, na milion to raczej już nie ma co liczyć, ale postaram się chociaż na dyszkę! – zaśmiała się i wyczułam podekscytowanie w jej głosie.

Miałam nadzieję, że choć byłam początkującym Amorem, mój strzał okaże się trafny. Sama włożyłam jeansy, tiszert i żakiet, podobnie kazałam się ubrać mężowi.

– Po co marynarka? – jęknął niezadowolony.

– Bo wychodzisz do ludzi! Nie marudź.

Rafał zbierał się jak mucha w smole. Ja już dawno byłam wyszykowana, a ten ciągle o czymś zapominał. Na koniec jeszcze musieliśmy wracać po jego komórkę. Czułam, że cała ta „zabawa w swatanie” wydaje mu się dziecinadą, ale ja wiedziałam swoje i nie zamierzałam odpuścić.

– Jest już dwudziesta! Będziemy spóźnieni! – pośpieszałam go; mimo to do knajpy weszliśmy spóźnieni o dobrych dwadzieścia minut.

Byłam wściekła na Rafała, ale on oczywiście nie miał sobie nic do zarzucenia. 

Przy zarezerwowanym przeze mnie stoliku siedzieli już Ula i nasz sąsiad, Mateusz. Całe szczęście Łukasza jeszcze nie było. Może i dobrze, że mieli okazję się poznać przed jego przyjściem, bo przecież zależało mi na stworzeniu pozorów, że jesteśmy paczką przyjaciół, a przedstawienie ich sobie przy stole mogłoby wzbudzić podejrzenia!

Wreszcie jesteście! – Ulka zerwała się, żeby nas przywitać.

– Sorry, kochana! Wszystko przez Rafała.

– Jasne! Najlepiej zrzucić wszystko na mnie!

– Nic się nie stało! W tak miłym towarzystwie można czekać na spóźnialskich! – roześmiał się Mateusz i podszedł się przywitać.

Jaki Mati? Miał być Łukasz!

Po chwili zjawiła się jeszcze Marzena, a na końcu dołączył wyczekiwany Łukasz. Kiedy wszedł, chrząknęłam dyskretnie, żeby dać znać Uli, bo była tak pogrążona w rozmowie z Mateuszem, że nie zauważyła jego pojawienia się. Wstałam i przedstawiłam go wszystkim, z zaciekawieniem obserwując reakcję Uli. Uśmiechnęła się i ewidentnie starała się być czarująca. Coś tego wieczoru się w niej zmieniło.

Nie wyglądała jak ta szara smutna myszka, na którą zwykle się kreowała. Miała jakiś błysk w oku i prowadziła naprawdę interesującą, dowcipną konwersację. Przypominała Ulkę sprzed lat – pewną siebie uczennicę, pełną wiary w to, że wszystko przed nią. Nareszcie nie widziałam w niej tylko złamanej negatywnymi doświadczeniami kobiety. Miło było widzieć ją w tak dobrej formie.

Byłam przekonana, że Łukasz będzie nią zachwycony. Zanim jednak wieczór rozkręcił się na dobre, zadzwonił telefon. Moja mama powiedziała, że Maciuś źle się czuje i wymiotuje. Nigdy wcześniej nie miał takich problemów, więc naprawdę się zaniepokoiłam.

– Już jadę – powiedziałam zdecydowanie.

Cóż, uznałam, że swaty mogą zaczekać, a jeśli moje dziecko mnie potrzebuje, to nie ma żartów. Rafał pojechał ze mną, bo przyjechaliśmy jednym autem. Było mi trochę głupio zostawiać tak wszystkich, ale nie było wyjścia.

Synek faktycznie był w kiepskiej formie i całą noc spędziłam, czuwając przy nim. To były godziny wycięte z życia. Podobnie kolejnych kilka dni, kiedy starałam się jakoś zapanować nad jego jelitówką, a później jeszcze męża i swoją. Niestety, wszyscy się zaraziliśmy. Kiedy po kilku dniach zadzwoniła Ula, ledwie już pamiętałam o naszym planowanym wieczorze.

– Wybacz, Ulcia, miałam cię wspierać, a uciekłam – przeprosiłam ją na wstępie.

– Oj, coś ty, Anka. Nic się nie stało. Poza tym, chyba nie przesadzę, jeśli obwieszczę sukces.

– Poważnie? Gratulacje. To opowiadaj.

– No cóż. Wieczór był świetny. Bawiliśmy się rewelacyjnie. Było naprawdę miło. A później Mati odprowadził mnie do domu i cóż… umówiliśmy się na randkę, a później kolejną i teraz niemal ode mnie nie wychodzi – zachichotała. – Jest cudowny. Myślę, że to będzie to, Anka!

– Zaraz, zaraz! Jak to Mati? Przecież ja cię miałam zeswatać z Łukaszem.

– Co? – parsknęła.

– Dawałam ci znaki, nie widziałaś?

– Nie! Skąd! Byłam pewna, że specjalnie spóźniłaś się, żebym czekała na ciebie z Mateuszem. No to niezły bigos. Ale cóż… teraz już niczego nie odkręcaj. Jestem zachwycona.

Odłożyłam słuchawkę zdumiona i rozbawiona. Nie mogłam uwierzyć, że sprawy przyjęły taki obrót! Kto by pomyślał. Zupełnie nie znałam Mateusza, ale wydawał się całkiem fajny. Sama jednak nigdy bym nie wpadła na akurat takie połączenie dusz! Po tygodniu wróciłam do pracy już w pełni sił. Pierwszą osobą, jaka wpadła do sekretariatu, była Marzena.

– Jak się czujesz, Aniu? Lepiej?

– O tak! Już w porządku. A ty jak?

– Ja… nawet lepiej niż w porządku. Dzięki wielkie za to zaproszenie na imprezę. Dzięki tobie bliżej poznałam Łukasza. Jest niesamowity – powiedziała i podeszła bliżej. – Spotykamy się… tylko na razie sza! Wiesz jak to w pracy. Lepiej na zimne dmuchać.

– No… tak – odparłam, zastanawiając się, czy coś jest mnie jeszcze w stanie zaskoczyć.

Cóż… wygląda na to, że niezła ze mnie swatka. Mam ewidentnie dryg do łączenia ludzi w pary, choć nie do końca takie, jakie sama bym przewidziała. Wręcz przeciwnie, powiedziałabym nawet. Za to jestem bardzo skuteczna, bo – ku mojemu zdumieniu – od tej pamiętnej imprezy minął już rok, a obie pary nadal się spotykają i są bardzo zakochane.

Czytaj także:
„Zdecydowałam się jechać na wakacje z przyjaciółmi, bo tak wychodziło taniej. Szybko pożałowałam swojego skąpstwa”
„Przed ślubem chciałam zrobić się na bóstwo, a zostałam szkaradą. Fryzjerka zrobiła z mojej głowy szopę pełną siana”
„Plotki i przechwałki to dla koleżanki pożywka. Chodzi po firmie dumna jak paw i tylko ja wiem, że to wszystko, to bajeczki”