Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy podejmują decyzję o wzięciu kredytu, jak o wyborze dania w restauracji

Ciągle słyszysz, że wynajem to samo zło. Myślisz o kredycie - przerażają cię zobowiązania. Co robić, jak żyć. Szczerze? Na początek przestań kupować kawę i ciastko w hipsterskiej kawiarni. Małe kroki są ważne.
własny dom, kredyt na dom, kredyt na mieszkanie fot. Fotolia

Jak to po świętach, po przed zwykle trudno znaleźć czas, spotkałam się z koleżankami na końcoworoczne pogaduchy. Schyłek ostatniego miesiąca roku zawsze generuje nadmierną liczbę podsumowań i pytań o plany na 2017, co chyba denerwuje już każdego. Więc paplamy przy kawce i ciastku o naszych związkach, sukcesach i załamaniach, jest też trochę narzekania, że „nie wiadomo jak to będzie w pracy”, ale do przodu. I nagle pojawia się ono. Znienacka. Przeklęte, stale penetrujące umysły podczas rodzinnych spotkań, znienawidzone jak powtórki najgłupszych seriali, pytanie: „A wy kiedy na swoim?".

Lista pytań, których nie powinnaś zadawać. Nigdy!
 

"Bierzecie w końcu ten kredyt? Bo my już kończymy szykować nasz domek” - słyszę. Kocham to. Po prostu kocham. Na jakim k… swoim? Jaki wasz domek?! Banku, nie wasz... Myślę po cichu, nie zdradzając narastającej agresji, gdy widzę, jak niegdyś dobra znajoma, a teraz źródło mojej irytacji, sączy kawę, świecąc mi przed oczami nowym zegarkiem "od Mikołaja" i trajkocze o kredycie, który zaciągnęli z mężem na 30 lat. Inwestycyjnym, bo w dom. Nowy, z 4 łazienkami, 2 garderobami i ilomaśtam komnatami, ups, pardon, pokojami, który ogrzewają od kilku miesięcy (zima!), ale nie jest przez nich wciąż zamieszkany. Powód? Muszą zadłużyć się ponownie. Gumowy sufit w jednej z toalet i marmurowy kominek tak ogołocił ich portfel, że nie starczyło na wykończenie kuchni... I ja się pytam: WTF?!

Ktoś pomyśli, że o, typowa ze mnie Polka, z pewnością zazdroszczę im, że mają "swoje em", na bogato, dom marzeń i inne ceregiele, bo ja to "wciąż na wynajmie". Już przestali mi życzyć dzieci z okazji urodzin, tylko własnego mieszkania, taka sytuacja. Otóż nie, nie w tym rzecz. Patrzę jeszcze raz na nią i żal mi jej. Dziewczyna z dalekiej prowincji, kiedyś z marzeniami o dzieciach, mieszkanku i dobrej, godnej pracy, z widokami na karierę naukową, teraz sekretarka, z designerskim zegarkiem na nadgarstku, w jedwabnej koszuli, wyciąga nowy model iPhone'a z personalizowanej na Mokotowskiej torebki i mówi mi, że w 2017 powinnam podjąć decyzję "co dalej", bo przecież wynajmowanie mieszkania to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Kawa zmieniła swój smak.

Kredyt hipoteczny: 9 pytań, które musisz zadać

Zadłużmy się, a co tam! Kiedyś przecież się spłaci ten kredyt

Wzięcie kredytu na 30 lat, z ratą większą niż połowa przeciętnej pensji od zawsze naprzemiennie budziło we mnie śmiech i współczucie. A jeszcze radość z tego, że udało się zaciągnąć dług przy tak niewielkim wkładzie własnym... brawo, winszuję! Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy podejmują decyzje o wzięciu kredytu jak o wyborze dania w restauracji. Być może jest to podyktowane moją awersją do jakichkolwiek pożyczek, obciążeń, długów i brania nawet przysłowiowej pralki na raty. Dlatego beztroska mina mojej koleżanki, której na usta cisną się słowa, że wynajem to wyrzucanie upychanie kieszeni bogaczom i życie ponad stan spowodowała, że w kieszeni otwierał mi się już scyzoryk.

Wzięłam kilka głębokich wdechów na uspokojenie moich zszarganych ludzką lekkomyślnością nerwów i uświadomiłam sobie: wzięcie kredytu na mieszkanie to dla wielu Polaków jedyna słuszna decyzja. Taka typowo polska. To pragnienie "być na swoim" za cenę utracenia wolności, pola manewru na wiele długich lat. Wolą płacić kolosalne odsetki bankowi, niż uzbroić się w cierpliwość, rozsądnie zarządzać swoimi pieniędzmi, by mieć na starcie, gdy kredyt to jedyna droga, mieć więcej, niż te obligatoryjne 10% wkładu własnego (od 1 stycznia 2017 roku zmiany). Ale to i tak nic. O ile kredyt hipoteczny ma jakieś uzasadnienie, o tyle wzięcie kredytu konsumpcyjnego na suszarkę to już w moim mniemaniu kompletna porażka. Ale za to jaka popularna.

Kredyt na święta, pożyczka na wakacje. Czy wy serio bierzecie te wszystkie kredyty?!

Jeszcze chwilę temu jako naród wydaliśmy miliony na prezenty, jedzenie, dekoracje i inne takie. Bo Święta. Wydaliśmy? Swoje czy pożyczone? Pożyczka świąteczna, chwilówka na dowód, pieniądze na urlop - jestem w szoku, ile ofert pokazuje mi się, gdy wpisuję w wyszukiwarce te hasła. Czy Polacy w ogóle nie oszczędzają? Zaciągamy kredyt za kredytem, bo Tunezja w sierpniu, bo samochód większy by się przydał, bo kuchenka indukcyjna to podobno oszczędność i ma ją Wiesia spod piątki. Przedszkole, po prostu przedszkole: Zosia ma nowy plecak, to ja też chcę. A że mnie nie stać za kasę, to się zakredytuję po sam korek... Zaczęłam szperać, szukać odpowiedzi, czy ktoś czuje podobnie, jak ja. Gdy mało się wie, wierzy się w różne rzeczy, a ja chciałam mieć pewność, czy wszystko ze mną ok, że nie chcę brać kosmicznego kredytu, bo nie; że gdy mam 3 zł to logiczne jest, że kupuję kilo jabłek, a nie batonik.

Małe postawione kroki są cenniejsze, niż duże, ale tylko w planach

Trafiłam na blog prowadzony przez finansistę-amatora, imieniem Michał, który prowadzi stronę „Jak oszczędzać pieniądze”. Dobre godziny spędziłam na wertowaniu jego spisu treści, ba, pierwszy raz w życiu czytałam chyba cudze komentarze pod artykułami. Tak upłynął mi fragment przerwy świąteczno-noworocznej.

Jeden z wpisów był jakby o mnie. Autor zamieścił list czytelniczki, która tak jak ja, nie chce brać kredytu, choć każdy namawia ją, bo to inwestycja, bo stać ją (scheda po dziadkach, wysokie zarobki), bo czemu-w-sumie-nie, skoro "każdy bierze". Oto fragment:

Mam 27 lat, partnera, z którym rozglądamy się za nowym mieszkankiem i oboje nieźle zarabiamy. Tak się złożyło, że mieliśmy własnościową kawalerkę. Dotychczas wszystkie oszczędności szły na nasze przyjemności i realizację marzeń – dalekie, egzotyczne podróże. Ale przyszedł ten czas, że zaczęliśmy myśleć o rodzinie. Oboje choć oszczędności mamy spore, koszty niewielkie, to PANICZNIE boimy się dużych kredytów. (...) W ogóle branie 20-letniego kredytu jest dla nas totalną abstrakcją. Myśl, że co miesiąc MUSIMY spłacić np. 1500 zł raty i nie ma od tego odstępstwa nas przeraża. Choć zarobki spokojnie na to wystarczą. 20 lat to kupa czasu! Wypadki, śmierć, choroba, utrata pracy, choroba dziecka - to brzmi abstrakcyjnie, ale to na prawdę może się zdarzyć podczas tych 20 lat... !

Dalej dziewczyna pisze ile odkładają z mężem pieniędzy miesięcznie, jakie mają możliwości i opcje. Pod tym wpisem znalazło się sporo zarówno życzliwych osób służących poradą, jak również opinii zawistnych. Nie każdy ma tak komfortową sytuację, jak autorka listu, ale to przecież oczywiste. Poczułam jednak, że nie jestem osamotniona ze swoim asekuracyjnym podejściem. Nie czujesz się pewnie? Przemyśl, poczekaj, odkładaj pieniądze, nie żyj ponad stan. Kawa i ciastko to 25 zł w modnej kawiarni, drink 30 zł. Markowe spodnie, buty? Torebka za 1500 zł? Takie życie jest kosztowne, a łatwo przeliczyć, że te same pieniądze mogłyby lądować na lokacie czy nawet w tej przysłowiowej skarpecie. Prowadzenie budżetu domowego, skrupulatne planowanie większych wydatków, jasne określenie celu powinny być normą w każdej rodzinie. Nowy ciuch czy gadżet to kwestia zwykłego spłacania w ratach, a nie luksus. Teraz luksusem jest posiadanie oszczędności, a to już kwestia wypracowanego systemu i osobowości.

Dopijam kawę ze spienionym własnoręcznie mlekiem i strzepuję okruchy z domowego ciasta, które upiekliśmy specjalnie na weekend. Smakuje lepiej, niż tamto z kawiarni.

Przeczytaj ciekawe felietony na Polki.pl: Boska Matka, Filip Chajzer i inni piszą tylko dla nas!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (9)
/4 miesiące temu
Każdy z nas jest inny. Jeden boi się pająków, inny śmierci, trzeci kredytu - wszystko jest zrozumiałe, do pewnego stopnia. Kredyt hipoteczny, z niskim oprocentowaniem, umożliwia ludziom nieskorym do składowania pieniędzy, życie za pieniądze tych, którzy ładują je w lokaty. Tak. Ty dajesz na lokatę, a Twoja koleżanka sekretarka KORZYSTA Z TWOICH PIENIĘDZY. :) W czasie realnym, teraz, już. Nie czeka aż będzie miała 85 lat, niedowład nóg, alzcheimera i będzie miała 100000 oszczędności, które teraz już na nic jej się nie zdadzą. Kredyt na mieszkanie to strzał w 10, jeśli wstrzelimy się w odpowiednią fazę cyklu koniunkturalnego(bessę), wyższą inflację, a na dodatek znajdziemy super okazję (np. sąsiad wyjeżdżający za granicę, sprzedaje mieszkanie poniżej wartości). W takiej sytuacji jest to inwestycja z potężną stopą zwrotu. Mieszkanie można wynajmować, czerpiąc z tego konkretne zyski. Po latach można takie mieszkanie sprzedać - ponownie z dużym zyskiem. Krótko mówiąc, nie ma lepszej i pewniejszej LOKATY niż zakup mieszkania, nawet w kredycie hipotecznym. Jednak, aby mieć kredyt hipoteczny, trzeba mieć zdolność kredytową, a ktoś kto nigdy nie brał nic na raty, takiej zdolności posiadać nie będzie, co oznacza, że spłaca kredyt komuś innemu, wynajmując mieszkanie. ;) Pozdro dla autorki, frajerki. :)
/2 lata temu
W pełni rozumiem zarówno Autorkę jak i zadłużonych. Kredyty są dla ludzi tak samo jak gry hazardowe. Faktem jest że są osoby podatne na uzależnienie. Kredyt hipoteczny lub inwestycyjny to narzędzie, którego trzeba umieć używać. Kredyt konsumpcyjny to głupota większa od chwilówki, która też może być wzięta z głową. Kredyt hipoteczny najbardziej się "opłaca" gdy jest brany na 8-12 lat z wkładem własnym powyżej 40%. Dobrze też gdy biorąc kredyt ma się już stabilną sytuację zawodową i najlepiej min 30lat. Wtedy już bardziej rozważnie patrzy się na życie. Na początku trzeba inwestować w siebie (nauka i rozwój). Oczywiście kupowana nieruchomość powinna być dostosowana do realnych potrzeb i planowanej rodziny. Znam sporo osób z małym mieszkaniem w centrum, którym przybyła dwójka dzieci i jest za ciasno oraz zbyt betonowo wkoło na spacer. Kupno mieszkania może być inwestycją i służyć wynajmowaniu. Koleżanka w czasie studiów kupiła (z duuuza pomoca rodzicow) dwupokojowe mieszkanie i mieszkajac w nim wynajmowała drugi pokój dwóm koleżankom z roku. Po studiach dalej wynajmowała. Kredyt już spłacony. Zadłużenie powinno być takie, aby w trudnej sytuacji było jakieś pole manewru z bankiem. np. wydłużenie okresu spłaty i obniżenie raty. Mając kredyt na 30lat jest to niemożliwe. Apetyt zawsze rośnie w miarę jedzenia i potrzeba kogoś kto zablokuje bezsensowne pompowanie wartości kredytu na wykończenie "na bogato". Dobrze rozejrzeć się za rynkiem wtórnym i oszczędzić już na początku. W większości przypadków koniecznym będzie sporo wyrzeczeń i obniżenie wydatków na rozrywkę. Przez 8 czy 10 lat kredytu da sie wytrzymać, ale 30 to złapie się doła. Kredyt najtrudniej spłaca się przez pierwsze 30% jego trwania bo wtedy jest on najdroższy. Zwykle zarabia się coraz więcej oraz na początku jest najwięcej kosztów przy wykańczaniu.
/2 lata temu
Nie to nie zazdrosc i belkotliwe brednie autorki artykulu. Ludzie z zchlannosci, pazernosci wyciagaja rece po wszystko co sie swieci, uwazajac, ze musza, no po porstu musza miec dom, mieszkanie, kuchenke indukcyjna, wszystkie gadzety, bez ktorych moga sie spokojnie obyc, ale nie chca, bo jesli czegos nie posiadaja to sa od innych gorsi! Najczesciej sa to ludzie, ktorym sie wydaje, ze dzieki takiemu stylowi zycia dowartosciuja sie w swoich i innych oczach. Czesto zyja na kredyt, nie placa rachunkow, bo przeciez musza najpierw pojechac na wakacje! Z zycia: mialam znajoma, ktora zaciagala kredyt za kredytem. A to kupila na kredyt wspolnie z partnerem (bylym , bo chlopak odszedl do innej, z ktora zalozyl rodzie) olbrzymi dom. Nic to, ze mogli sie w tym domu zgubic, nic to, ze nie potrzebowali trzech lazienek, ale miec musieli! Bo tak! Ale sie nie ulozylo, rodziny nie zalozyli, rozstali, zostal kredyt. I dom, ktorego, mimo, ze teraz nienawidza sie, sa wspolwlascicielami. Od poczatku szanowna pani manager - dobrze zarabiajaca - nie placila rachunkow za wode, nie placila rachunkow za media, ot jakos tak zapominala. Co jakis czas odlaczano im prad, wode, internet. Wtedy ruszala tylek i uiszczala dlugi. W miedzyczasie wydawala olbrzymie kwoty a to na na najnowszy telewizor, a to na ubranie, przeciez musi tez na wakacje pojechac. Zapozyczala sie u bylych juz znajomych i dlugow nie oddawala. I brala kolejne kredyty - bo to okazja, bo to inwestycja! Znajomi przestali jej pozyczac pieniadze, nie chcieli juz za placic za jej kawy i ciastka (dziwnym trafem jakos zawsze miala z tym problem, bo a to nowy pin, a to stara albo nowa karta, a to zapomniala czego itd, wiec ty jeleniu zaplac). Najbardziej denerwowalo ja, gdy na jej utyskiwania, ze ma ciezko, bo ma przeciez kredyty i rate na poziomie 9000 pln miesiecznie (!), ludzie pytali:' po co bralas te kredyty?" 'Jak to po co? To inwestycja!' Przegiela, gdy okazalo sie, ze przestala splacac jeden z kredytow, ktory podzyrowala jej jakas naiwna kolezanka. Okazala sie zwykla wyludzaczka, ktora stwierdzila, ze zyrantka splaci jej kredyt - zgodnie z prawem tak jest, kto zyruje ten splaca, gdy kredytobiorca nie wywiazuje sie ze swoich zobowiazan. Biedna naiwna zyrantka szukala jej po calej Polsce (cwana 'bizneswomen' zerwala z nia wczesniej kontakty). Poniewaz nikt nie chcial z oszustka utrzymywac kontaktow i dawac jej pieniedzy wyprowadzila sie z Warszawy i przeniosla do innego miasta. I nagle ulegla wypadkowi - kilkumiesieczny pobyt w szpitalu, polroczne zwolnienei, trwaly uszczerbek na zdrowi, trauma psychiczna. nagle okazalo sie, co jest wartoscia w zyciu. Wielkie zdziwienie - nie inwestycje w domy, ktore sa wlasnoscia bankow, ale zabezpieczenie finansowe i ludzie. Tylko, ze ani jednego ani drugiego taka osoba nie ma i miec nie bedzie. I takich ludzi jest sporo. Moze tak bezsensowne zachowania podyktowane sa checia podbudowania wlasnej wartosci, ze 'mam', 'posiadam', jestem wyzsza klasa srednia, jestem lepsza/lepszy od innych. A tymczasem nie to jest wazne, ale tacy ludzie nigdy tego nie pojma, beda tylko awanturowac sie, ze stracili, wiec niech im panstwo i ci bardziej rozsadni ( w ich pojeciu naiwniaki i jelenie) oddzadza utracone zyski.
POKAŻ KOMENTARZE (6)