POLECAMY

Teściowa z piekła rodem

Byłam złą kandydatką na żonę dla Piotra. Tak przynajmniej „od pierwszego wejrzenia” uznała jego mama. A potem zmieniła zdanie. Niestety...

Teściowa z piekła rodem fot. Fotolia
Moja teściowa od początku kładła do głowy swemu jedynakowi, że zasługuje na kogoś lepszego niż ja. I oczywiście miała odpowiednią kontrkandydatkę. Już więc podczas pierwszego obiadu, na który zaprosił mnie do rodziców Piotrek, uderzył mnie ze strony jego mamy dziwny chłód.
– Czym podpadłam? Co zrobiłam nie tak? – wypytywałam go, kiedy po trzech najdłuższych w moim życiu godzinach wracaliśmy do domu (już po miesiącu znajomości zamieszkaliśmy razem).
– Nie przejmuj się! – machnął tylko ręką. – Mama wbiła sobie kiedyś do głowy, że poślubię córkę jej sąsiadki. Prawie 30 lat temu panie poznały się przy piaskownicy, w której ja i Andzia lepiliśmy babki. Potem spotykały się w tym samym przedszkolu i podstawówce. Czasem jedna pilnowała dzieci, kiedy druga miała coś do załatwienia. No i w końcu doszły do wniosku, że muszą nas ze sobą wyswatać.

Przyznam, że w pierwszej chwili trochę się nadąsałam:
– To może powinieneś posłuchać mamy i ożenić się z Andzią! – mój głos ociekał sarkazmem. Po rodzinnym obiadku, podczas którego mama mojego lubego na przemian mnie przesłuchiwała („jaki jest twój stosunek do dzieci?”) lub wbijała szpile („gotowanie chyba nie jest twoją najmocniejszą stroną?”), naprawdę nie miałam nastroju do żartów. Piotr się roześmiał i przytulił mnie.
– To ciebie kocham i nic ani nikt tego nie zmieni.
A Andzia to z całym szacunkiem ciepłe kluchy. Dziewczynie brak ikry, ambicji. Jest bluszczem, który chciałby być niesiony przez życie na plecach partnera.

Stanęło na tym, że z przyszłą teściową (równo rok temu Piotr mi się oświadczył!) widywałam się jedynie z okazji imienin czy Wielkanocy. Ani ona, ani ja nie paliłyśmy się do zacieśniania kontaktów. Nie oznacza to jednak, że teściowa skapitulowała. Piotr niechętnie o tym opowiadał, ale udawało mi się z niego wyciągnąć, że mama stale mnie krytykuje, a do tego wciąż próbuje wciągać go w „przypadkowe” spotkania z Andzią. Na szczęście Piotr okazał się dojrzałym człowiekiem i nie uległ presji.

W ostatnie święta Bożego Narodzenia wzięliśmy ślub. Specjalnie się nawet nie zdziwiłam, że w kościele nie pojawiła się teściowa. Przyszedł tylko ojciec Piotra, tłumacząc się gęsto, że „żona niespodziewanie zachorowała”. Postanowiłam się tym nie martwić. I tak sporo mieliśmy na głowie. Praca, spłacanie kredytu, budowa domku na przedmieściach. Nie przejęłam się nawet rzuconą przez męża informacją, że zapłakana Andzia niemal nie opuszcza domu teściów, lecząc tam złamane serce. Złamane serce? Czy ta dziewczyna postradała rozum? Piotr nigdy nie dawał jej żadnej nadziei.

Bomba wybuchła na początku marca. Andzia się zakochała! Już nie rozpacza, nie wylewa potoków łez. Planuje za to szczęśliwe życie ze swym wybrankiem. Normalnie skakałabym z radości pod sufit, życząc jej zdrowia i wszelkiej pomyślności. Zakochana Andzia przestałaby być moim utrapieniem. Był tylko jeden problem. Ukochanym Andzi został... mój teść.
– Zdrajczyni! – nie przebierała w słowach mama Piotra, która z kolei wypłakiwała się u nas. – Niby taka nieszczęśliwa, a cichaczem ukradła mi Henia. Przecież on jest 30 lat od niej starszy!

W tamtym momencie naprawdę szczerze jej współczułam. Zapomniałam o dawnych urazach. Chciałam ją nawet przytulić, kiedy skierowane do mnie słowa, wbiły mnie w krzesło: – Byłam wobec ciebie niesprawiedliwa, kochanie. Ale teraz to naprawię. Zostaniemy przyjaciółkami. Może nawet trochę z wami pomieszkam, gdy już wykończycie dom? Czy to nie wspaniały pomysł?

O rany. Zanosi się na to, że będę miała teraz teściową na pełny etat. Może to podłe z mojej strony, ale z dwojga złego wolałam już chyba, gdy mnie nienawidziła...
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)