POLECAMY

"Tatuś poczekał, aż jego „obowiązek” zda maturę, a potem uciekł." Przeczytaj prawdziwą historię Marty...

Czy Marta i jej mama dadzą sobie radę bez taty i małżonka?

/ 4 miesiące temu
"Tatuś poczekał, aż jego „obowiązek” zda maturę, a potem uciekł." Przeczytaj prawdziwą historię Marty... fot. Fotolia

Pamiętam, że tamten dzień, dzień rozdania świadectw maturalnych, dla wszystkich był radosny. Dla wszystkich, tylko nie dla mnie. Choć oszałamiająco pachniały akacje, słońce świeciło na bezchmurnym czerwcowym niebie, ja czułam się okropnie. Nie mogłam słuchać paplaniny roześmianych rówieśników umawiających się na imprezy, które miały wynagrodzić im godziny wkuwania. Irytowały mnie snute przez nich plany wakacyjne. Niby potakiwałam, niby się uśmiechałam, ale byłam daleka od beztroski. Wreszcie ten mój ponury nastrój zauważyła Agnieszka. – Co z tobą? – zapytała, kiedy usiadłyśmy przy piwie w pobliskim pubie. – Nie cieszysz się, że skończyłyśmy szkołę? Że wreszcie jesteśmy dorosłe? – Nie bardzo. Wczoraj dowiedziałam się, że w związku z tym, że jestem dorosła, ojciec od nas odchodzi… – No coś ty! – Aga ze zdziwienia aż się zachłysnęła trunkiem. – Odchodzi, bo dorosłaś? Co za przypał…

Wytłumaczenie ojca...

- Powiedział, że był z nami tak długo, bo jest człowiekiem odpowiedzialnym i miał poczucie obowiązku. A teraz już nie musi. Łaskawca, cholera. Głos mi się załamał, kiedy przypomniałam sobie zimny ton, jakim mój ojciec wygłosił tę kwestię.  – Tym dla niego byłam: obowiązkiem, wiesz? – próbowałam ratować się sarkazmem, ale średnio mi wychodziło. – Nie wiem, co powiedzieć – przyjaciółka pogładziła mnie po ręce. – Po prostu słów mi brakuje. – Nic nie mów. Nie ma takich słów, które mogłyby mi pomóc – wyciągnęłam chusteczkę i wytarłam nos. – Podobno to normalne, że faceci po czterdziestce próbują sobie ułożyć życie na nowo. – Tak się tłumaczył? Co za… – Aga wymamrotała jakiś niecenzuralny epitet. – Moim zdaniem to dalekie od normalności. Ale co teraz zrobisz? Planowałaś medycynę we Wrocławiu. – Nie wiem – bezradnie wzruszyłam ramionami. – Po pierwsze, nie jest pewne, czy się dostanę. Po drugie, nawet jeśli, to co będzie z mamą? Mam ją zostawić samą? – A kto ma się dostać jak nie ty? Najlepsza uczennica naszej szkoły. Zgłoszona do nagrody Primus Inter Pares. Indeks masz w kieszeni, dziewczyno. – Może. Ale co z tego? Nie wiem, czy nie będę musiała zrezygnować. Studia poza domem to kosztowna sprawna, a po odejściu ojca finansowo nam się pogorszy. I to bardzo, szlag. – No tak – Aga pokiwała smutno głową, ale po chwili uśmiechnęła się dziarsko. – Jeszcze wszystko się ułoży!

Nie wierzcie, że dziecko coś naprawi w związku!

Do naszego stolika przysiadło się więcej osób z klasy, więc szybko zmieniłyśmy temat. Dopiłam piwo, rozochoceni koledzy namawiali mnie na kolejne. Nie miałam ochoty na dalsze świętowanie, więc wymówiwszy się bólem głowy, pożegnałam się ze wszystkimi i powlokłam do domu. Tęskniłam za mamą, ale też martwiłam się o nią Kolejne tygodnie przypominały teatr. Wraz z mamą odgrywałyśmy przed sobą role twardej córki i niezłomnej matki.

Tymczasem w domu...

Jedna nie chciała drugiej dodatkowo przygnębiać własnym smutkiem. Mama sztucznie ożywionym tonem przekonywała mnie, że absolutnie nie powinnam rezygnować z planów, że ona doskonale da sobie radę sama. Ale widziałam, jak cienie pod jej oczami robią się coraz ciemniejsze, a uśmiech znika z warg, gdy tylko myślała, że nie patrzę. Ja z kolei udawałam, że czekam na wyniki rekrutacji, a tak naprawdę przeglądałam oferty pracy w naszym mieście. Czegoś, co pozwoliłoby świeżo upieczonej maturzystce choć na skromny finansowy luz, nic nie było. Wiadomość, że dostałam się na studia, pogłębiła moje rozterki.

Kiedyś to mama została sama z dwójką dzieci. Teraz ja...

Z jednej strony, bardzo chciałam pojechać, uczyć się, zdobyć wymarzony zawód. Z drugiej, martwiłam się o mamę i o to, jak sobie poradzimy z finansami. Mama jednak gorąco namawiała mnie, żebym nie rezygnowała z marzeń. Przedstawiała to jako szansę na oderwanie się od dzisiejszych zmartwień i lepszą przyszłość dla nas obu. – Ja nie miałam możliwości studiowania – argumentowała – ale nie pozwolę, żebyś ty z tego zrezygnowała, córeczko. Nie martw się, damy sobie radę, zobaczysz – mówiła z tym dzielnym uśmiechem, który wyglądał, jakby siłą powstrzymywała łzy.

Mama została sama...

Pojechałam do Wrocławia z wyrzutami sumienia, ale nowe miasto, nowe znajomości i nowe obowiązki stopniowo wciągnęły mnie bez reszty. Z rzadka mogłam sobie pozwolić na wizyty w domu. Ojciec niby płacił jakieś alimenty, lecz i tak z trudem udawało mi się wygospodarować pieniądze na podróże. Poza tym zajęć miałam na pierwszym roku bardzo dużo. A i mama stała się jakoś trudniej uchwytna. Czasem, kiedy późnym wieczorem chciałam do niej zagadać przez Skype’a, nie było jej w domu. Potem pisała esemesa, że położyła się wcześniej spać albo że miała kłopoty z internetem. Kiedy przyjechałam na święta, uderzył mnie wygląd mamy. Schudła, lecz zarazem wydawała się bardziej ożywiona. Wypytywała mnie o studenckie życie, koleżanki i kolegów, warunki panujące na stancji. Widziałam, że jest zmęczona, i zaczęłam się obawiać o jej zdrowie.

Przed wyjazdem spotkałam się z Agnieszką, która studiowała na miejscu. Kiedy już wyczerpałyśmy temat naszych studiów, wymieniłyśmy się ploteczkami o znajomych i zwierzyłyśmy się sobie z sercowych problemów, zebrałam się na odwagę i poprosiłam: – Czy mogłabyś od czasu do czasu odwiedzić moją mamę? Wydaje mi się, że coś złego się z nią dzieje… – To znaczy co? – przyjaciółka chciała poznać szczegóły. – No właśnie nie wiem, a chciałabym się dowiedzieć – westchnęłam. – Często nie ma jej wieczorami w domu, wygląda na zmęczoną, choć twierdzi, że dużo śpi… – Nie chciałam ci nic mówić – zaczęła z wahaniem Aga. – Ale parę razy spotkałam twoją mamę bardzo późno wieczorem. Wracała skądś. I to wiesz, umalowana, uczesana, wystrojona… – urwała. – Myślisz, że to jakiś mężczyzna? – dodała cicho. – Prawdę powiedziawszy, akurat o tym nie pomyślałam.

Zmartwień wciąż dalszy?

Raczej obawiałam się problemów zdrowotnych, które ukrywa, żeby mnie nie martwić – przyznałam. – Sama nie wiem, co gorsze – Aga pokręciła głową w zastanowieniu. – Samotna kobieta plus na przykład jakiś naciągacz równa się nieszczęście. Dla kobiety oczywiście. – Eee, mama zamożna nie jest – zbagatelizowałam problem. – Taki cwaniak może na mieszkanie polecieć, macie trzypokojowe – Agnieszka trwała przy swojej koncepcji, aż się przestraszyłam. – Jezu, tego brakuje, żeby pod mostem wylądowała! Proszę, miej na nią oko, i jakbyś coś odkryła, natychmiast daj mi znać – poprosiłam, żegnając się z przyjaciółką. Zasiane przez Agnieszkę wątpliwości nie dawały mi spokoju. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby mama znalazła sobie przyjaciela, ale obawiałam się, że może wpaść w sidła jakiegoś drania, który ją skrzywdzi. Jakby mało już wycierpiała. Przed powrotem do Wrocławia zdobyłam się na odwagę i zapytałam: – Mamo, czy ty może nie chcesz mi czegoś powiedzieć? – Chcę – uśmiechnęła się jakoś tak przekornie. – Chcę ci powiedzieć, że jestem z ciebie dumna. – I nic więcej? – nie odpuszczałam, choć wyciąganie zwierzeń z własnej matki nie jest sprawą prostą. – Owszem. Że jeszcze nie wyjechałaś, a już tęsknię – znowu się uśmiechnęła, a na koniec dodała swoje sakramentalne: – Nie martw się, skarbie. No, szczerze mówiąc, tego się nie spodziewałam! Nie uspokoiła mnie.

Wyjechałam pełna obaw i z niecierpliwością czekałam na raporty od Agi. Te nie były zbyt częste, co doskonale rozumiałam, bo przyjaciółka miała swoje obowiązki. Jednak kiedy już zdawała relację ze spotkań z moją mamą, brzmiały zawsze podobnie. Późne powroty do domu i staranny wygląd. 

Coraz bardziej pachniało mi to romansem! Wyobraźnia podsuwała niepokojące obrazy matki omotanej przez jakiegoś uwodziciela bez skrupułów. Jeszcze kilkakrotnie próbowałam z nią porozmawiać o tym, co się dzieje w jej życiu, ale zawsze zbywała mnie krótkim „no, wiesz, standard, praca, dom” i szybko zmieniała temat. Kolejny „raport” Agnieszki wprawił mnie w całkowite osłupienie. 

Męża, nawet idealnego nie zostawiaj z atrakcyjną koleżanką

Przyjaciółka donosiła, że dwa razy widziała moją mamę wchodzącą do kasyna. Wprawdzie w naszym mieście ów przybytek daleki był od tego, co kojarzy się z elitarnym salonem, ale przegrać fortunę można wszędzie. „Boże, mama wpadła w szpony hazardu! Co teraz? – myślałam w popłochu. Skąd bierze na grę? Zastawiła mieszkanie?”. Nie wiedziałam, co robić. Kiedy przyjechałam na ferie wielkanocne, mama wręczyła mi kopertę. – Masz na „zajączka”. Kup sobie coś ładnego, córeczko. – Więc jednak to prawda – ze smutkiem pokiwałam głową. – Grasz… – Co takiego? – mama wyglądała na zdezorientowaną. – Nie wypieraj się. Aga widziała, jak wchodzisz do kasyna. Mamo, ja cię proszę, nie ukrywaj tego przede mną! – w zdenerwowaniu podniosłam głos. – Hazard to choroba, ale nie martw się, można ją leczyć… Przerwał mi jej śmiech. – Ty… ty… myślisz, że ja… ja chodzę do kasyna grać? – dukała między spazmami wesołości. – Ja? Przecież ja… ja… kolory w kartach mylę! Sama wiesz. Ja tam tylko pracuję! I nie jako krupierka, bo się nie znam na grach – wzięła głęboki oddech, potrząsnęła głową i tłumaczyła już spokojniej: – Szukali kogoś, kto poprowadzi bar. Nic wielkiego, kawa, soki, czasem koniak komuś naleję.

Miałam wolne wieczory, więc pomyślałam sobie, że trochę dorobię. Chciałam, żebyś miała jakieś dodatkowe pieniądze na ciuszki czy kosmetyki. A poza tym lubię tę pracę. Jest naprawdę ciekawa, ekscytująca czasami. Dużo się dzieje. Nie masz pojęcia, jakie oryginały się tam trafiają. To lepsze niż siedzenie przed telewizorem w domu. Kasyno jest jak serial, mówię ci, córuś. – Mamo… – nie wiedziałam, co powiedzieć, jak zareagować.  Moja mama za barem w kasynie? To się w głowie nie mieściło. – Wiem, wiem… – szepnęła i pogłaskała mnie po policzku, jakby wiedziała, co przeżywam. 

Spojrzała na kopertę, którą wciąż trzymałam w ręce, nie do końca przekonana, czy mogę wziąć te pieniądze.  – Bierz, bierz, skarbie – znowu czytała mi w myślach. – Dla siebie też coś odkładam, bez obaw, ale największą przyjemność sprawi mi, gdy sobie za nie coś kupisz. Widzisz… naprawdę go nie potrzebujemy. Głos mi uwiązał w gardle, bo doskonale wiedziałam, o kim mówi. O człowieku, którego przez wiele lat uważałyśmy za najbliższą nam osobę, a on nas za uciążliwy obowiązek. – Nie płacz, kochanie… Mama rozwarła ramiona, wpadłam w nie i uściskałam ją mocno. – To są łzy dumy – chlipnęłam w jej włosy, bo byłam od mamy wyższa. – Ty jesteś dumna ze mnie, a ja z ciebie.

Po rozwodzie próbowałem sobie odbić nieudany związek...

Trochę się obawiałam, jak sobie poradzisz, a tu proszę, ciekawą pracę znalazłaś, zarabiasz, nawet plotki  na mieście prowokujesz… – Jakie plotki? – obruszyła się, odsuwając się ode mnie i ocierając oczy. – To czego się panienka napije: kawa, herbatka, soczek? – zapytała z uprzejmym, „zawodowym” uśmiechem. – Kawa, bezapelacyjnie kawa. Mama zajęła się nastawianiem ekspresu, a ja usiadłam w kuchni i przyglądałam się jej z uwagą. – Ale żeby nie było tak słodko, powiem ci, że trochę mam do ciebie  żal, że nie powiedziałaś mi od razu. Po co te tajemnice? – rzuciłam. – Oj, wiesz, nie chciałam się chwalić na zapas, kiedy byłam na okresie próbnym. Ale już mnie przyjęli na stałe, sprawdziłam się. – Oj, mamo, mamo… Tak się o ciebie martwiłam. Nawet nie wiesz, co ja sobie wyobrażałam! – Pewnie to samo, co myślą matki, kiedy ich córki znikają nocami z domu – zaśmiała się.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)