Moi mili – autorce bloga ukradziono zdjęcia dziecka

objawy endometriozy fot. Adobe Stock
„Właśnie w tej sekundzie poznałam… Weronikę O. – matkę mojego syna! Zabrakło mi słów. W zasadzie nawet tchu” – napisała Kaja Wolnicka, autorka bloga moi-mili.pl.
Marta Słupska / 08.01.2018 12:05
objawy endometriozy fot. Adobe Stock

W gąszczu blogów o rozmaitej tematyce najczęściej dyskutowanymi są chyba te parentingowe. Na takich stronach najczęściej możemy przeczytać autorskie porady dotyczące wychowywania dzieci, niejednokrotnie okraszone prywatnymi zdjęciami przedstawiającymi codzienność pociech danej blogerki. Dzieciaki na takich fotografiach bawią się, jedzą, pozują w ubraniach wybranej firmy, śpią lub spędzają czas z rodzicami. Wydawać by się mogło, że nie ma w nich nic złego i maluchom nic nie grozi… ale pomyślimy tak tylko wtedy, gdy mamy naprawdę niedużą wyobraźnię.

Od zdjęcia do problemów

O tym, z jakim ryzykiem wiąże się publikowanie zdjęć dzieci w internecie, przestrzegałyśmy już wielokrotnie. Najwidoczniej jednak nie każdy rodzic takie zagrożenie dostrzega. Wystarczy przypomnieć, że w zeszłym roku po raz pierwszy w Polsce pewien ojciec został skazany na kilka miesięcy więzienia za zamieszczenie w sieci fotografii własnego dziecka. Na zdjęciu 2-latek był nagi – w jednej ręce trzymał własnego penisa, a w drugiej – butelkę piwa.

To był przypadek ekstremalny, ale, niestety, nie odosobniony – podobnych kompromitujących maluchy fotografii jest w samych tylko mediach społecznościowych całe mnóstwo. Na wielu z nich dzieci są ośmieszane: rodzice uwieczniają je, gdy są brudne, rozebrane, wymazane jedzeniem, a nawet… fekaliami. Po co to robią? Jak często tłumaczą, dla zabawy. Bo to śmieszne, a czasem rozczulające. Tymczasem dziecko to człowiek, który – gdy dorośnie – może nam „podziękować” za to, że jego wizerunek wystawiono na pośmiewisko. W internecie nic nie ginie, a zdjęcia opublikowane nawet w zamkniętych grupach dyskusyjnych mogą zostać skopiowane w inne miejsca sieci i zasilić internetowe memy. Nie mówiąc o tym, że fotografie rozebranych maluchów mogą trafić w niepowołane ręce, w tym w ręce pedofilów.

Złodziejska praktyka

A co z tymi „normalnymi” zdjęciami zamieszczanymi w sieci? Bez nagości i ośmieszających sytuacji? Okazuje się, że one także mogą zostać niecnie wykorzystane. Przekonała się o tym blogerka parentingowa prowadząca bloga moi-mili.pl, Kaja Wolnicka, której ktoś ukradł zdjęcia jej dziecka. W dodatku złodziejka, bo tak trzeba taką osobę nazwać, opublikowała fotografie syna blogerki na swoim koncie na Facebooku podpisując je… jako swoją córkę.

 Jak kliknęłam w link, tak zbaraniałam. Właśnie w tej sekundzie poznałam… Weronikę O. – matkę mojego syna! Zabrakło mi słów. W zasadzie nawet tchu.
Okazało się, że ktoś ukradł, skopiował bezprawnie z mojego bloga zdjęcie Leona i udostępniał je na swoim profilu jako fotografię… swojej córki. To nawet teraz, kiedy o tym piszę przechodzą mnie ciarki. Bo to jest bardzo niemiłe uczucie, że ktoś ukradł wizerunek Twojego dziecka, jego tożsamość i tworzy wokół tego jakąś fikcję
– czytamy na blogu moi-mili.pl.

Kai Wolnickiej, dzięki wsparciu grupy osób, udało się wywalczyć od Facebooka likwidację złodziejskiego konta. Blogerka, jak sama pisze, nie da się zastraszyć i dalej będzie prowadzić swoją stronę.

(…) zobaczyłam tą złą, podłą twarz Internetu. To nie jest łatwe, na pewno nie miłe. Jednak wniosek mam jeden – niczego to nie zmienia. Poniekąd dlatego piszę ten tekst – mój manifest, że nie dam się zastraszyć. Nie pozwolę kraść zdjęć moich dzieci. Nie pozwolę posługiwać się nimi bez mojej zgody. Będę ich bronić wszelkimi dostępnymi, legalnymi środkami (których na szczęście jest coraz więcej). Nie zatrzyma to ani mnie, ani bloga
– napisała.

O wpisie Kai Wolnickiej zrobiło się głośno za sprawą udostępnienia go na prześmiewczym fan page’u Bekazmamus.pl. Historia blogerki zaczęła być szeroko komentowana przez osoby obserwujące profil. Wiele z nich pisało, że kobieta sama jest sobie winna całej sytuacji, bo nie powinna publikować w internecie zdjęć swoich dzieci.

 Ale że co, usunęli profil, nie daje się zastraszyć i dalej będzie publikować? Że właśnie zobaczyła tą mroczną część internetu bo jakaś laska ukradła zdjęcia jej dziecka? Skoro to jest dla niej mroczne to co jak trafi do folderu pedofila ? Czego ona się spodziewała ? Skoro sama wspomina, że ZDAWAŁA SOBIE SPRAWĘ, ale zaskoczona że tak szybko

Czy ja dobrze zrozumiałam, że pani blogerka z całej tej historii wyciągnęła jedynie wniosek, że to świat jest zły, a publikowanie zdjęć własnych dzieci nadal jest dla niej w porządku?

Ja w ogóle nie rozumiem jak można zarabiać na swoim dziecku pokazując je w sieci pod przykrywką blogowania... przecież to jest chore, mam wrażenie, że tym idiotkom (przepraszam, nie da się ich inaczej nazwać) nic w życiu innego nie wyszło oprócz dzieci :/

Brak wyobraźni to podstawa jeśli chodzi o blogaskowe/insta/fejsbukowe zapiski. Masa ludzi się wpierw upublicznia, żeby odkryć że, o zgrozo, inni mogą to skopiować i wykorzystać. Ale co tam, hajs najpierw, mózg później.

Jesteśmy również ciekawi, jak czułaby się mama której dziecko blogowałoby o opiece nad nią w ostatnim stadium życia. Wrzucając nagie zdjęcia lub zdjęcia pieluch. Warto się nad tym zastanowić

Wśród komentarzy pojawiły się też – choć było ich nieporównywalnie mniej – opinie na temat tego, że wszyscy niepotrzebnie zrzucają winę na działanie blogerki zamiast skupić się na osobie, która ukradła zdjęcia. Niektórzy pisali także, że część rodziców działa odwrotnie – przesadza, chroniąc tożsamość własnych dzieci i nie pozwalając im pokazać twarzy nawet na zdjęciach klasowych.

Można nie popierać publikowania jakichkolwiek zdjęć w Internecie, ale dlaczego znowu obwinia się ofiarę, a nie sprawcę? To że jakieś zdjęcie jest w sieci, to nie znaczy że mogę je sobie kopiować, publikować gdzie chcę jako własne i ogólnie robić z niego zły użytek. Żyjemy w kulturze gdzie mówi się "Nie noś krótkich spódniczek bo jest ryzyko że cię zgwałcą!". To potencjalne ofiary mają się chować, zasłaniać, nie pokazywać, a najlepiej nie wychodzić z domu, nawet wirtualnie. Jak coś złego się przydarzy, to cała uwaga, negatywna uwaga skupiana jest na ofierze, a nikt nie krytykuje sprawcy. To jest chore!

No chwila, mowa o dwoch zupełnie różnych sprawach. Co innego publikowanie zdjęć nazwijmy to kompromitujacych a co 8nnego zwyklych. Ok, mozemy popasc w pie.dolca calkowitego krycia tozsamosci, widziałem nawet zdjecia klasowe gdziencsesc dzieci zakrywa rekoma twarze, ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą

A jakie jest wasze zdanie? Gdzie przebiega granica bezpiecznego publikowania zdjęć dzieci w internecie?

Jak bezpiecznie publikować zdjęcia dzieci w internecie?
Jak chronić dziecięcą prywatność?

 

 

Redakcja poleca

REKLAMA