Praca i aktywność zawodowa kobiet kiedyś

"Dobre maniery w przedwojennej Polsce. Savoir-vivre, zasady, gafy", Maria Barbasiewicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2012 fot. Materiały prasowe
Praca i aktywność zawodowa kobiet w dwudziestoleciu międzywojennym była zupełnie inaczej postrzegana. Warto wiedzieć jak długo kobiety dochodziły do pełni swoich praw i z czym się to wiązało. Polecamy waszej uwadze fragment książki "Dobre maniery w przedwojennej Polsce. Savoir-vivre, zasady, gafy" autorstwa Marii Barbasiewicz.
/ 22.08.2012 16:05
"Dobre maniery w przedwojennej Polsce. Savoir-vivre, zasady, gafy", Maria Barbasiewicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2012 fot. Materiały prasowe

W latach trzydziestych praca biurowa kobiet przestała już dziwić, przynajmniej w większych miastach, „lecz pionierki jej przeszły sporo upokorzeń i przykrości nawet od własnej płci. Lekceważące z tej strony frazesy, jak np. «to taka pisz-panna z biura», albo «jak się te urzędniczki prowadzą!» – było ich chlebem codziennym. Praca w biurze była przez kolegów obniżana, nie mówiąc już o znacznie niższych honorariach od męskich, a życie prywatne nicowane z bezprzykładną wnikliwością. Nie darowano jej niczego, nawet lepszej sukni lub pończoch, jakichś słów zamienionych z obcym mężczyzną, odrobiny uśmiechu w życiu.”

Zobacz też: Już w restauracji

Piszący o pracy zawodowej kobiet prof. Janusz Żarnowski stwierdził: „W latach 1918-1939 nieznane było jeszcze zjawisko feminizacji zawodów niemanualnych, a tym bardziej wymagających wykształcenia akademickiego. O feminizacji można było mówić tylko w odniesieniu do pracy biurowej (nie we wszystkich działach, na pewno nie w administracji) i do pracy w handlu detalicznym, a więc głównie w odniesieniu do środowiska nie zaliczanego w zasadzie do omawianej obecnie warstwy inteligencko-mieszczańskiej. W odniesieniu do nauczycieli stwierdzano pewną równowagę. Na wysokich stanowiskach kobiet nie było: nie spotykało ich się w administracji centralnej i terenowej, w samorządzie terytorialnym, w sądownictwie, w dyplomacji. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy był stan wykształcenia kobiet. Katarzyna Sierakowska, badająca aspiracje zawodowe kobiet, zwróciła uwagę, że wprawdzie w środowisku inteligenckim nikt nie kwestionował potrzeby kształcenia dziewcząt i w latach dwudziestych stanowiły one 41% ogółu maturzystów, lecz tylko niecałe 7% maturzystek kończyło studia. Bardzo znamienna statystyka! Po maturze młode kobiety przerywały naukę - liczne wychodziły za mąż.

Zobacz też: Prezenty w biznesie

Zmiana obyczajowości kobiet, ich stroje, odważne próby usamodzielnienia się szokowały i martwiły tradycjonalistów, ale postępu nie dało się już zatrzymać. Kobiety czuły się coraz pewniej. Nie odrzucały żadnych obowiązków, ale żądały praw.

Konstancja Hojnacka jako znakomita obserwatorka, stawiająca boleśnie prawdziwą diagnozę, pytała: „Czy to, że psychika kobieca i męska różnią się od siebie, ma stanowić o niższości jednej z nich? Czy ta jej odmienność ma być koniecznie niższego rodzaju?”. Nieuzasadnionym przesądem nazywała opaczny stosunek mężczyzn do kobiet, gdy lada wyrostek pozwala sobie na niedorzeczne aluzje do rzekomej niższości umysłowej kobiet! „Mężczyzna zawsze odmawiał kobiecie równych praw i przywilejów obywatelskich, jakkolwiek w pociąganiu jej do odpowiedzialności za przestępstwa oraz w wymiarze kar był bardziej wspaniałomyślny. (…) A z drugiej strony tak obniżaną w życiu codziennym istotę idealizuje mężczyzna w poezji, w literaturze i przystraja w nadludzkie niemal cnoty. Dla matki ma każdy z nich prawdziwy kult – w kobiecie kochanej widzi same doskonałości – ale kobietę jako płeć lekceważy”. Hojnacka napisała to w 1939 roku, minęło ponad siedemdziesiąt lat... - bez komentarza.

W przedwojennej Polsce dokonała się jednak pewna istotna zmiana: kobieta pracująca zawodowo zyskała społeczną akceptację, co znalazło odbicie w  poradnikach dobrych manier.

Jadwiga Hoff, autorka artykułu Kobieta aktywna zawodowo w  kodeksach savoir-vivre'u, porównała wypowiedzi na temat pracy kobiet u autorów klasycznych kodeksów z przełomu XIX i XX wieku z opiniami piszących poradniki w latach trzydziestych. Ci pierwsi „raczej nie dopuszczali myśli, że kobiety ze stanu wyższego, a nawet średniego, chciały pracować; zawsze były do tego «zmuszone» okolicznościami życia.” Odmienne były natomiast poglądy autorów późniejszych – np. Marii Vauban i Michała Kurcewicza: „Wielką jedną przysługę oddała nam wojna (…) przekreśliła dawne przesądy o tym, iż praca jest jakimś wstydem socjalnym i należy o niej mówić szeptem. (…) Dziś te przesądy zanikają i wpływa to silnie na zmianę układu stosunków towarzyskich. Obecnie kobieta zarabiająca na siebie bywa w najwytworniejszych salonach i nie wstydzi się swej pracy.” Taka opinia dominowała, chociaż zdarzały się oczywiście wypowiedzi odmienne, głoszone przez autorów o zachowawczych poglądach (np. Jana Bulandę).

 Hojnacka pisała również o sprawach dotyczących honoru. „Do bardzo niedawna jeszcze uważano kobiety jako niezdolne do odpowiedzialności honorowej. Mężowie, ojcowie lub bracia załatwiali za nie te sprawy, a i dziś jeszcze utrzymał się ten zwyczaj w sferach konserwatywnych. Większość kobiet nie wie jeszcze o tym, że z chwilą pełnego równouprawnienia i zajmowania samodzielnych stanowisk w społeczeństwie, kobiety są na równi z mężczyznami odpowiedzialne za swoje postępowanie, co jest rzeczą zupełnie słuszną i rozumną. Może wobec tego będą powściągliwsze w wypowiadaniu sądów o bliźnich i nauczą się liczyć ze słowami.”

Wyrazem normowania się demokratycznych i nowoczesnych zasad w tej dziedzinie było np. wydanie w 1930 roku Powszechnego kodeksu honorowego (autorstwa Jana Gumińskiego) w którym zrównano prawa i obowiązki kobiet w zakresie odpowiedzialności honorowej z prawami mężczyzn. Autor, jako prezes Ligi Reformy Postępowania Honorowego pisał, że ma ona na celu „szerzenie w społeczeństwie zasad postępowania honorowego, dostosowanych do wymogów życia współczesnego, a w szczególności – szerzenia idei osobistej odpowiedzialności honorowej kobiet, na równi z mężczyznami." Przyznanie praw honorowych kobietom było zapisem demokratycznym i podważającym przepisy tych dawniejszych kodeksów, wedle których czci kobiet mogli bronić jedynie mężowie, ojcowie lub bracia, ponieważ one same uznawane były za niezdolne do  odpowiedzialności honorowej. Było to drugie, ważne  stwierdzenie kodeksu obok informacji, że pojedynków toczyć nie wolno. Powszechny kodeks miał znaczenie dla kształtowania nowoczesnych norm, chociaż do końca istnienia Drugiej Rzeczypospolitej pozostał zaledwie szlachetną teorią, a jego zalecenia nie zostały wdrożone.

Zobacz też: Golf - sport dla elit?

W ogólnie dość zachowawczym Kodeksie towarzyskim Sebastiana Ahrensa z 1932 roku znalazły się jednak fragmenty świadczące o akceptacji równouprawnienia kobiet. W rozdziale „Dobre obyczaje w stosunkach między mężczyzną i kobietą” autor napisał: „Odrzucenie przywilejów bynajmniej nie oznacza, że musimy wydać walkę grzeczności w stosunku do kobiety. Będziemy ją nadal otaczać szacunkiem, ale już nie jako figurzynkę, lub lalkę, tylko jak człowieka.”

W okresie międzywojennym większość kobiet nie pracowała jednak zawodowo – zajmowały się domem i dziećmi. Z nieocenionego Kodeksu towarzyskiego Konstancji Hojnackiej wynika jednoznacznie, że ta ich rola, jakże odpowiedzialna i potrzebna, nie była doceniana ani społecznie, ani przez mężów: „Bywa żoną, matką, karmicielką. Towarzyszką doli i niedoli męża, jego wiernym przyjacielem i kolegą. Dzieli jego troski sumienniej niż radości, tym bardziej że nie zawsze o nich wie. Musi być stale uśmiechnięta, bo zaraz usłyszy: «Cóż to, wyglądasz jak gradowa chmura. Gdybym to ja nie potrzebował wychodzić cały dzień z domu i nic nie robić tak jak ty, zobaczyłabyś, jaki byłbym wesoły»”.

Bycie panią domu Hojnacka nazywa „najwielostronniejszym z zawodów”. Od niedawnej narzeczonej wymagano wiadomości i umiejętności, które człowiek zdobywa dopiero poprzez długie lata doświadczeń. Pani domu musiała przecież być ekonomistą, ekspertem w dziedzinie towaroznawstwa, gospodynią, dietetyczką, higienistką, służącą różnych specjalności (kucharką, pokojową, niańką, boną, praczką, prasowaczką), pedagogiem, konserwatorem garderoby, dekoratorem, mechanikiem, stolarzem, malarzem pokojowym, ogrodnikiem, mistrzem ceremonii, dyplomatą. Miała się też znać na estetyce wnętrz, stroju, życia codziennego; ubierać się doskonale i najtaniej „tak by mąż mógł z zadowoleniem stwierdzić jej elegancję i szyk, jakkolwiek o rachunkach nic nie słyszał”; musiała się stale dokształcać, czytać i interesować życiem intelektualnym, „by nie zostać w tyle poza postępem i móc sprostać wykształceniu dorastających dzieci. (…) w wolnych  chwilach pozwala jej czasem mąż pracować zawodowo, no bo trzeba przecież jakoś załatać braki finansowe w domu – a inny mężczyzna łaskawie ją do tej pracy dopuszcza, ale robotę jej honoruje niżej od męskiej, bo wiadomo przecież, że kobiety pracują tylko na stroje i przyjemności.”

W kontekście powyższego opisu kolejne zdanie Konstancji Hojnackiej brzmi prześmiewczo: „Resztę czasu poświęca kobieta pracy społecznej, czasem sportom...” Ale społeczne zaangażowanie kobiet było faktem! Te działania związane były np. z opieką nad dziećmi zaniedbanymi, którym organizowano wypoczynek wakacyjny, dożywianie, pomoc w nauce.

Bardzo aktywne  na  terenie całego kraju działało Stowarzyszenie „Rodzina Wojskowa”, założone w 1925 roku, skupiające żony, matki i córki żołnierzy zawodowych. Jego celem było inicjowanie i udzielanie w razie potrzeby pomocy ekonomicznej rodzinom wojskowych oraz nawiązywanie i utrzymywanie łączności ideowej, towarzyskiej i kulturalnej środowiska. Koła „Rodziny Wojskowej” działały we wszystkich większych garnizonach. Wielką zasługą członkiń stowarzyszenia była praca kulturalna, oświatowa i prozdrowotna zarówno w środowisku wojskowym jak i cywilnym. Panie porucznikowe, kapitanowe, majorowe, pułkownikowe robiły wiele dobrego. Z inicjatywy lub dzięki pomocy członkiń „Rodziny Wojskowej” powstawały świetlice, ogródki jordanowskie, organizowane były zawody sportowe i wystawy (np. „Wystawa szkół i przedszkoli” zorganizowana w maju 1931 roku w Warszawie, liczne wystawy prac ręcznych itp.), spotkania choinkowe, a także zabawy i bale (il. na str. …).

Kolejną grupę, może nieliczną lecz widoczną, bo opiniotwórczą, tworzyły kobiety-publicystki inicjujące na łamach prasy tematy dotychczas przemilczane, a dotyczące istotnych problemów społecznych i feministycznych.  Od 1927 roku ukazywał się tygodnik społeczno-literacki „Kobieta Współczesna” podejmujący problemy nierówności praw kobiet w życiu społecznym i zawodowym.

Kobiety wykształcone miały świadomość, że rozwiązywanie problemów traktowanych dotąd jako tabu wymaga nawiązania partnerskiego dialogu z męskim punktem widzenia.

Rola publicystek i literatek nie była łatwa. Ich odważne postulaty często nie spotykały się z merytoryczną oceną, lecz – z wyzwiskami. Wspomina Irena Krzywicka w Wyznaniach gorszycielki: „Byłam na tzw. świeczniku, a prasa prawicowa (i lewicowa, niestety) nie szczędziła mi (no, ale i Boyowi) osobliwej reklamy, obrzucając niemal codziennie najgorszymi wyzwiskami. Brzydziły mnie te bzdury, które wyczytywałam o sobie, a które w najmniejszej mierze nie odpowiadały prawdzie (chyba że wymyślano mi od Żydów - Żydówką byłam, choć z odrębną kulturą getta nie miałam nic wspólnego. Ale wówczas – i czy tylko wówczas – słowo Żyd było wyzwiskiem). Wzruszyłam w końcu na to ramionami i po prostu przestałam abonować «Argusa» i w ogóle czytać cokolwiek o sobie, co mi weszło w zwyczaj, już na zawsze.” Krzywicka, wychowana w duchu laickim, chociaż po purytańsku („Byłam, przy całym socjalizmie, grzeczną mieszczańską panienką. Socjaliści czy nie, wszyscy inteligenci czy też burżuazja – trzymali się obyczajowości wiktoriańskiej”), umiała stawić czoła zarzutom. Świetnie funkcjonowała mając na jednym torze życia dobre, zgrane małżeństwo i dzieci, a na drugim - pracę literacką i angażujący, fascynujący związek z Tadeuszem Boyem Żeleńskim.

Zobacz też: Jak wyzbyć się bezceremonialności?

Była dziedzina, w której kobiety dwudziestolecia międzywojennego zawiniły: przyczyniły się do rozzuchwalenia palaczy. Wcześniej palili prawie tylko mężczyźni i - przynajmniej ci dobrze wychowani - nie palili przy jedzeniu i  wychodzili na papierosa, by niepalącym nie dymić. Zmieniło się to od czasu  kiedy „kobiety zaczęły z kaprysu czy ze snobizmu jawnie hołdować paleniu. (...) Skoro kobiety wprowadzają zwyczaj palenia nawet przy obiedzie... Dlaczego mają sobie tego odmawiać mężczyźni. Toteż żyjemy w obłokach dymu w prywatnych domach, w biurach, w publicznych lokalach, w urzędach. To nałóg – tłumaczą palacze – trudno z nim walczyć. Papieros pomaga zresztą w pracy, w skupieniu myśli, poprawia humor, zabija chwilowy głód, no i w ogóle podnosi ton życia.” Cóż, palenie było wówczas modne...

Artykuł jest fragmentem książki "Dobre maniery w przedwojennej Polsce. Savoir-vivre, zasady, gafy", autorstwa Marii Barbasiewicz, Wydawnictwo Naukowe PWN  ISBN: 978-83-01-16981-7 (01)   Wydanie: pierwsze    Format: 195x235 mm    Objętość: 336 stron     Oprawa: twarda     Cena: 89 zł

Redakcja poleca

REKLAMA