POLECAMY

Okiem taty - Idziemy na spacer

Okazuje się, że wyjść na spacer to nie jest taka łatwa sprawa. Zwłaszcza na ten pierwszy. Cóż z tego, że jest wózek pachnący nowością (na szczęście już nie tak intensywnie, tydzień się wietrzył), skoro problem jest w spokojnym położeniu dziecka do niego?
Okazuje się, że wyjść na spacer to nie jest taka łatwa sprawa. Zwłaszcza na ten pierwszy. Cóż z tego, że jest wózek pachnący nowością (na szczęście już nie tak intensywnie, tydzień się wietrzył), skoro problem jest w spokojnym położeniu dziecka do niego?

Najpierw jedzenie. Gdy już w miarę najedzony – przewijam go i próbuję ubrać. Oczywiście rączki latają jak ramiona wiatraka i nie ma mowy o spokojnym i szybkim założeniu czegokolwiek. W końcu się udaje, ale ponieważ planowane jest wyjście na dwór – potrzebna czapeczka.
Okiem taty - Idziemy na spacer
Co się okazuje? Młody krzyczy wniebogłosy. Wściekłym, jednostajnym rykiem syreny alarmowej. Drze się ile sił w płucach. Czerwony na twarzy, wygięty w łuk. Ale jeść już nie chce, nie da się „zatkać”. Takiego rozhisteryzowanego dziecka nie położymy jednak do wózka i nie wyjedziemy z nim, bo jeszcze nas posądzą o świadome znęcanie się nad niemowlakiem. Noszenie na rękach, lekkie kołysanie, głaskanie – nic nie pomaga. Daniel bez chwili wytchnienia robi konkurencję wszelkim alarmom sygnałowym...

W przebłysku natchnienia wyciągam rękę i zdejmuję mu czapeczkę. I cud! Młody w jednej chwili wyhamowuje z rykiem, ucicha, jakby kto go czarodziejską różdżką dotknął. Czerwień ustępuje z twarzy, wszystko wraca do normy, a oczy się same zamykają. A więc to takie buty! A właściwie czapka! Nie lubi jej. No cóż... nie ukrywajmy, że ma to po ojcu i basta. Ale przecież nie wystawimy dziecka z gołą głową na dwór. W ramach eksperymentu próbuję ponownie założyć czapkę... Równoznaczne jest to z wciśnięciem czerwonego guzika z napisem „alarm”! Nie i koniec... Ot, humorzasty i kapryśny już od kołyski...

Zatem zamiast czapki na głowie – dostał cieplutki kombinezonik z kapturem, który w miarę szczelnie wokół głowy się zakłada, ale nie dociska tak jak czapka. Udało się oszukać – na ten element stroju nawet nie miauknął... Co z tego jednak, skoro zaraz po położeniu go do wózka usłyszeliśmy, jak pielucha wypełnia się czymś zdecydowanie gęstym i w dużej ilości na dodatek! No i co? Ano wyciąganie z wózka, z kombinezonika, rozpinanie ubranka, sprawdzenie pieluchy – jasne, że pełna! Przewinięcie i standardowo już, jak po każdym razie – musi jeszcze trochę podjeść. Dopiero jak brzuszek pełny – litania od nowa: ubranie, kombinezonik, kocyk na wierzch... I nareszcie można wychodzić! Od podjęcia decyzji, że wychodzimy, do wyjścia faktycznego minęło półtorej godziny! Niemalże sto minut bezpośredniego zajmowania się dzieckiem, które to działania miały na celu doprowadzić do wyjścia z domu na pierwszy spacer.

Na szczęście – zaraz po wyjściu z wieżowca, Daniel usypia snem kamiennym i nie otwiera oka nawet na sekundę przez cały trwający prawie godzinę spacer. Po czym jeszcze drugie tyle śpi spokojnie po powrocie... ufff...

Rafał Wieliczko
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)