Byliśmy małżeństwem z dziesięcioletnim stażem. Nasze mieszkanie, kupione tuż po ślubie, nosiło ślady wszystkich tych lat. Gdzieniegdzie zarysowane panele, ściany, które z bieli przeszły w niezidentyfikowany odcień szarości, i kanapa z wysiedzianym lewym bokiem, gdzie Tomasz zawsze oglądał mecze. To było nasze gniazdo, bezpieczna przystań. Nigdy nie dążyliśmy do perfekcji rodem z katalogów wnętrzarskich. Żyliśmy spokojnie, może trochę monotonnie, ale wydawało mi się, że jesteśmy szczęśliwi.

WIDEO

player placeholder

Nadszedł w końcu ten moment

Wszystko zmieniło się w jeden deszczowy poranek. Tomasz, niosąc do salonu dwa kubki parującej herbaty, potknął się o plastikową listwę przypodłogową, która od kilku tygodni niebezpiecznie odstawała przy progu. Herbata rozlała się na dywan, a mój mąż usiadł na podłodze z ciężkim westchnieniem.

Musimy w końcu coś z tym zrobić – powiedział, pocierając stopę. – Może po prostu pomalujemy ten salon i wymienimy podłogę? Taki szybki, spontaniczny remont. Dwa weekendy i po krzyku.

Zobacz także:

Spojrzałam na niego z zaskoczeniem. Tomasz nigdy nie był typem majsterkowicza, a każda zmiana w naszym otoczeniu wymagała zazwyczaj wielomiesięcznych negocjacji. Tym razem jednak brzmiał na zdeterminowanego. Pomyślałam, że to świetny pomysł. Wspólny projekt mógł dodać nam trochę energii, odświeżyć nie tylko ściany, ale i naszą codzienną rutynę. Wyobrażałam sobie, jak razem wybieramy kolory, jak śmiejemy się, mając nosy ubrudzone farbą. Byłam naiwna. Nie miałam pojęcia, że otwieram puszkę Pandory, a ten rzekomo szybki remont potrwa miesiącami, stając się najtrudniejszym testem w naszym życiu.

Pracy ciągle przybywało

Zdecydowaliśmy, że skoro już robimy salon, to warto też odświeżyć przedpokój. A skoro przedpokój, to może od razu wyrzucić stare kafelki z kuchni. Zakres prac rósł z każdym dniem, a nasza wizja szybkiego liftingu zmieniła się w generalną przebudowę połowy mieszkania. Ponieważ żadne z nas nie miało urlopu, Tomasz uznał, że musimy zatrudnić fachowca.

– Znalazłem świetnego specjalistę – oznajmił z dumą pewnego wieczoru. – Pan Sylwester. Robił łazienkę u kuzyna mojego kolegi z pracy. Bierze połowę tego, co tamta firma, do której dzwoniłaś.

Od razu miałam złe przeczucia. Moja intuicja rzadko mnie myliła, ale Tomasz był nieugięty. Twierdził, że przepłacanie za proste prace to absurd. Zgodziłam się dla świętego spokoju. Dwa dni później pan Sylwester przekroczył próg naszego domu, wnosząc ze sobą chaos, który miał z nami zostać na bardzo długo.

Od pierwszego uderzenia młotka nasze życie zamieniło się w koszmar. Wszędzie unosił się gęsty, gryzący w gardło pył, który osiadał na naczyniach, ubraniach i we włosach. Hałas wiercenia nie pozwalał na normalną rozmowę, a wieczorami, zamiast odpoczywać, spędzaliśmy godziny na sprzątaniu gruzu. Przestaliśmy sypiać w sypialni, bo tam pan Sylwester złożył wszystkie nasze meble. Przenieśliśmy się na cienki materac do najmniejszego pokoju, który służył nam za biuro. 

Szybko okazało się, że pan Sylwester pracuje we własnym, bardzo powolnym tempie. Często znikał na kilka dni, tłumacząc to nagłymi awariami u innych klientów. Kiedy próbowałam z nim porozmawiać o opóźnieniach, zbywał mnie żartami. Co gorsza, Tomasz w ogóle nie stawał po mojej stronie.

– Daj spokój, człowiek wie, co robi – powtarzał, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu, gdy po raz kolejny skarżyłam się na krzywo położoną gładź. – Nie czepiaj się detali. Przecież i tak będzie lepiej niż było.

Jego obojętność zaczęła mnie ranić. Czułam, że cała odpowiedzialność za ten projekt spadła na moje barki, a mąż po prostu umył ręce.

Teściowa musiała się wtrącić

Prawdziwy kryzys nadszedł na początku drugiego miesiąca remontu. Byliśmy oboje wyczerpani, niedospani i poddenerwowani. Nasze rozmowy ograniczały się do krótkich komunikatów o tym, co trzeba kupić w sklepie budowlanym. Wtedy w naszym zdemolowanym mieszkaniu pojawiła się matka Tomasza.

Teściowa nigdy nie ukrywała, że ma zupełnie inny gust niż ja. Kiedy weszła do przedpokoju, rozejrzała się z dezaprobatą po surowych ścianach.

– Przyniosłam wam coś, co ociepli ten nowoczesny chłód – ogłosiła z triumfem. 

Jej sąsiad, pan z parteru, wniósł do środka ogromny, ciężki fotel obity ciemnozielonym, przetartym welurem. Mebel pachniał naftaliną i starością. Znałam ten fotel z domu teściowej – zawsze uważałam go za wyjątkowo przytłaczający.

– Pasuje idealnie do tego waszego nowego, szarego salonu. Przełamie kolory – stwierdziła, klepiąc oparcie. – To antyk, warty mnóstwo pieniędzy. Ustawcie go przy oknie.

Zamarłam. Spojrzałam na Tomasza, oczekując, że delikatnie odmówi. Mieliśmy zaplanowaną zupełnie inną przestrzeń – jasną, lekką, nowoczesną. Ten mebel wyglądałby tam jak ponury intruz.

– Mamusiu, to bardzo miłe, ale my już mamy zamówioną kanapę i pufy – zaczęłam spokojnie. – Obawiam się, że fotel się nie zmieści.

– Zmieści się, zmieści – uciął Tomasz, nawet nie patrząc w moją stronę. – Mama ma rację, przyda się trochę klasyki. Dziękujemy.

Mąż bronił matki

Poczułam, jak krew pulsuje mi w skroniach. Po wyjściu teściowej wybuchłam.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytałam, starając się panować nad drżeniem głosu. – Przecież wiesz, że nienawidzę tego fotela. Ustalaliśmy każdy element wystroju, a ty lekką ręką niszczysz nasz plan, bo boisz się sprzeciwić matce!

– Przestań dramatyzować! – podniósł głos, zdejmując kurtkę. – To tylko durny mebel. Matka chciała dobrze, po co robić jej przykrość z powodu jakichś twoich wymysłów o idealnym wnętrzu? Nie będę się z nią kłócił o kawałek drewna i materiału.

– Tu nie chodzi o mebel! – byłam już na skraju łez. – Tu chodzi o to, że nigdy nie stoisz po mojej stronie. Ani w sprawie tego beznadziejnego fachowca, ani w sprawie twojej matki. Zostawiłeś mnie z tym wszystkim samą!

Tomasz machnął ręką, obrócił się na pięcie i wyszedł z mieszkania, trzaskając drzwiami. Zostałam sama w zrujnowanym salonie, wpatrując się w ten upiorny, zielony fotel. Zdałam sobie wtedy sprawę, że nasz problem jest znacznie głębszy niż warstwa kurzu na meblach.

Zostałam sama ze wszystkim

Kolejne tygodnie przypominały życie w okopach. Tomasz zaczął wracać z pracy coraz później. Twierdził, że ma mnóstwo nadgodzin i ważne projekty do zamknięcia, ale ja wiedziałam swoje. Po prostu uciekał. Uciekał przed chaosem, przed obowiązkiem podejmowania decyzji i przede wszystkim – przede mną.

Zostałam w domu sama z panem Sylwestrem, który powoli kończył kładzenie podłogi. Codziennie po pracy musiałam nadzorować jego działania, jeździć po brakujące materiały, a potem w samotności zmywać lepki pył z szafek w kuchni. Spałam na niewygodnym materacu, budząc się z bólem pleców, podczas gdy mój mąż przychodził do domu tylko po to, by wziąć prysznic i zapaść w sen, odwrócony do mnie plecami.

Kiedyś spróbowałam zainicjować rozmowę. Zaparzyłam herbatę w naszych starych kubkach, usiadłam obok niego na materacu i dotknęłam jego ramienia.

– Tęsknię za nami – powiedziałam cicho. – Mam wrażenie, że ten remont zjadł nie tylko nasze oszczędności, ale i naszą relację. Zróbmy sobie jutro wolne. Pójdźmy na spacer, zjedzmy coś na mieście. Zostawmy to gruzowisko.

Spojrzał na mnie zmęczonymi oczami, w których nie było już tamtego chłopaka, za którego wyszłam za mąż. 

– Nie mam siły na spacery – westchnął ciężko. – Chcę po prostu, żeby to się skończyło. Nie ułatwiasz sprawy, ciągle czegoś ode mnie wymagając. Przecież robię to dla nas. Pracuję, zarabiam na te twoje wymyślne farby. Daj mi odpocząć.

Słowa „twoje wymyślne farby” uderzyły mnie najmocniej. Zrobił z tego moją fanaberię, choć to on zainicjował całą akcję. Zrozumiałam, że w jego oczach stałam się problemem. Przestaliśmy grać w jednej drużynie. 

Tego było za wiele

Kulminacja nastąpiła w czwartkowe popołudnie. Dzień wcześniej przywieziono panele, które z taką pieczołowitością wybierałam. Miały być ułożone we wzór klasycznej jodełki. Zapłaciłam za nie małą fortunę, odkładając pieniądze przez ostatnie pół roku. Rano przypomniałam panu Sylwestrowi o skomplikowanym wzorze, a on przytaknął, popijając kawę.

Wróciłam z pracy nieco wcześniej. Wchodząc do przedpokoju, poczułam zapach świeżego kleju. Zrobiłam krok do salonu i zamarłam. Podłoga była ułożona. Ale zamiast eleganckiej jodełki, panele leżały prosto, jak w najzwyklejszym biurze. Wzór, na którym tak mi zależało, został całkowicie zignorowany. Co gorsza, przy ścianach widniały nierówne, potężne szpary, które pan Sylwester próbował nieudolnie zakryć zaprawą.

Fachowiec pakował właśnie swoje narzędzia.

– Co tu się stało? – mój głos drżał z wściekłości i bezsilności. – Przecież ustalaliśmy jodełkę! Pokazywałam panu rysunki!

– E tam, pani kierowniczko, z tą jodełką to za dużo zabawy by było – odpowiedział bezczelnie, nie patrząc mi w oczy. – Trzeba by docinać, materiału by brakło. A tak jest prosto, czysto i solidnie. Na listwy się coś wymyśli. Mąż dzwonił w południe, pytał, czy skończę do piątku, to przyspieszyłem. Zresztą, jodełka już z mody wychodzi.

Zadzwoniłam do Tomasza natychmiast. Zażądałam, żeby natychmiast przyjechał. Gdy pojawił się w drzwiach godzinę później, od razu zauważył, w jakim jestem stanie. Pan Sylwester zdążył już wyjść, zostawiając mnie samą z tym architektonicznym potworkiem.

– Zobacz, co on zrobił! – krzyknęłam, wskazując na podłogę. – Zmarnował materiał! Zniszczył wszystko! A ty mu jeszcze kazałeś się spieszyć?!

Pokłóciliśmy się kolejny raz

Tomasz przeszedł powoli po nowych panelach. Wzruszył ramionami.

– Przesadzasz – powiedział spokojnie, co tylko podsyciło mój gniew. – Wygląda normalnie. Podłoga jak podłoga. Przynajmniej będziemy mieć to już z głowy i w weekend wniesiemy meble.

– Normalnie?! – byłam zdruzgotana. – Przecież to jest zrobione krzywo! Zrobił po swojemu, zignorował mnie, a ty znowu, po raz kolejny, nie widzisz w tym żadnego problemu! 

– Bo nie ma problemu! – wybuchnął wreszcie Tomasz, rzucając klucze na stół. – Problemem jest to, że nie potrafisz odpuścić! Wszystko musi być idealne, dokładnie takie, jak ty sobie wymyśliłaś. Zadręczasz tego biednego faceta, zadręczasz mnie! Kto normalny patrzy na wzór desek na podłodze? Mam tego dość! Mam dość tego mieszkania, tego pyłu i twojego wiecznego niezadowolenia!

Patrzyłam na niego, na jego poczerwniałą z gniewu twarz i nagle ogarnął mnie niezwykły, lodowaty wręcz spokój. Zrozumiałam, że kłócimy się o deski, ale tak naprawdę rozmawiamy o całym naszym życiu. 

O tym, że on zawsze szedł po linii najmniejszego oporu, ignorując moje potrzeby. O tym, że kiedy pojawiał się problem, on zamykał oczy i udawał, że go nie ma. O tym, że nie potrafił stanąć w mojej obronie, nie wspierał mnie, gdy tego potrzebowałam. Wolał byle jakość i święty spokój niż wspólne dążenie do czegoś lepszego. Remont tylko przyspieszył proces, który trwał od lat. Zdarł cienką warstwę tapety z naszej relacji, odsłaniając gnijącą ścianę pełną braku komunikacji, szacunku i empatii.

– Masz rację – powiedziałam cicho, ale bardzo wyraźnie. – Kto normalny patrzy na wzór desek. Ale ja patrzę na ciebie. I widzę kogoś, na kogo nie mogę liczyć. W ani jednej ważnej sprawie przez ostatnie dwa miesiące nie byłeś po mojej stronie. 

Tomasz zamilkł. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale chyba dotarło do niego powaga moich słów. Odwróciłam się i wyszłam. Miesiąc później remont oficjalnie się zakończył. Pan Sylwester wziął pieniądze i zniknął. Podłoga pozostała prosta, listwy ostatecznie zamontowano, ściany lśniły czystą, chłodną szarością. Nowa kanapa pachniała nowością, a w rogu, niczym niemrawy strażnik, stał zielony fotel od teściowej. Mieszkanie wyglądało ładnie. Znacznie lepiej niż na początku.  Brakowało w nim tylko nas.

Joanna, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: