Zawsze wierzyłam, że będę miała życie jak z bajki. Już od najmłodszych lat kiełkowało we mnie takie przekonanie. Byłam pewna, że znajdę prawdziwego księcia, który będzie mnie rozpieszczał luksusami. Ta myśl towarzyszyła mi już od dzieciństwa.
WIDEO…
Byłam wyczekanym dzieckiem
Rodzice długo się o mnie starali. Byłam wyczekanym, wymodlonym i jedynym dzieckiem z dobrego domu. Mój ojciec był biznesmenem, często wyjeżdżał w delegacje, z których zawsze przywoził mi tonę prezentów. Uważałam, że tak powinien postępować prawdziwy mężczyzna – rozpieszczać swoją kobietę.
Moja mama była wykładowcą na uczelni wyższej. Odziedziczyłam po niej pewność siebie i dobry gust. Ona zawsze wyglądała nienagannie i brylowała w towarzystwie u boku mojego ojca. Dla mnie to był obrazek idealnego małżeństwa. O takim życiu marzyłam dla siebie.
Przyzwyczaiłam się, że zawsze jestem w centrum uwagi. Pamiętam, jak kiedyś woźna w przedszkolu spytała mnie, jak się nazywam.
– Dziecko, a ty z której grupy jesteś? Jak się nazywasz?
– Ja jestem księżniczka – odpowiedziałam bez namysłu.
Tak po prostu zwracano się do mnie w domu. Zawsze byłam „małą księżniczką” tatusia i ukochaną córeczką mamusi. Dorastałam w przekonaniu, że jestem wyjątkowa i wszystko mi się należy. Nie brakowało mi urody, wiec byłam tym bardziej pewna siebie. Miałam markowe ubrania, chodziłam na drogie zajęcia dodatkowe, uczyłam się języków obcych.
Miałam też marzenia jak każda inna nastolatka. Śniłam o księciu z bajki. Niczego mi nie brakowało, ale chłopcy po prostu bali się mnie poderwać. Może byłam zbyt pewna siebie? Sytuacja poprawiła się nieco, kiedy wyjechałam z naszego małego miasteczka na studia do stolicy. Tam miałam parę dłuższych znajomości, ale żaden poznany mężczyzna nie pasował do mojego wyobrażenia księcia z bajki.
– Zasługujesz na kogoś, kto będzie cię nosił na rękach – przekonywała mama, gdy opowiadałam jej o swoich niepowodzeniach. – W końcu znajdziesz mężczyznę z klasą.
Wierzyłam jej i nie przestawałam marzyć o luksusowym życiu księżniczki.
Zbliżyliśmy się do siebie
To był zwykły czwartek. Po uczelni pojechałam do sklepu, żeby kupić nowy ekspres do kawy, bo stary odmówił posłuszeństwa. Gdy wracałam z zakupów, zbuntowało się moje auto. Zjechałam na pobocze, ustawiłam trójkąt i zaczęłam gorączkowo machać rękami, mając nadzieję, że któryś z kierowców wybawi mnie z opresji. Nikt się nie zatrzymywał.
Zrezygnowana oparłam się o maskę i miałam ochotę się rozpłakać, gdy tuż obok mojego auta zaparkowała taksówka. Wysiadł z niej młody mężczyzna, wysoki brunet ze zmierzwioną czupryną i nieśmiałym uśmiechem.
– Cześć, widzę, że potrzebujesz pomocy – powiedział, podciągając rękawy koszuli. – Może sprawdzę, o co chodzi? Trochę się na tym znam.
Patrzyłam, jak otwiera maskę i zagląda do środka, jak sprawdza podwozie i szuka czegoś w bagażniku.
– Wygląda na to, że po prostu złapałaś gumę, ale nie masz zapasowego koła – przeciągnął palcami po włosach, wyraźnie coś analizując. – Słuchaj, podwiozę cię do domu i pomogę z autem. Mam zaprzyjaźnionych mechaników, zrobią to szybko i nie zapłacisz fortuny.
Zgodziłam się. Michał, bo tak się mi przedstawił, odwiózł mnie do domu, zabrał nawet nowy ekspres do kawy i pomógł mi go wnieść na górę, a potem zajął się zepsutym autem. Załatwił lawetę i naprawę, dzięki czemu wieczorem samochód już stał pod moim domem. Zaproponował też, że pomoże załatwić zapasowe koło i przywiezie je na następny dzień.
Jak powiedział, tak też zrobił. W ramach podziękowania zaprosiłam go na kawę. Rozmowa z nim toczyła się bardzo naturalnie. Od razu przeszliśmy na „ty” i czuliśmy się w swoim towarzystwie niezwykle swobodnie. Dowiedziałam się, że jest absolwentem technikum mechanicznego i pasjonuje się samochodami. Imponowała mi jego wiedza i jego maniery. Zachowywał się szarmancko, jak prawdziwy dżentelmen.
Zaczęliśmy spotykać się coraz częściej. Michał wpadał do mnie, przynoszą mi moje ulubione ciastka z pobliskiej piekarni. Rozpieszczał mnie. Czułam się przy nim tak, jak od zawsze chciałam się czuć przy mężczyźnie. Jak księżniczka.
Zaczęłam go lekceważyć
Znajomość z Michałem rozwijała się w błyskawicznym tempie. Wkrótce staliśmy się niemal nierozłączni. Wiedziałam, że jest taksówkarzem, ale nie przeszkadzało mi to. Przynajmniej na początku. Później zaczęły się pytania ze strony znajomych, z którymi spędzałam coraz mniej czasu. Rodzice też dopytywali, czemu tak rzadko się odzywam.
– Karolinko, czy wszystko w porządku? – Pytała zatroskana mama. – Tata się martwi.
– Tak, wszystko dobrze mamo – odpowiedziałam. – Po prostu… poznałam kogoś.
– To wspaniale, córeczko – ucieszyła się mama. – Kim jest ten szczęściarz? Opowiesz mi o nim?
I wtedy to do mnie dotarło. Co mogłam powiedzieć na temat Michała? Że na co dzień jeździ taksówką, a w weekendy ogląda rajdy samochodowe w telewizji? Że ostatnio śmialiśmy się, robiąc makaron z gotowym sosem ze słoika? Nie chciałam się do tego przyznać.
To samo dotyczyło moich znajomych. Miałam dobrą przyjaciółkę na studiach, z którą często chodziłyśmy do modnych knajp i na drogie zakupy. Razem podróżowałyśmy i rozmawiałyśmy o wszystkim, zwłaszcza o chłopakach. Jej ukochany zabrał ją ostatnio do Mediolanu. Co miałam powiedzieć? Że Michał naprawił mi koło w samochodzie?
W końcu przyznałam, że się z nim spotykam, ale mówiłam, że to nic poważnego.
– Wiesz, kiedy potrzebuję podwózki, wystarczy, że dam mu znać, a w razie awarii też przyda się pomoc – przekonywałam ją. – Dobrze mieć kontakty.
– I to, że jest przystojny, nie ma znaczenia? – spytała z przekąsem Iga, moja przyjaciółka. – Daj spokój, każdy ma prawo się zabawić, Karolina.
Zabawa. Tak właśnie starałam się przedstawić nasz związek, gdy zapoznałam Michała z moimi znajomymi. Zawsze traktowałam go z góry, protekcjonalnie, czasem nawet lekceważąco. Nigdy nie okazywałam, że mi na nim zależy. To on mnie obejmował, całował, ale ja tego nie odwzajemniałam. Przynajmniej nie w towarzystwie.
Zdarzało mi się z niego żartować. Nazywałam go „szoferem” i zwracałam uwagę, że pachnie smarem. Prawda była taka, że lubiłam ten zapach. Lubiłam to, jaki jest. Ale byłam przekonana, ze to za mało, żeby dobrze nam się żyło. Że to życie, które mogłam z nim mieć, nigdy nie będzie moją wymarzoną bajką.
Została mi tylko pustka
Widziałam, że entuzjazm Michała gaśnie w oczach. Że coraz bardziej bolą go moje przytyki i mój brak czułości wobec niego. Ale nie potrafiłam się do końca otworzyć. Nie chciałam zaangażować się tak, żeby nie było już odwrotu. W końcu czekała nas poważna rozmowa.
– Karolina, kocham cię – wyznał szczerze. – Ale nie mogę tak dłużej.
– Daj spokój Michał, dobrze się bawimy, jest fajnie – próbowałam go przekonać.
– No właśnie, dla ciebie to dobra zabawa – odpowiedział cicho. – A mi zależy na czymś więcej. Chcę mieć rodzinę. Dom.
Przez moment się zawahałam. Ja też o tym marzyłam. Ale na jego miejscu widziałam kogoś innego. Kogoś z perspektywami, z większym obyciem.
– To koniec – powiedział definitywnie. – Mam nadzieję, że znajdziesz swojego księcia z bajki.
Prawda jest taka, że nigdy go nie znalazłam. Kiedy Michał przestał się odzywać, poczułam pustkę. Nikt już o mnie nie dbał, nikt nie przynosił mi słodkości. Nie miałam na kogo liczyć, gdy potrzebowałam pomocy. Tęskniłam za nim, za jego łagodnym śmiechem i kosmykami włosów opadającymi na czoło. Zrozumiałam, co straciłam, choć zajęło mi wiele czasu, by w końcu to przed sobą przyznać.
Próbowałam go odszukać. Od wspólnych znajomych dowiedziałam się, że wyjechał za granicę w poszukiwaniu lepszego życia. Żeby o nim zapomnieć, rzuciłam się w wir życia towarzyskiego. Spotykałam się z kilkoma mężczyznami, ale żaden nie miał w sobie tyle ciepła i wyrozumiałości, co Michał.
Po latach spotkałam go w mieście. Siedział w ogródku restauracyjnym, obejmując kobietę, która trzymała na ręku niemowlę. Zauważył mnie wtedy i skinął głową, ale nie przywitałam się z nim. Odeszłam stamtąd w pośpiechu i wróciłam do swojego nowoczesnego apartamentu, w którym codziennie czeka na mnie tylko głucha pustka. Nie liczę już, że poznam kogoś, kto ją wypełni.
Straciłam swoje najlepsze lata, pędząc za czymś, co nigdy nie istniało. Za złudzeniem idealnego życia. Straciłam jedynego mężczyznę, który mógł mi dać szczęście.
Karolina, 44 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zbierałam czereśnie, żeby sprezentować ukochanemu drogi zegarek. W tym czasie moja przyjaciółka dawała mu coś lepszego”
- „Teściowa kupowała tony kremów i wpadała w coraz większe długi. W końcu odkryłam, na co jeszcze wydaje tyle pieniędzy”
- „Teściowa dała mi kosmetyki przeciwzmarszczkowe, żeby ze mnie zakpić. Ale o wiele gorsze świństwo zrobiła mojej mamie”



























