„Przepis na faworki babci Zosi pogodził naszą rodzinę. W każdy tłusty czwartek robimy je z myślą o niej”
„Babcia Zosia nigdy nie zapisała przepisu, powtarzała tylko, że to wszystko jest w sercu i rękach. A potem odeszła. I wtedy wszyscy zrozumieli, że stracili coś więcej niż tylko ukochaną osobę – stracili tajemnicę smaku, który od zawsze łączył rodzinę”.

- Redakcja
Kiedy myślę o dzieciństwie, od razu czuję zapach faworków. Ten zapach unosił się w domu mojej babci Zosi zawsze przed świętami i ważniejszymi uroczystościami. Pachniało wanilią, rumem i czymś jeszcze – czymś, czego nikt nie potrafił dokładnie określić. Faworki babci były najlepsze na świecie, to wiedzieli wszyscy. Krucha, złocista doskonałość, która rozpływała się w ustach.
Nikt jednak nie wiedział, jak je robiła. Babcia Zosia nigdy nie zapisała przepisu, powtarzała tylko, że to wszystko jest w sercu i rękach. Czasem ktoś próbował podglądać, ale zawsze coś umykało. Raz ciasto było za twarde, raz faworki chłonęły za dużo tłuszczu, innym razem brakowało im tej charakterystycznej kruchości. A potem babcia odeszła. I wtedy wszyscy zrozumieli, że stracili coś więcej niż tylko ukochaną osobę – stracili tajemnicę smaku, który od zawsze łączył rodzinę.
Nikt nie miał przepisu
Tłusty Czwartek bez faworków babci Zosi? Niemożliwe. A przynajmniej tak się nam wydawało. Co roku to ona królowała w kuchni, ubrana w fartuch obsypany mąką, z wałkiem w ręku i tą swoją tajemniczą miną, jakby znała sekrety, o których inni nawet nie śnili. Teraz mama i ciocia Krystyna postanowiły, że tradycji musi stać się zadość.
– Nie może być tak, że w tym domu nie będzie faworków – oznajmiła ciocia, zakasując rękawy.
Problem w tym, że babcia nigdy nie zapisywała przepisu. A my? Mimo że widzieliśmy ją przy pracy tysiące razy, nic nie szło jak trzeba. Ciasto było za twarde albo za klejące. Nie chciało się wałkować tak cienko, jak powinno. Faworki chłonęły tłuszcz i zamiast chrupać, przypominały gumowe kawałki ciasta.
– Może chodzi o spirytus? – zastanawiała się mama.
– Nie, babcia zawsze powtarzała, że spirytus to tylko po to, żeby ciasto nie piło oleju – odpowiedziała ciocia.
Patrzyliśmy na siebie bezradnie. Bez babci to nie było to samo. Ale wtedy mała Zosia, najmłodsza w rodzinie, przyjrzała się uważnie starej, drewnianej stolnicy i odkryła coś, co zmieniło wszystko.
To było odkrycie
Zosia, ledwie ośmioletnia i mająca imię po babci, kręciła się po kuchni, mimo że co chwilę ktoś ją przeganiał. W końcu przysiadła na podłodze i zaczęła bawić się wałkiem, stukając nim o stolnicę. Nagle zmarszczyła brwi i przejechała po niej palcami.
– A co to za dziury? – zapytała, pochylając się nad starą drewnianą deską.
Ciocia i mama spojrzały na nią zaskoczone. Dopiero wtedy zauważyliśmy, że stolnica nie była gładka. Miała delikatne wgłębienia, jakby ktoś uderzał w to samo miejsce setki razy.
– Babcia zawsze biła wałkiem w ciasto – powiedziała nagle mama. – Mówiła, że „trzeba włożyć w nie trochę miłości i gniewu”.
– My nigdy tego nie robiliśmy – szepnęła ciocia Krystyna, patrząc na stolnicę z namysłem.
Zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli na siebie i niemal jednocześnie sięgnęli po wałki. Zaczęliśmy uderzać w ciasto – nie za mocno, ale stanowczo, jakbyśmy chcieli oddać w nie całą tęsknotę za babcią.
Kiedy usmażyliśmy pierwszą partię, nastąpiła chwila prawdy. Wszyscy wstrzymali oddech, a potem… pierwszy chrupnięcie. To był ten smak. Babcia miała rację. Tajemnica tkwiła nie w składnikach, ale w geście, który przekazywała nam latami. Ten przepis był idealny. Tego dnia zrozumieliśmy, że babcia nigdy tak naprawdę nie odeszła. Była z nami w każdym uderzeniu wałkiem, w każdym chrupiącym faworku.
Każdy chciał mieć swój udział
Po pierwszym kęsie zapadła cisza. Wszyscy patrzyli po sobie, jakby nie dowierzając, że to naprawdę się udało. Potem ciocia Krystyna uśmiechnęła się szeroko.
– To jest to – powiedziała, chrupiąc kolejnego faworka.
Mama otarła oczy rękawem fartucha, a najmłodsza Zosia dumnie wypięła pierś.
– To ja znalazłam! – oznajmiła, jakby właśnie odkryła nowy kontynent.
W kuchni znów zrobiło się gwarno, ale tym razem zamiast narzekań i frustracji słychać było śmiech. Uderzaliśmy wałkami w ciasto, tak jak babcia – rytmicznie, cierpliwie. Każdy chciał spróbować, nawet kuzyn Janek, który na co dzień trzymał się od kuchni z daleka.
– Dziwne, że nikt wcześniej nie zwrócił uwagi na tę stolnicę – zastanowił się wujek Stefan, podnosząc ją do światła. – Przecież babcia robiła faworki co roku w ten sam sposób.
– Bo my zawsze skupialiśmy się na składnikach – westchnęła mama. – A babcia powtarzała, że nie wszystko da się zapisać w przepisie.
Nagle te słowa nabrały nowego znaczenia. Babcia przekazywała nam swój sekret przez lata, tylko my nie zwracaliśmy na to uwagi. Teraz wiedzieliśmy, że nie chodziło tylko o faworki, ale o tradycję, o wspólne chwile w kuchni. Kiedy ostatnia partia ciasta została usmażona i oprószona cukrem pudrem, usiedliśmy przy stole.
Faworki nas połączyły
Tego dnia faworki smakowały inaczej. Może dlatego, że po raz pierwszy od śmierci babci Zosi czuliśmy, że jest z nami – nie tylko we wspomnieniach, ale w każdym uderzeniu wałka, w każdym chrupnięciu ciasta, w zapachu, który wypełnił kuchnię.
– Babcia byłaby z was dumna – powiedziała mama, nakładając kolejną porcję na wielką paterę.
Ciocia Krystyna spojrzała na nią z uśmiechem.
– I pewnie by dodała, że wciąż nie robimy tego tak dobrze jak ona.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Bo to prawda – babcia zawsze miała swoje poprawki, swoje sposoby. Ale tego dnia zrozumieliśmy, że nie chodzi o perfekcję. Chodzi o to, żeby robić coś razem, pielęgnować tradycję, przekazywać ją dalej.
– Zosia, to teraz twoja kolej – powiedziała mama i podała jej wałek.
Dziewczynka aż podskoczyła z radości. Położyła ciasto na stolnicy, spojrzała na nas poważnie i uniosła wałek w górę. A potem uderzyła – raz, drugi, trzeci.
Patrzyliśmy na nią z dumą, wiedząc, że babciny przepis przetrwa kolejne pokolenia.
To nasza nowa tradycja
Od tamtego dnia każde tłusty czwartek wyglądał tak samo – zbieraliśmy się w kuchni, rozkładaliśmy starą stolnicę i z uśmiechem uderzaliśmy wałkiem w ciasto, dokładnie pięćdziesiąt razy, tak jak robiła babcia Helena.
Faworki wychodziły chrupiące, lekkie, idealne. Ale najważniejsze było coś innego – czas spędzony razem. Śmiech, rozmowy, wspomnienia.
– Babcia by się cieszyła – powiedziała kiedyś Zosia, teraz już nastolatka, wałkując ciasto z wprawą.
– Babcia się cieszy – poprawiła ją mama, spoglądając na stare zdjęcie wiszące na ścianie.
Bo babcia naprawdę wciąż była z nami. W smaku faworków, w stukocie wałków o stolnicę, w zapachu wanilii unoszącym się w powietrzu. Jej przepis już nigdy nie zginie.
Aleksandra, 30 lat
Czytaj także: „Zdradę męża odkryłam przez pistacjowe pączki. To takie żałosne, że nie wiem, czy się śmiać czy płakać”
„Chciałam przynieść mężowi pączki w tłusty czwartek prosto do łóżka. Nie wiedziałam tylko, że ubiegł mnie już ktoś inny”
„Chciałam od teściowej przepis na pączki na tłusty czwartek, ale mnie wyśmiała. Mam sobie na niego zasłużyć”