„Po zdradzie męża pojechałam do Zakopanego. Tam zrozumiałam, że małżeństwo z nim było beznadziejne”
„– Od paru dni wiedziałam, że coś się święci – mówiłam. – On chodził jakiś taki podminowany… A dzisiaj, po śniadaniu, powiedział, że powinniśmy porozmawiać. A potem coś tam gadał, a na koniec, że odchodzi”.

Tadek się wyprowadził. Normalnie. Po 20 atach udanego, jak sądziłam, małżeństwa nagle doznał olśnienia.
– Muszę wszystko zacząć od nowa – powiedział, wrzucił parę ciuchów do walizki i poszedł.
Przez dwie godziny przemierzyłam pokój chyba z tysiąc razy w tę i z powrotem. Miotałam się w czterech ścianach niczym lew w klatce. W końcu sięgnęłam po telefon i wystukałam numer przyjaciółki.
– Tadek właśnie się wyprowadził – rzuciłam i się rozryczałam.
– A to drań – wyrwało się przyjaciółce, a ja pomyślałam, że w jej słowach jest sporo racji.
Musiałam się wygadać
Pół godziny później Zośka była już u mnie. Zdyszana, bo wbiegła na trzecie piętro, nie czekając na windę.
– Opowiadaj – rzuciła od progu, wyjęła mi z ręki kieliszek z winem i wychyliła jednym haustem. Poszłam do kuchni, ona za mną.
– Od paru dni wiedziałam, że coś się święci – mówiłam. – On chodził jakiś taki podminowany… A dzisiaj, po śniadaniu, powiedział, że powinniśmy porozmawiać. A potem coś tam gadał, a na koniec, że odchodzi.
– Powiedział do kogo? Zresztą, nieważne – Zośka machnęła ręką. – Na pewno nie do starszej od niego kobiety. Niech zgadnę – zapatrzyła się w sufit, dopijając wino. – Ma dwadzieścia parę lat, nogi do samej szyi, kocha go bezgranicznie i chce mu urodzić kompanię wojska, oczywiście jeśli wcześniej co miesiąc będzie wieszał jej brylanty na szyi.
– Coś w tym stylu, ale bez rodzenia. Dzisiaj to nie jest modne. Żadna za 800 złotych nie chce zrobić z siebie mamki, przedszkolanki, kucharki, sprzątaczki i zaopatrzeniowca, czyli co najmniej dziesięciu zaharowanych kobiet, które od rana do wieczora uśmiechają się do męża i oczywiście stale mają ochotę na szaleńczy seks – wyrzuciłam na jednym oddechu.
– To chyba jasne.
– Co mam zrobić?
– Zadzwoń do pracy. Powiedz, że matka ci niedomaga, i musisz wziąć kilka dni wolnego.
– Mamę pochowałam dwa lata temu.
– Zanim się zatrudniłaś, więc nic o tym nie wiedzą. A zatem ani im, ani tym bardziej twojej mamie, świeć Panie nad jej duszą, nie będzie to przeszkadzać – oświeciła mnie Zośka.
Pojechałam do Zakopanego
Godzinę później byłam spakowana. To znaczy ja pakowałam, co mi wpadło w rękę, a Zośka z 10 swetrów wybrała jeden, a z 15 sukienek dwie. W międzyczasie wysłała swojego faceta po bilety na dworzec, kierunek Zakopane. Dlaczego właśnie tam? Otóż przed czterema laty Zośka przeżywała to samo co ja. Pojechała wówczas bez walizki do Zakopanego, i tam spotkała swojego obecnego faceta.
Najwidoczniej uznała, że takie historie lubią się powtarzać. Ja też miałam taką nadzieję. Kiedy wsiadałam do sypialnego, Zośka obiecała, że zadzwoni do góralki, do której co roku sama wpada. Pojechałam. Ponieważ obawiałam się bezsennej nocy, wzięłam proszki. Podobno wystarczyłby jeden, ale na wszelki wypadek łyknęłam dwa. Rano konduktor ledwo mnie dobudził. Kiedy wyszłam przed dworzec, nie bardzo wiedziałam, gdzie jestem. Wreszcie zobaczyłam białego niedźwiedzia i stojącego obok górala z aparatem. Wróciła mi świadomość, gdzie i po co tu przyjechałam.
– Masz odpoczywać – usłyszałam w telefonie głos Zośki.
Jak spotkasz fajnego faceta, to rwij. Szkoda czasu na tego drania, który był twoim mężem.
– Jest… Nadal nim jest.
– Był! Powiedz sobie, że właśnie wróciłaś z jego pogrzebu. Wszyscy się z tego cieszą, a ty jesteś w tym gronie najbardziej szczęśliwa.
Zaczęłam się śmiać i rozłączyłam się. Zośka musiała coś góralce nagadać, gdyż ta obchodziła się ze mną jak z jajkiem. No i dostałam najlepszy pokój z widokiem na Giewont.
Poznałam kogoś w górach
Wiosna powoli rozwijała listki na drzewach, ale na szlakach było jeszcze niewielu turystów. Po trzech dniach samotnego włóczenia się po górach powoli wróciło logiczne myślenie. Właściwie, to czego ja tak się wystraszyłam? Że niby co, bez chłopa to już jestem jakś niepełna?
Zarabiałam dobrze. No i byłam jeszcze całkiem do rzeczy. Przynajmniej to powiedział mi pewien facet podczas wczorajszej kolacji.
– Jest pani najpiękniejszą kobietą w tej sali – usłyszałam mianowicie.
– Jesteśmy tu tylko my dwoje – zauważyłam wówczas z przekąsem.
– O, przepraszam – wskazał na wiszące na ścianach portrety pięknych góralek. – A te damy to pies?
Tobiasz – takie imię nosił nieznajomy – miał zamglone spojrzenie, lekko przyprószone siwizną skronie, duże uszy, lekko kwadratową szczękę, szare oczy, a na dużym nosie równie wielkie rogowe okulary. Wszystkie te elementy z osobna nie były ładne. Jednak złożone w całość na jednej twarzy miały w sobie pociągający czar.
– Widziałem przez okno, że co rano wychodzi pani w góry i wraca dopiero wieczorem – odezwał się znowu.
– Śledził mnie pan?
– Słyszała pani o Macie Hari? Skłamałam, że nie.
– Była szpiegiem. Zwerbowali ją w górskim pensjonacie.
– A ten, który tego dokonał, miał na imię Tobiasz?
Roześmieliśmy się z tych zmyślanych bzdurek i poszliśmy na spacer.
Zapomniałam o zdradzie
Tobiasz był niezłym piechurem, ale i równie wielkim leniuchem. Co jakiś czas zatrzymywał się, przysiadał i gapił się na góry z wyrazem chłopięcego zachwytu na twarzy. Od tego dnia co rano spotykaliśmy się na śniadaniu i żegnaliśmy po kolacji. Oczywiście co wieczór dzwoniła do mnie Zośka i już na początku zadawała pytanie: „Spotkałaś go?”.
– Czy ty myślisz, głupia, że ja przyjechałam tu na polowanie? – broniłam się ze śmiechem. – A po co innego? – odpowiadała szczerze przyjaciółka. – Lekarstwem na miłość jest druga miłość.
– Na razie doszłam do wniosku, że nie kocham już Tadka.
– Więc tym bardziej nie musisz mieć skrupułów.
Wreszcie przyznałam się przyjaciółce, że „upolowałam” spodniastego.
– Jest teraz obok ciebie?
– Teraz jest noc i leżę w łóżku.
– No to powinien być obok. Przecież jutro będziesz o dzień starsza.
– Idę spać – rzuciłam do słuchawki.
Następnego dnia wieczorem nie odebrałam telefonu od Zośki, gdyż byłam zajęta… Tobiaszem. Tydzień później wróciłam do domu. Rozpakowałam się i przegadałam cały wieczór z Zośką.
Tego się nie spodziewałam
Następnego dnia w domu zjawił się Tadeusz.
– Strasznie cię przepraszam. To było chwilowe zauroczenie. Kocham tylko ciebie. Wiem, postąpiłem jak głupiec. Jestem nim. Ale od dziś wszystko się zmieni! – przysiągł, po czym uklęknął przede mną i wyciągnął z kieszeni złoty pierścionek z ładnym brylantem. – Musisz mi wybaczyć – dodał i już chciał wsunąć mi na palec pierścionek, gdy zobaczył na nim niepozorny pierścionek z tombaku ze szklanym czerwonym oczkiem. Dla mnie bezcenny.
– Co to? – spytał zaskoczony.
– Pierścionek zaręczynowy – odpowiedziałam, odwracając się na pięcie. – Przecież jesteśmy małżeństwem… – Tadzik był zaszokowany.
– Byliśmy, ale ty mnie rzuciłeś...
– On jest ode mnie bogatszy? Pokręciłam przecząco głową. – Młodszy? Znowu zaprzeczyłam. – Więc co ma, czego ja nie mam?
– Nie udaje, kocha mnie i spacery po górach, których ty nienawidzisz.
– I chcesz z nim spędzić resztę życia?
– To już moja sprawa. A jeśli chodzi o twoje rzeczy, to dziś rano wynajęta ekipa wywiozła je do twojej mamy.
– Ale mama mieszka w dwupokojowym mieszkaniu – jęknął Tadek.
– Więc coś sobie wynajmiesz. A potem na pewno znajdziesz sobie jakąś laskę, która urodzi ci pułk wojska, będzie zawsze zadbana, uśmiechnięta i chętna na seks choćby w zamrażalniku. Kiedy zostałam sama, spojrzałam na pierścionek połyskujący na palcu. Tobiasz kupił mi go na straganie, bez żadnej deklaracji. Nie byłam zaręczona. Na razie. Dziś wieczorem idę z Tobiaszem na umówioną kolację. A potem… kto wie.
Anna, 49 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż miał pretensje, że wydawałam pieniądze tylko na dziecko. Zapomniałam o sobie, a jemu taka żona przestała pasować”
- „W Dzień Ojca mój tata wyznał, że za 9 miesięcy będzie miał nowy powód do świętowania tego dnia. Odebrał mi wszystko”
- „Teściowa zawsze powtarzała, że nie ma za co żyć. A ja pod jej łóżkiem znalazłam dowód wierutnych kłamstw”

