Zawsze śmiałam się z ludzi, którzy wydawali fortunę na smażenie się w tłumie we Władysławowie. Byłam sprytniejsza, przecież znalazłam idealną ofertę na południu Europy. Wyobrażałam sobie lazurową wodę, urokliwe knajpki i ceny, które nie zrujnują naszego domowego budżetu. Zamiast tego dostałam urlop, który niemal doprowadził do rozpadu mojego małżeństwa, a moje oszczędności wyparowały szybciej niż woda na rozgrzanym asfalcie.
WIDEO…
To miał być nasz bilet do raju
Zaczęło się niewinnie, w pewien chłodny, wiosenny wieczór. Siedziałam na kanapie z laptopem na kolanach i przeglądałam oferty wakacyjne nad polskim morzem. Kiedy zobaczyłam cenę za skromny pokój z łazienką na korytarzu w Sopocie, o mało nie zakrztusiłam się herbatą. Suma była astronomiczna, a przecież w to nie wliczało się wyżywienia, dojazdów ani atrakcji dla naszej dziewięcioletniej córki, Zosi.
– Tomek, chodź tu na chwilę – zawołałam męża, który właśnie przeglądał coś w telefonie. – Zobacz na to. Tyle chcą za tydzień nad Bałtykiem. Przecież to jest jakiś absurd.
Mąż pochylił się nad ekranem i zmrużył oczy.
– Rzeczywiście, sporo – przyznał niechętnie. – Ale gdzie indziej pojedziemy? Zosia chciała nad morze.
Wtedy w mojej głowie zrodził się plan, który wydawał mi się genialny w swojej prostocie. Przecież od tygodni moje koleżanki z pracy opowiadały o tym, jak tanio i wspaniale można spędzić czas na Bałkanach. Piękna pogoda gwarantowana, woda ciepła jak zupa, a ceny w lokalnych konobach rzekomo zachęcały do codziennego stołowania się na mieście.
– Pojedziemy do Chorwacji – oznajmiłam z dumą. – Znalazłam cudowny apartament w małej miejscowości niedaleko Splitu. Ceny są o wiele niższe niż u nas, a dojedziemy własnym samochodem. To będzie wyjazd naszego życia. Zobaczysz, zaoszczędzimy i jeszcze wypoczniemy jak w luksusowym kurorcie.
Tomek zawsze lubił mieć wszystko zaplanowane i przeliczone. Otworzył arkusz kalkulacyjny, wpisał szacowane koszty paliwa, opłaty za autostrady, winiety i nocleg. Wynik faktycznie wyglądał zachęcająco. Byliśmy przekonani, że przechytrzyliśmy system. Zamiast mroźnego wiatru nad Bałtykiem i jedzenia z budki, mieliśmy mieć słońce i świeże owoce morza.
Nasza wizja zaczęła się kruszyć
Podróż trwała kilkanaście godzin. Byliśmy zmęczeni, wszystko nas bolało od długiego siedzenia w aucie, a Zosia od połowy drogi narzekała na nudę. Kiedy w końcu zjechaliśmy z autostrady i zobaczyliśmy błękitną taflę Adriatyku, nasze nastroje nieco się poprawiły. Słońce prażyło niemiłosiernie, termometr w samochodzie pokazywał trzydzieści siedem stopni, ale przecież po to tu przyjechaliśmy.
Nasz apartament miał znajdować się w spokojnej, malowniczej okolicy. Kiedy jednak nawigacja kazała nam skręcić w wąską, stromą uliczkę między gęsto upchanymi budynkami z betonu, poczułam pierwszy niepokój. Zatrzymaliśmy się przed domem, który na zdjęciach wyglądał na wolnostojącą willę, a w rzeczywistości był oblepiony z trzech stron innymi budowlami.
Wyszedł nam na spotkanie właściciel, uśmiechnięty mężczyzna w średnim wieku. Powitał nas głośno, pomógł z walizkami i zaprowadził na drugie piętro. W środku było niewiarygodnie duszno. Powietrze stało w miejscu.
– Bardzo tu gorąco – powiedziałam, ocierając pot z czoła. – Czy moglibyśmy włączyć klimatyzację?
Właściciel uśmiechnął się jeszcze szerzej i wyciągnął z kieszeni pilota.
– Oczywiście, nie ma problemu. Klimatyzacja to dodatkowe piętnaście euro za dobę. Płatne z góry.
Spojrzałam na Tomka. Jego twarz wyrażała kompletne zaskoczenie.
– Przepraszam, ale w ofercie było napisane, że klimatyzacja jest w cenie – mąż próbował zachować spokój, choć widziałam, jak na jego skroni pulsuje żyłka.
– W cenie jest urządzenie na ścianie – odparł spokojnie gospodarz. – Ale prąd jest u nas bardzo drogi. Jeśli chcecie używać, trzeba dopłacić.
Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby się kłócić. Tomek bez słowa wyciągnął portfel i odliczył banknoty. To był pierwszy moment, kiedy nasza idealna wizja zaczęła się kruszyć. Kiedy tylko drzwi za właścicielem się zamknęły, Zosia rzuciła się na łóżko.
– Mamo, tu nie ma internetu – jęknęła. – Hasło, które podał ten pan, nie działa.
Zeszłam na dół, żeby to wyjaśnić, ale właściciela już nie było. Zrozumiałam, że ten wyjazd będzie wymagał od nas o wiele więcej cierpliwości, niż początkowo zakładałam.
Chciałam zapaść się pod ziemię
Następnego dnia rano postanowiliśmy zapomnieć o trudach podróży i cieszyć się urokami kurortu. Spakowaliśmy ręczniki, wodę i ruszyliśmy na plażę. Upał był obezwładniający. Już po dziesięciu minutach spaceru czułam, jak sukienka przykleja mi się do pleców.
Plaża okazała się wąskim paskiem ostrych kamieni, na którym ludzie leżeli niemal jeden na drugim. Nie było mowy o rozłożeniu dużego koca, musieliśmy wciskać się między inne rodziny. Woda faktycznie była lazurowa i ciepła, ale wejście do niej bez specjalnych butów groziło bolesnym spotkaniem z jeżowcami, których na dnie było mnóstwo.
– Musimy kupić te buty do wody – zarządził Tomek, patrząc na nasze stopy.
Poszliśmy do najbliższego straganu. Trzy pary plastikowych butów kosztowały nas równowartość dobrego obiadu w Polsce. Przełknęłam to, tłumacząc sobie, że to jednorazowy wydatek. Prawdziwy szok miał jednak nadejść wieczorem. Po całym dniu na słońcu byliśmy głodni. Wybraliśmy restaurację przy promenadzie. Miała ładne stoliki z widokiem na zachodzące słońce i pachniało z niej pieczonym czosnkiem i oliwą. Usiedliśmy, a kelner przyniósł nam karty. Otworzyłam menu i poczułam, jak zasycha mi w gardle.
– Tomek, zobacz te ceny – szepnęłam, pochylając się nad stołem. – Zwykła pizza margherita kosztuje tu o połowę więcej niż w naszej ulubionej pizzerii w centrum miasta. A dania rybne to już w ogóle kosmos.
Mąż nerwowo przesuwał palcem po pozycjach w karcie. Jego słynny arkusz kalkulacyjny właśnie ostatecznie tracił rację bytu.
– Zamówmy po prostu coś prostego – powiedział cicho. – Zosia weźmie makaron, my po pizzy i do tego wodę. Zwykłą, niegazowaną wodę.
Kiedy kelner przyniósł zamówienie, okazało się, że porcje są niezwykle skromne. Makaron Zosi pływał w rzadkim sosie pomidorowym, a nasza pizza miała twarde, spalone brzegi. Zjedliśmy w milczeniu. Prawdziwy cios nadszedł wraz z rachunkiem. Kelner położył na stole mały talerzyk z paragonem. Kwota, która na nim widniała, wprawiła mnie w osłupienie. Poza daniami i bardzo drogą wodą butelkowaną, doliczono nam opłatę za nakrycie stołu oraz obowiązkowy napiwek. Za skromny, niesmaczny posiłek zapłaciliśmy majątek.
– To są te słynne tanie wakacje? – zapytał Tomek ze złością, kiedy odeszliśmy od stolika. – Za te pieniądze mielibyśmy we Władysławowie obiad z deserem dla całej trójki, i to w eleganckiej restauracji.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Zamiast oszczędności, widziałam tylko topniejące z dnia na dzień fundusze.
Byłam zła na siebie
Z każdym kolejnym dniem atmosfera stawała się coraz cięższa. Upał, który na początku nas cieszył, stał się naszym największym wrogiem. Temperatury nie spadały poniżej trzydziestu pięciu stopni nawet w cieniu. Zosia była stale zmęczona, osowiała i nie chciała wychodzić z klimatyzowanego, choć drogiego pokoju. Brak internetu sprawił, że straciła kontakt ze znajomymi, co dodatkowo potęgowało jej frustrację.
Tomek z kolei stał się nerwowy. Przeliczał każdy wydany grosz, komentował ceny gałki lodów, złościł się na opłaty za parkowanie w każdym możliwym miejscu. Spacerując wieczorami po promenadzie, mijaliśmy stoiska, gdzie wszystko było wycenione tak, by wyciągnąć od turystów jak najwięcej. Czułam się oszukana. Miraż tanich Bałkanów rozpłynął się w gorącym, wilgotnym powietrzu.
Postanowiłam, że muszę jakoś ratować ten wyjazd. Chciałam, żebyśmy mieli chociaż jedno piękne wspomnienie. Znalazłam ofertę rejsu statkiem wzdłuż wybrzeża. Plakaty reklamowe obiecywały komfortową podróż, wspaniałe widoki, postój w błękitnej lagunie i pyszny obiad na pokładzie wliczony w cenę. Kosztowało to niemało, ale uznałam, że warto.
Rano zjawiliśmy się w porcie. Drewniany stateczek wyglądał malowniczo, dopóki nie zaczął się zapełniać ludźmi. Organizatorzy wpuszczali turystów na pokład tak długo, aż zabrakło miejsc siedzących na ławkach. Znaleźliśmy skrawek miejsca na drewnianych schodkach. Słońce paliło od samego rana.
– Miało być tak wspaniale – mruknął Tomek, ocierając pot z twarzy. – A siedzimy ściśnięci jak sardynki w puszce.
Rejs okazał się udręką. Statek płynął wolno, a od spalin z silnika robiło się niedobrze. Obiecana błękitna laguna była po prostu zatoczką, w której zacumowało kilkanaście innych statków, a woda pachniała benzyną. Kiedy przyszła pora na obiad, ustawiliśmy się w długiej kolejce. Na tekturowym talerzyku dostaliśmy po jednym małym, żylastym kawałku mięsa i łyżce rozgotowanego ryżu.
– Czy mogę prosić o trochę wody do picia? – zapytałam członka załogi, który rozdawał posiłki.
– Woda jest w barze pod pokładem. Pięć euro za butelkę – odparł z uśmiechem, który wydał mi się drwiący.
Spojrzałam na Zosię. Była blada, oddychała ciężko, a na jej czole perliły się kropelki potu.
– Mamo, duszno mi tu – powiedziała słabym głosem. – Chcę wracać do pokoju.
Wpadłam w panikę. Przenieśliśmy córkę w jedyne zacienione miejsce na statku i wachlowaliśmy ją ręcznikiem, czekając, aż ten koszmar dobiegnie końca. Zamiast relaksu i podziwiania widoków, odliczałam minuty do powrotu na stały ląd. Złość we mnie narastała, ale byłam zła głównie na siebie. To ja uparłam się na ten wyjazd. To ja uwierzyłam w internetowe bajki o raju za grosze.
Poczułam gorzki smak porażki
Kiedy w końcu zeszliśmy na ląd, nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. W milczeniu doszliśmy do apartamentu. Tomek usiadł na łóżku i ukrył twarz w dłoniach.
– Mam dość – powiedział w końcu, a jego głos drżał ze zmęczenia. – Chcę wracać do domu. Nie obchodzi mnie, że mamy jeszcze dwa dni opłacone. Nie odpoczywam tu. Ciągle tylko liczę, ile nas kosztuje oddychanie w tym miejscu.
Zosia podniosła głowę znad poduszki.
– Proszę, tato. Wracajmy już. Zgadzam się z tobą.
Nie protestowałam. Sama czułam się tak, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię. Zamiast cieszyć się z cudownych wakacji, czułam ulgę na myśl o pakowaniu walizek. Wieczorem wrzuciliśmy rzeczy do bagażnika. Wyjechaliśmy skoro świt, zanim słońce zdołało znów nagrzać mury budynków. Właściciel apartamentu nie wyszedł nas pożegnać, zostawiliśmy klucze na stole.
Podróż powrotna dłużyła się niemiłosiernie. W samochodzie panowała cisza, przerywana jedynie szumem opon i radiem grającym cicho w tle. Kiedy przekroczyliśmy granicę Polski, poczułam chłodniejsze, rześkie powietrze. Otworzyłam okno i wzięłam głęboki oddech.
Dopiero w domu, po rozpakowaniu walizek, usiedliśmy z Tomkiem przy kuchennym stole z kubkami gorącej herbaty. Mąż otworzył swój arkusz. Podliczył wszystko – ukryte opłaty za klimatyzację, horrendalnie drogie jedzenie, rachunki ze straganów, nieszczęsny rejs, opłaty drogowe i paliwo.
Spojrzał na wynik, a potem na mnie.
– Kosztowało nas to więcej, niż najdroższa opcja, jaką rozważaliśmy nad naszym morzem – powiedział cicho. – I to znacznie więcej.
Poczułam gorzki smak porażki. Chciałam przechytrzyć wszystkich, chciałam być mądrzejsza i udowodnić, że można spędzić luksusowe wakacje za małe pieniądze. Dałam się złapać w pułapkę własnych oczekiwań i pięknych zdjęć z mediów społecznościowych. Zapomniałam, że nikt nie rozdaje niczego za darmo, a turystyczne kurorty na całym świecie działają dokładnie tak samo – mają na celu wyciągnięcie od przyjezdnych każdego możliwego grosza.
Gdy zamknęłam oczy, nie widziałam lazurowej wody ani palm. Widziałam tylko beton, paragony kładzione na stole i czułam duchotę, od której nie było ucieczki. Oddałabym w tamtej chwili wszystko za spacer po plaży w Sopocie, za chłodny wiatr we włosach i świadomość, że przynajmniej wiem, za co płacę. To była najdroższa lekcja życia, jakiej kiedykolwiek doświadczyłam.
Beata, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Oddałam wnuczce oszczędności całego życia, by mogła zdobywać świat. Teraz ona baluje, a ja ledwo przędę z emerytury”
- „Mąż za życia był dla mnie ideałem. Dopiero gdy nad jego trumną pojawiły się obce kobiety, odkryłam, co to za delikwent”
- „Zabrałam matkę nad Adriatyk, żeby ją odzyskać. W Puli usłyszałam, że nie będę już ani jej spadkobierczynią, ani córką”



























