Wszystko zaczęło się od niewinnego pomysłu, by w tym roku spędzić wakacje inaczej. Od kilku lat nasze urlopy wyglądały identycznie: duży hotel, opcja all inclusive, basen, w którym od rana do wieczora pluskały się dzieci z całej Europy, i to powtarzalne, hotelowe jedzenie, które po trzech dniach smakowało dokładnie tak samo.
WIDEO…
Byliśmy tym zmęczeni
Kiedy zaczęliśmy planować wyjazd na Kretę, Robert rzucił propozycję, która wydała mi się genialna w swojej prostocie.
– A może byśmy tak wynajęli coś małego? – zapytał, przewijając oferty w internecie. – Zobacz, znalazłem taki rodzinny pensjonat w górach. Piętnaście kilometrów od plaży, cisza, spokój, prawdziwa Grecja. I do tego za połowę ceny tego molochu, który oglądaliśmy wczoraj.
Spojrzałam na ekran jego laptopa. Zdjęcia przedstawiały uroczy, kamienny budynek porośnięty różową bugenwillą. Na dole znajdowała się mała tawerna z kilkoma stolikami nakrytymi ceratą w niebiesko-białą kratę. Wyglądało to jak kadr z romantycznego filmu. Żadnych turystów z aparatami, żadnych sklepów z pamiątkami. Tylko my, cykady i niespieszne, lokalne życie.
– Bierzemy – zdecydowałam bez chwili wahania.
Byliśmy zachwyceni
Kiedy dotarliśmy na miejsce, po męczącej jeździe wynajętym samochodem po wąskich, krętych drogach, byłam zachwycona. Pensjonat wyglądał dokładnie tak jak na zdjęciach. Gospodarz, potężny mężczyzna o imieniu Kostas, przywitał nas szerokim uśmiechem i od razu postawił na stole karafkę domowego wina i talerz oliwek.
– Witajcie w moim domu! – zawołał, klepiąc Roberta po plecach tak mocno, że mój mąż aż się zachwiał. – Tutaj odpoczniecie. Tu jest prawdziwe życie!
Nasz pokój znajdował się na pierwszym piętrze, z balkonem wychodzącym prosto na mały, brukowany placyk przed tawerną. Rozpakowaliśmy walizki, wzięliśmy prysznic i wieczorem usiedliśmy na balkonie. Powietrze pachniało rozgrzaną ziemią i ziołami. Było idealnie. Aż do godziny dwudziestej pierwszej.
Najpierw usłyszeliśmy warkot silników. Na placyk przed tawerną zaczęły zjeżdżać samochody, z których wysypywały się całe rodziny. Dzieci, dorośli, starsze kobiety, mężczyźni głośno dyskutujący o czymś, co brzmiało jak sprawa życia i śmierci. W ciągu kilkunastu minut cichy placyk zamienił się w gwarny rynek.
– Pewnie mają jakieś spotkanie rodzinne – powiedziałam do Roberta, próbując przekrzyczeć hałas z dołu. – Fajnie, możemy popatrzeć, jak bawią się miejscowi.
Zaczęła się impreza
Około dwudziestej drugiej z głośników popłynęła tradycyjna grecka muzyka. Nie była to cicha melodia w tle. To był koncert na pełnej głośności, od którego drżały szyby w naszym oknie. Ludzie zaczęli tańczyć, śpiewać, wznosić toasty. Dzieci biegały z krzykiem dookoła stołów, a my siedzieliśmy na naszym romantycznym balkonie, czując się jakbyśmy wylądowali w samym środku sceny na festiwalu muzycznym.
– Kiedy oni idą spać? – zapytał Robert, ziewając przeciągle w okolicach północy.
– Pewnie niedługo, w końcu jutro poniedziałek – odpowiedziałam z nadzieją.
Zamknęliśmy okno balkonowe, ale niewiele to dało. Stare, drewniane ramy przepuszczały każdy dźwięk. Zabawa trwała w najlepsze. Słyszeliśmy śmiechy, głośne kłótnie, brzęk szkła. Zasnęliśmy z wyczerpania dopiero koło czwartej rano, kiedy ostatni goście odjechali, a Kostas zaczął z łoskotem zbierać krzesła z placu.
Nie wyspaliśmy się
Rano obudziliśmy się z ciężkimi głowami. Słońce prażyło niemiłosiernie, a my marzyliśmy tylko o kawie i ciszy. Zeszliśmy na dół do tawerny, gdzie Kostas, świeży i wypoczęty, wycierał blaty.
– Jak się spało? – zapytał radośnie.
– Dobrze, choć trochę głośno było wczoraj – zaryzykował Robert, siląc się na uprzejmy uśmiech. – Jakaś specjalna okazja?
– Okazja? Nie, po prostu niedziela! – zaśmiał się gospodarz. – Rodzina przyjechała, trochę posiedzieliśmy. Dzisiaj wieczorem wpadną koledzy z wioski, zrobimy grilla.
Spojrzeliśmy na siebie z przerażeniem. Cały dzień spędziliśmy na plaży, próbując odespać noc na leżakach, ale wokół biegały dzieci, a fale uderzały głośno o brzeg. Byliśmy wykończeni. Kiedy wieczorem wróciliśmy do pensjonatu, scenariusz z poprzedniego dnia zaczął się powtarzać.
Sytuacja się powtórzyła
Tym razem nie było rodzin z dziećmi, za to przyjechało kilkunastu mężczyzn.
– Ja tego nie wytrzymam – jęknęłam, chowając głowę pod poduszkę. – Może zwrócisz im uwagę?
– Oszalałaś? – Robert popatrzył na mnie jak na wariatkę. – To są miejscowi. Jesteśmy w ich wiosce, nad ich tawerną. Co mam im powiedzieć? Żeby byli ciszej, bo turyści z Polski chcą spać o dwudziestej trzeciej?
Miał rację, ale to nie pomagało. Przez kolejne trzy dni funkcjonowaliśmy jak zombie. Nasz wymarzony odpoczynek zamienił się w walkę o przetrwanie. W dzień uciekaliśmy jak najdalej od wioski, szukając pustych plaż, na których moglibyśmy się zdrzemnąć, a wieczorami wracaliśmy z duszą na ramieniu, zastanawiając się, jaka impreza czeka nas tym razem.
Zrozumieliśmy, że tawerna Kostasa to jedyne miejsce spotkań w promieniu dziesięciu kilometrów. To tutaj odbywały się urodziny, imieniny, spotkania po pracy i zwykłe, codzienne biesiady. Ludzie jedli, pili, śpiewali i rozmawiali na cały głos, zupełnie ignorując fakt, że piętro wyżej ktoś próbuje zasnąć.
Szykowało się wesele
Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. W piątek rano zauważyliśmy, że przed tawerną panuje niezwykłe poruszenie. Kobiety układały kwiaty, mężczyźni rozstawiali długie stoły, a na rożnie kręciło się kilka baranów. Kostas biegał z czerwoną twarzą, wydając polecenia.
– Co tu się dzieje? – zapytałam, zatrzymując go w przelocie.
– Wesele! – krzyknął uradowany. – Mój bratanek się żeni! Będzie cała wieś, ze trzysta osób! Bawimy się do rana!
Krew odpłynęła mi z twarzy. Spojrzałam na Roberta. Jego wyraz twarzy wyrażał dokładnie to samo, co ja czułam: czystą panikę.
– Musimy stąd uciekać – szepnęłam, kiedy wróciliśmy do pokoju. – Wynajmijmy coś innego, na jedną noc. Hotel, motel, cokolwiek.
Robert od razu chwycił za telefon. Niestety, był środek sezonu. Wszystkie hotele w promieniu kilkudziesięciu kilometrów pękały w szwach. Te nieliczne pokoje, które były dostępne, kosztowały fortunę.
Byliśmy uwięzieni
Wieczorem zaczął się prawdziwy armagedon. Wesele w Grecji to nie jest po prostu impreza. To żywioł. Setki ludzi, rycząca muzyka na żywo, tańce, śpiewy, krzyki. Muzycy ustawili się dokładnie pod naszym balkonem. Basy dudniły tak, że szklanki w naszej łazience dzwoniły o półkę.
Siedzieliśmy na łóżku, ubrani w piżamy, z zatyczkami w uszach, które nie dawały absolutnie nic.
– Chciałaś prawdziwej Grecji, to masz – mruknął Robert, choć ledwo go usłyszałam przez hałas z dołu.
O drugiej w nocy zaczęli tłuc talerze. Dźwięk rozbijanej ceramiki mieszał się z radosnymi okrzykami „Opa!”. Myślałam, że zacznę płakać z bezsilności. Byłam tak zmęczona, że bolały mnie mięśnie, a oczy piekły od braku snu. Przez głowę przemknęła mi absurdalna myśl, żeby spakować walizki i spać w wynajętym samochodzie gdzieś na poboczu drogi.
Dostaliśmy nauczkę
Zamiast tego zeszłam na dół. Nie wiem, co chciałam osiągnąć. Może poprosić o trochę litości? Kiedy stanęłam na skraju placu, w piżamie i z rozwianymi włosami, nikt mnie nawet nie zauważył. Ludzie tańczyli w kółku, trzymając się za ramiona, śmiali się i pili. Wyglądali na absolutnie szczęśliwych. Poczuliśmy z Robertem, że jesteśmy tu intruzami. My, z naszą potrzebą ciszy i europejskimi standardami wypoczynku, kompletnie nie pasowaliśmy do tego tętniącego życiem miejsca.
Wróciliśmy w niedzielę, wyczerpani do granic możliwości. W samolocie spaliśmy jak zabici, ignorując płaczące dzieci i zapowiedzi załogi. Kiedy weszliśmy do naszego cichego mieszkania, miałam ochotę ucałować panele w przedpokoju.
– Wiesz co? – powiedział Robert, rzucając walizkę w kąt. – Za rok jedziemy do największego, najbardziej skomercjalizowanego hotelu z pięcioma gwiazdkami.
Nasze marzenie o tanich, autentycznych wakacjach legło w gruzach, ale przynajmniej nauczyliśmy się jednej ważnej rzeczy. Czasem warto dopłacić za luksus nudy i przewidywalności. Autentyczne życie bywa po prostu zbyt głośne.
Magdalena, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żona woli kupować gotowe obiady, bo gotowanie to dla niej przeżytek. Lubię tradycyjną kuchnię, więc stołuję się u mamy”
- „Przyszli teściowie mają kieszenie pełne kasy, a mi z butów wystaje słoma. Chciałam im zaimponować i poległam”
- „Przez 3 lata oszczędzałam, żebyśmy mogli pojechać na wakacje do Toskanii. Mąż w tajemnicy wydał tę kasę na coś innego”



























