Od miesięcy marzyłam o tym wyjeździe. Bieszczady miały być naszą ucieczką od codzienności, od zgiełku miasta, a przede wszystkim od wiecznie dzwoniących telefonów i niekończących się spotkań online. Robert obiecał mi, że na ten jeden tydzień odetnie się od firmy.

WIDEO

player placeholder

Pojechaliśmy w góry

Mieliśmy spacerować, rozmawiać, milczeć, ale razem. Tak bardzo brakowało mi jego obecności. W ostatnich latach fizycznie bywał w domu, ale myślami zawsze błądził gdzieś wokół kolejnego projektu, arkusza kalkulacyjnego czy problemów zespołu, którym zarządzał. Kiedy rano pakowałam plecak na wyjście w góry, czułam przyjemne mrowienie w żołądku.

Pogoda była idealna – rześkie powietrze, bezchmurne niebo i słońce, które leniwie podnosiło się nad horyzontem. Zrobiłam nam kanapki, nalałam gorącej herbaty do termosu. Robert siedział na brzegu łóżka i sznurował buty. Zauważyłam, że jego telefon leży tuż obok, a ekran co chwilę się podświetla.

Zobacz także:

– Obiecałeś, że zostawisz go w pokoju – powiedziałam, starając się nie brzmieć jak zrzędliwa żona.

– Anetko, wiesz, że nie mogę. Zbliża się koniec kwartału, muszę chociaż mieć rękę na pulsie. Wyciszę dzwonek, obiecuję.

– Miałeś mieć urlop. Zastępuje cię przecież Michał.

– Michał nie ogarnie wszystkiego. Tylko na wszelki wypadek, dobrze? Nie psujmy tego dnia od samego rana.

Wcisnął telefon do kieszeni kurtki, a ja poczułam, jak mój entuzjazm lekko przygasa. Ale nie chciałam się kłócić. Przecież przed nami był cały dzień na szlaku.

Ciągle patrzył w telefon

Początek podejścia był dość stromy. Skupiłam się na oddechu i miarowym stawianiu kroków. Szliśmy ramię w ramię, a ja przez chwilę łudziłam się, że rzeczywiście będzie tak, jak sobie wymarzyłam. Las pachniał wilgotną ziemią. Kiedy wyszliśmy na pierwszą polanę, odwróciłam się, żeby podzielić się z Robertem zachwytem nad widokiem. Nie patrzył na góry. Szedł kilka kroków za mną, z głową spuszczoną w dół, kciukami szybko stukając w ekran smartfona.

– Robert, co ty robisz? – zapytałam, zatrzymując się na środku ścieżki.

– Tylko odpisuję na jednego maila. Idź, zaraz cię dogonię.

– Jesteśmy w środku lasu. Miałeś wyciszyć telefon.

– Jest wyciszony. Ale poczułem wibracje. To naprawdę pilne, klient z Niemiec czeka na potwierdzenie kosztorysu.

Zacisnęłam zęby. Poczekałam, aż skończy. Schował telefon, uśmiechnął się przepraszająco i ruszyliśmy dalej. Jednak sytuacja powtarzała się na każdym postoju. Kiedy ja piłam herbatę i chłonęłam ciszę, on nerwowo sprawdzał powiadomienia. Kiedy próbowałam zacząć rozmowę o naszych planach na przyszły rok, odpowiadał półsłówkami, gubiąc wątek, bo akurat czytał wiadomość na komunikatorze.

Irytowało mnie to

Czułam, jak narasta we mnie frustracja. Byłam tu, obok niego, a jednak w ogóle mnie nie dostrzegał. Im wyżej szliśmy, tym bardziej czułam, że dystans między nami rośnie. Nie tylko fizycznie – bo coraz częściej zostawał w tyle, żeby odpisać na wiadomość – ale przede wszystkim emocjonalnie. Szłam przodem, słysząc za sobą szelest liści pod jego butami i odgłos stukania w ekran. Niby razem, a jednak jakby osobno.

W pewnym momencie zatrzymałam się na zwalonym pniu i zaczęłam rozpakowywać kanapki. Liczyłam, że usiądziemy razem, odpoczniemy, może uda się pogadać o czymś innym niż praca. Robert usiadł, wyciągnął z plecaka napój i niemal od razu sięgnął po telefon. Już nawet nie próbował udawać, że to urlop. Jakby nie umiał zatrzymać się na chwilę, odetchnąć, spojrzeć na mnie i zobaczyć, że też jestem człowiekiem, nie tylko kimś, kto robi kanapki i przypomina o wyjeździe.

– Może byś odłożył ten telefon na piętnaście minut? – zaproponowałam, wkładając w głos całą nadzieję.

– Aneta, proszę cię, nie zaczynaj znowu… – jęknął, nawet nie patrząc w moją stronę.

– Nie zaczynam, tylko pytam. Przecież tu miało być inaczej.

– Próbuję, ale nie mogę po prostu zostawić wszystkiego. Przecież nie rozumiesz, jak to działa.

Nie słuchał mnie

Chciałam usiąść obok męża, oprzeć głowę na jego ramieniu i po prostu być. Znalazłam osłonięte od wiatru miejsce za skałkami. Usiadłam i poklepałam miejsce obok siebie.

– Chodź, zobacz, jak pięknie – powiedziałam z uśmiechem.

Robert usiadł obok mnie, ale jego wzrok natychmiast uciekł w dół. Wyciągnął telefon.

– Robert, proszę cię. Spójrz na to. To zachód słońca.

– Kochanie, daj mi pięć minut. Muszę to skończyć. Michał znowu coś pomieszał w zestawieniu, muszę to poprawić, zanim wyślą to do dyrekcji.

– Jesteś na urlopie! – podniosłam głos, nie zważając na mijających nas innych turystów. – Jesteśmy na szczycie góry, a ty gapisz się w excela!

– Aneta, przestań dramatyzować – warknął, nie podnosząc wzroku. – To moja praca. Dzięki niej stać nas na ten wyjazd. Daj mi chwilę spokoju.

W tamtej chwili coś we mnie pękło. Zrozumiałam, z przerażającą jasnością, że jestem zupełnie sama. Ten wyjazd, ten spacer, ta góra… to wszystko było tylko iluzją. Robert nie przyjechał tu ze mną. Przywiózł tu swoje biuro. A ja byłam tylko tłem, mało istotnym dodatkiem do jego zapracowanego życia.

Byłam tam sama

Siedzieliśmy tak jeszcze przez chwilę. Robert, pochłonięty przez kolejne wiadomości, a ja, coraz bardziej skulona w sobie. Patrzyłam na ludzi wokół – pary, które robiły sobie zdjęcia, dzieci z rodzicami, śmiejących się turystów. Zazdrościłam im tej zwykłej obecności, tej radości z bycia razem, choćby przez chwilę bez pośpiechu i presji. Robert w końcu schował telefon.

– Przepraszam, już kończę – mruknął, jakby to miało wszystko naprawić.

Ale dla mnie już było za późno. Siedzieliśmy w milczeniu, patrząc na zachód słońca, który miał być naszym wspólnym przeżyciem. Ja tylko czułam, jak w środku robi się coraz zimniej. Zejście ze szczytu odbyło się w niemal całkowitym milczeniu. Robert w końcu schował telefon – prawdopodobnie dlatego, że stracił zasięg – i próbował zagadywać, ale ja odpowiadałam tylko lakonicznie.

Nie miałam już siły na tłumaczenie mu, jak bardzo mnie zranił. Zbyt wiele razy to robiłam. Zbyt wiele razy słyszałam, że to „tylko ten jeden projekt”, „tylko ten jeden kwartał”. Idąc ciemnym już lasem, z latarką czołową oświetlającą mi drogę, poukładałam sobie wszystko w głowie.

Przestałam czuć złość

Skoro on wybierał życie, w którym ja jestem na szarym końcu listy priorytetów, ja musiałam zacząć wybierać siebie. Kiedy dotarliśmy do pensjonatu, Robert od razu poszedł pod prysznic, a potem znów usiadł z laptopem na łóżku.

– Zamówimy coś do jedzenia? – zapytał, wpatrzony w ekran.

– Zamów sobie, co chcesz. Ja idę spać – odpowiedziałam spokojnie, wyciągając z torby kosmetyczkę.

Zamknęłam się w łazience, oparłam dłonie o umywalkę i spojrzałam w lustro. Następny urlop, pomyślałam, spędzę sama. Zarezerwuję luksusowe spa. Będę chodzić na masaże, pić szampana w szlafroku i czytać książki. Jedynym towarzystwem będzie cisza, której tak bardzo potrzebuję. Bez nerwowych wibracji telefonu, bez poczucia winy, że znów przerywam mu ważną pracę.

Ostatniego dnia pobytu zebrałam się na odwagę i wybrałam się sama na długi spacer po lesie. Wzięłam ze sobą termos z herbatą, kanapkę i książkę. Nie było mnie kilka godzin. Robert nawet nie zauważył mojego zniknięcia – był zajęty wideokonferencją. W lesie usiadłam na pniu, zamknęłam oczy i odetchnęłam głęboko. Po raz pierwszy od dawna poczułam się wolna. Bez ciągłego napięcia, bez poczucia winy. Tylko ja, szum drzew i śpiew ptaków.

Podjęłam decyzję

Przyszło mi do głowy, że przecież nie muszę być nieszczęśliwa. Że mogę wybrać siebie, nawet jeśli to boli, nawet jeśli oznacza samotność. Wolę być sama ze sobą niż samotna obok kogoś, kto mnie nie widzi. Po powrocie do pensjonatu spakowałam walizkę. Robert był zaskoczony moją decyzją, żeby wracać dzień wcześniej.

– Przecież mieliśmy zostać do soboty – powiedział, próbując mnie zatrzymać.

– Już nie chcę tu być. Nie chcę udawać, że wszystko jest w porządku.

– Aneta, nie rób scen…

– Nie robię scen. Po prostu wracam do domu.

Po raz pierwszy od dawna czułam, że naprawdę panuję nad swoim życiem. Zarezerwowałam pociąg, pożegnałam się z właścicielką pensjonatu i ruszyłam na dworzec. W drodze do domu płakałam, ale to były łzy ulgi, nie rozpaczy.

Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Czy nasze małżeństwo przetrwa, czy każde z nas pójdzie własną drogą. Wiem tylko, że już nigdy nie pozwolę sobie być tłem w czyimś życiu. Zasługuję na więcej – na prawdziwą obecność, na rozmowę, na czyjąś uwagę. Jeśli nie dostanę tego od Roberta, znajdę to w sobie. Może kiedyś jeszcze pójdę w góry. Sama. I na szczycie poczuję nie samotność, a wolność.

Aneta, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: