Gdy żar lał się z nieba, a nasze mieszkanie przypominało rozgrzany piekarnik, myślałam, że zgoda na pomysł męża przyniesie mi ulgę. Nie miałam pojęcia, że jego oszczędnościowa obsesja zamieni nasz salon w pobojowisko, a moje ukochane rośliny i resztki cierpliwości pokryją się grubą warstwą kłopotów i gruzu.
WIDEO…
Latem żyliśmy jak w kotle
Mieszkamy na czwartym piętrze w bloku z wielkiej płyty. Kiedy wprowadzaliśmy się tam kilka lat temu, cieszyłam się z południowej ekspozycji okien. Salon był zawsze jasny, pełen słońca, co idealnie służyło mojej domowej dżungli. Od lat z pasją kolekcjonuję rośliny doniczkowe. Moje monstery, fikusy i rzadkie odmiany filodendronów zajmowały każdą wolną przestrzeń przy oknie balkonowym, tworząc zieloną oazę w środku miasta. Niestety, to co zimą było błogosławieństwem, latem stawało się naszym największym przekleństwem.
Gdy nadchodziły lipcowe fale upałów, nasz salon zamieniał się w szklarnię. Termometr wewnętrzny bezwzględnie wskazywał trzydzieści stopni, a powietrze stało w miejscu. Stary wiatrak, który Mariusz wyciągnął z piwnicy, jedynie mielił gorące powietrze, przypominając suszarkę do włosów ustawioną na najwyższy bieg. Noce były najgorsze. Przewracaliśmy się z boku na bok, przyklejeni do prześcieradeł, marząc o najmniejszym podmuchu wiatru.
Zbliżał się dodatkowo termin wizyty mojej teściowej. Jolanta miała przyjechać do nas na cały weekend z okazji swoich imienin. Zawsze była osobą wymagającą, a jej wizyty wiązały się z generalnymi porządkami i moim ogromnym stresem. Świadomość, że będę musiała podać gorący obiad w pomieszczeniu przypominającym saunę, spędzała mi sen z powiek równie skutecznie co wysoka temperatura.
Pewnego popołudnia, gdy siedziałam na kanapie, wachlując się starą gazetą i z niepokojem zraszając mdlejące liście moich paproci, Mariusz wszedł do pokoju z triumfalnym uśmiechem na twarzy.
– Olka, dłużej tak nie pociągniemy – oświadczył, ocierając pot z czoła. – Znalazłem rozwiązanie. Montujemy klimatyzację. Kupiłem już sprzęt przez internet w promocji.
Spojrzałam na niego z mieszaniną ulgi i podejrzliwości. Klimatyzacja brzmiała jak marzenie, ale słowo „promocja” w ustach mojego męża zawsze zwiastowało kłopoty. Mariusz był typem człowieka, który potrafił spędzić trzy godziny na szukaniu w internecie złączki tańszej o kilkanaście złotych, nie zważając na to, że przesyłka wyniesie go dwa razy tyle.
– Kupiłeś? Tak po prostu? – zapytałam ostrożnie. – A co z montażem? Przecież to trzeba zgłosić do spółdzielni, wynająć ekipę, podłączyć rurki.
– Daj spokój – machnął ręką. – Spółdzielnia już dawno wydała ogólną zgodę dla naszego pionu, pytałem sąsiada. A ekipa? Wołają za montaż prawie drugie tyle, co za sam klimatyzator! To jest rozbój w biały dzień.
– No to kto nam to zamontuje? – Czułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
– Jak to kto? Ja! – Mariusz wypiął dumnie pierś. – Oglądałem wczoraj filmiki na internecie. Facet pokazywał wszystko krok po kroku. Wywiercenie jednej dziury i podłączenie dwóch kabli to nie jest wielka filozofia. Zrobimy to w sobotę, przed przyjazdem mojej mamy. Będzie zachwycona.
Chciałam protestować. Przypomniałam mu historię z zeszłego roku, kiedy postanowił samodzielnie wymienić uszczelkę w kranie, co skończyło się zalaną łazienką i wzywaniem pogotowia hydraulicznego w środku nocy. Jednak on był głuchy na moje argumenty. Obiecywał, że tym razem będzie inaczej, że wszystko dokładnie zaplanował, a zaoszczędzone pieniądze wydamy na uroczystą kolację w restauracji. Zmęczona upałem i brakiem snu, w końcu ustąpiłam. To był mój największy błąd.
Już sama przesyłka zwiastowała kłopoty
Dwa dni później kurier przywiózł pod nasze drzwi dwa potężne pudła. Jedno z jednostką wewnętrzną, drugie z ogromnym, ciężkim agregatem zewnętrznym, który miał zawisnąć na naszym balkonie. Mariusz ledwo wtaszczył to wszystko do przedpokoju, sapiąc ciężko.
W sobotę rano zerwał się o świcie. Zamiast zapachu kawy, obudził mnie dźwięk metalicznych uderzeń. Wyszłam do salonu w szlafroku i zamarłam. Mariusz stał na środku pokoju otoczony stertą narzędzi. Na podłodze leżała wielka, żółta wiertarka z wiertłem tak długim, że przypominało lancę rycerską. Wypożyczył to monstrum ze sklepu budowlanego.
Moje piękne fikusy zostały bezceremonialnie zsunięte w jeden kąt, a kanapa przykryta cienką folią malarską, która zsuwała się przy każdym najmniejszym ruchu powietrza.
– Co ty robisz? – zapytałam, przecierając oczy. – Miałeś tylko zamontować to urządzenie nad oknem.
– Muszę przebić się przez ścianę na wylot, żeby wyprowadzić rury na balkon – odpowiedział z zapałem, nakładając okulary ochronne. – Zabezpieczyłem teren, nie martw się. Zrobię jedną dziurę, szybki montaż i do południa wypijemy mrożoną herbatę w przyjemnym chłodzie.
Wiedziałam, że powinnam zainterweniować, kazać mu przerwać i zadzwonić po specjalistów. Ale duma Mariusza była zbyt wielka, a ja w głębi duszy wciąż naiwnie liczyłam, że może tym razem mu się uda. Poszłam do kuchni zamknąć drzwi, żeby hałas był chociaż trochę mniejszy.
To było jak trzęsienie ziemi
Gdy Mariusz uruchomił wypożyczoną wiertarkę udarową, poczułam się, jakbym stała w centrum trzęsienia ziemi. Ściany z wielkiej płyty, budowane kilkadziesiąt lat temu, przenosiły drgania w taki sposób, że szklanki w kuchennych szafkach zaczęły dzwonić. Hałas był ogłuszający.
Trwało to dobre pół godziny. Nagle wiertarka zamilkła, a z salonu dobiegł głośny jęk zawodu. Wpadłam tam natychmiast. Pokój tonął w szarym, duszącym pyle. Folia malarska dawno spadła z kanapy, a moje ukochane monstery były pokryte grubą warstwą betonowego kurzu, wyglądając jak upiorne, szare rzeźby.
Mariusz stał na drabinie, cały umorusany.
– Trafiłem na zbrojenie – wykrztusił, kaszląc. – Wiertło utknęło w stalowym pręcie. Muszę kuć dookoła, żeby to obejść.
– Mariusz, przestań natychmiast! – krzyknęłam, próbując przebić się przez chmurę kurzu. – Zniszczysz nam mieszkanie! Zobacz, co narobiłeś z moimi kwiatami!
– Daj mi jeszcze chwilę! – upierał się. – Prawie skończyłem, nie możemy teraz tego zostawić, bo mamy dziurę w ścianie!
Zanim zdążyłam zareagować, chwycił za młotek i dłuto, po czym zaczął metodycznie rozbijać beton wokół zablokowanego wiertła. Z każdym uderzeniem tynk odpadał wielkimi płatami, brudząc naszą nową, drewnianą podłogę. W końcu, po kolejnej godzinie szarpaniny, udało mu się przebić na wylot. Dziura, która miała być niewielkim otworem na rurki, wyglądała teraz jak po wybuchu pocisku. Wyrwa w ścianie była tak duża, że mogłabym przez nią podać sąsiadowi z balkonu obok filiżankę kawy.
Aby zatuszować katastrofę, mąż pobiegł do przedpokoju po piankę montażową. Twierdził, że to standardowa procedura i że pianka idealnie uszczelni przestrzeń. Wycisnął do dziury całe opakowanie. Problem polegał na tym, że tania pianka rozprężała się w niekontrolowany sposób. Zaczęła wylewać się ze ściany jak żółta, pęczniejąca lawa. Kapała na panele, brudziła świeżo pomalowaną ścianę, a jej spora część wypadła na zewnątrz, lądując prosto w mojej ulubionej, wielkiej donicy z surfiniami na balkonie, całkowicie niszcząc kwiaty.
Nie tak to miało wyglądać
Byłam bliska płaczu, ale Mariusz nie dawał za wygraną. Stwierdził, że estetyką zajmiemy się później. Teraz najważniejsze było zawieszenie urządzeń. Z pomocą sąsiada z dołu udało mu się jakoś umocować agregat na balkonie, choć śruby wydawały się niepokojąco krótkie. Następnie przyszedł czas na zawieszenie jednostki wewnętrznej i połączenie wszystkiego miedzianymi rurkami. Patrzyłam z rosnącym przerażeniem, jak mój mąż próbuje wygiąć twardą rurkę, opierając ją o własne kolano.
– Uważaj, bo to pęknie! – ostrzegłam go.
– Spokojnie, na filmiku mówili, że miedź jest elastyczna – odpowiedział, dysząc z wysiłku. – Jeszcze tylko trochę... o, jest!
Po kilku godzinach nerwówki, sprzątania największego gruzu i ratowania moich zakurzonych roślin wilgotną gąbką, nadszedł moment prawdy. Mieszkanie wyglądało strasznie. Na ścianie, tuż pod sufitem, wisiał krzywo zamontowany klimatyzator, spod którego wystawała zaschnięta, żółta piana.
Mariusz chwycił pilota. Kliknął przycisk zasilania. Urządzenie wydało z siebie dźwięk przypominający startujący traktor. Zawibrowało, a z jego wnętrza dobiegł głośny syk. Czekaliśmy na zbawienny podmuch mroźnego powietrza. Minęła minuta. Dwie. Zamiast chłodu, z kratki wentylacyjnej powiało zwykłym, letnim powietrzem, ale to nie był koniec problemów.
Nagle z dolnej części klimatyzatora zaczęła kapać woda. Najpierw powoli, kropla po kropli, a potem ciągłym strumieniem, prosto na naszą komodę, na której stały ramki ze zdjęciami.
– Co się dzieje?! – krzyknęłam, podbiegając z ręcznikiem.
– Nie wiem! – Mariusz wpadł w panikę, nerwowo wciskając wszystkie przyciski na pilocie. – Rurka od skroplin musiała się zagiąć w ścianie! Albo uszkodziłem przewód miedziany, bo ucieka czynnik!
Woda lała się na podłogę. Musieliśmy podłożyć wielkie, plastikowe wiadro. Hałas urządzenia był nie do zniesienia, a po upragnionym chłodzie nie było ani śladu. Patrzyłam na zapłakaną ścianę, zrujnowane rośliny, kałużę na panelach i zmęczoną twarz mojego męża.
– I co, zaoszczędziłeś? – zapytałam cicho, a w moim głosie nie było już nawet złości, tylko absolutna rezygnacja. – Jesteś z siebie dumny?
– Kochanie, ja chciałem dobrze. Myślałem, że dam radę.
Wizyta tylko pogorszyła mój stan
Dzwonek do drzwi rozległ się dokładnie w momencie, gdy z trudem wycieraliśmy podłogę. Zbliżała się czternasta. Teściowa przyjechała punktualnie, jak zawsze. Jolanta weszła do przedpokoju, zdejmując elegancki kapelusz. Otworzyłam drzwi do salonu, a jej oczom ukazał się pełen obraz naszej katastrofy. Gorące, duszne powietrze wymieszane z zapachem pyłu betonowego. Moje fikusy wciśnięte w róg, krzywo wiszący na ścianie klimatyzator z żółtą pianą i na środku salonu wielkie, niebieskie wiadro, do którego kapała woda z rurki awaryjnie wyciągniętej przez Mariusza na zewnątrz obudowy.
– Ojej... – Teściowa zamrugała oczami, wyraźnie zbita z tropu i nieprzygotowana na taki widok. – Zaczęliście jakiś remont w taki upał?
– Nie, mamo – westchnął ciężko Mariusz, opierając się o framugę. – Wprowadzaliśmy oszczędności w domowym budżecie.
Nie było wyjścia. Jeszcze tego samego popołudnia, przepraszając teściową za warunki, musiałam dzwonić po pogotowie klimatyzacyjne. Czekaliśmy do poniedziałku. Gdy w drzwiach pojawił się profesjonalny instalator, pan w roboczym kombinezonie, jego reakcja powiedziała nam wszystko. Długo patrzył na wiszące krzywo urządzenie, na wyrwę w ścianie i zgięte na kolanie przewody miedziane.
– Kto państwu to robił? – zapytał, drapiąc się po głowie.
– Mój mąż – odpowiedziałam z ledwo ukrywaną złością. – Inspirował się internetem.
Fachowiec tylko się uśmiechnął pod nosem. Okazało się, że Mariusz nie tylko uszkodził rurę odprowadzającą wodę, ale też przełamał przewód z czynnikiem chłodniczym, który zdążył całkowicie uciec. Konieczne było zdemontowanie całego sprzętu, wykucie pianki, założenie nowych rur, ponowne napełnienie układu i profesjonalne uszczelnienie wielkiej dziury.
Rachunek, który otrzymaliśmy po zakończonej naprawie, opiewał na kwotę znacznie wyższą, niż wyniósłby nas profesjonalny montaż od samego początku. Koszty materiałów, nabicia gazu, dojazdów i poprawiania błędów sprawiły, że nasze wielkie oszczędności wyparowały szybciej, niż czynnik chłodniczy z pękniętej rurki. Dodatkowo musieliśmy zapłacić za nową tapetę na jedną ze ścian i wynająć kogoś do odnowienia elewacji na balkonie. Moich surfinii niestety nie udało się uratować.
Dziś nasz salon znów jest przyjemnie chłodny, a ja powoli odbudowuję swoją kolekcję roślin doniczkowych. Klimatyzator działa bezszelestnie, chłodząc nas w upalne popołudnia. Jednak za każdym razem, gdy Mariusz wspomina o tym, że mógłby samodzielnie wymienić klocki hamulcowe w samochodzie albo złożyć nową szafę, żeby nie płacić stolarzowi, po prostu kładę przed nim pilota od klimatyzacji. To wystarczy. Zrozumieliśmy oboje, że czasami najdroższym rozwiązaniem w życiu jest próba zrobienia czegoś po kosztach.
Olga, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Macocha stawała na rzęsach, żebym ją pokochała. A ja naiwnie czekałam na powrót matki, której nawet nie pamiętałam”
- „Myślałem, że jestem dobrym ojcem, bo dzieci mają wszystko. Dopiero gdy synowie pokłócili się, przejrzałem na oczy”
- „Teściowa zaoferowała nam pieniądze na zakup mebli do salonu. Szybko pożałowałam, że przyjęłam od niej taki prezent”



























