Decyzja o postawieniu altany w ogrodzie dojrzewała we mnie od dawna. Od rozwodu minęły cztery lata, dom był w całości mój, a ja w końcu poczułam, że chcę urządzić tę przestrzeń tylko dla siebie. Zuzia, moja córka, studiowała w innym mieście i wpadała tylko na święta, więc miałam mnóstwo czasu na planowanie. Znalazłam ogłoszenie w internecie, obejrzałam zdjęcia realizacji i zadzwoniłam. Nie wiedziałam, że ta decyzja tak mocno wpłynie na moje życie.

WIDEO

player placeholder

Nie mogłam oderwać od niego oczu

Następnego dnia w moich drzwiach stanął Kamil. Miał może trzydzieści lat, ciemne, lekko kręcone włosy i uśmiech, który od razu sprawił, że poczułam się jakoś inaczej. Zamiast typowego, zmęczonego życiem rzemieślnika, zobaczyłam przed sobą mężczyznę pełnego energii, z błyskiem w oku. Omawialiśmy projekt, a ja łapałam się na tym, że zamiast na szkice, patrzę na jego dłonie. Był uprzejmy, profesjonalny, ale wyczuwałam w naszej rozmowie taką lekką, przyjemną swobodę.

Zgodziłam się na wycenę praktycznie od razu. Prace miały ruszyć w kolejny poniedziałek i potrwać około dwóch tygodni. Kiedy wyszedł, natychmiast zadzwoniłam do Sylwii, mojej najlepszej przyjaciółki.

Zobacz także:

– Musisz wpaść w przyszłym tygodniu na kawę – rzuciłam do słuchawki, opierając się o blat w kuchni. – Będę mieć w ogrodzie najprzystojniejszego stolarza w całym województwie.

– Oho, czyżby wiosna w pełni? – zaśmiała się Sylwia. – Uważaj, bo zapomnisz, że on ma ci zbić deski, a nie zawrócić w głowie.

– Daj spokój, to tylko niewinny flirt. Przecież nie wyjdę za niego za mąż. Ale miło popatrzeć, wiesz?

Czułam się zauważona i atrakcyjna

Kamil zaczął pracę punktualnie. Rano przywiózł materiały, rozstawił narzędzia i zabrał się do roboty. Ja, choć pracowałam zdalnie z salonu, co chwilę znajdowałam pretekst, żeby wyjść do ogrodu. A to zaniosłam mu kawę, a to zimną lemoniadę, a to po prostu pytałam, czy wszystko w porządku.

Zauważyłam, że zaczęłam zwracać większą uwagę na to, jak wyglądam w domu. Stare, rozciągnięte dresy wylądowały na dnie szafy. Zastąpiłam je lnianymi spodniami, dopasowanymi bluzkami. Zrobiłam delikatny makijaż, chociaż normalnie, nie wychodząc do biura, rzadko mi się to zdarzało.

Kamil chętnie robił sobie przerwy. Siadał na schodkach tarasu, pił to, co mu przyniosłam i rozmawialiśmy. Opowiadał o swojej pasji do drewna, o tym, że lubi pracować na własny rachunek. Ja opowiadałam o swojej pracy, o domu. Śmiał się z moich żartów, patrzył mi prosto w oczy.

– Pani Beato, pani to ma świetne poczucie humoru – powiedział pewnego upalnego popołudnia, ocierając pot z czoła. – Rzadko trafiam na klientów, z którymi można tak normalnie, po ludzku pogadać.

– Mów mi na ty, proszę cię. Pani Beata brzmi, jakbym miała sto lat – odpowiedziałam, czując, jak oblewam się rumieńcem.

– Dobrze, Beato – uśmiechnął się, a jego głos zabrzmiał jakoś tak niżej, cieplej.

Czułam się wspaniale. Czułam się zauważona, atrakcyjna. Sylwia, która wpadła w czwartek pod pretekstem pożyczenia książki, po wyjściu napisała mi SMS-a: „Faktycznie coś w nim jest. I jak na ciebie patrzy! Działaj, dziewczyno!”. Byłam pewna, że ta delikatna gra między nami zmierza w interesującym kierunku. Nie planowałam wielkiego romansu, ale samo poczucie, że wciąż potrafię przyciągnąć wzrok młodszego, przystojnego mężczyzny, ładowało moje baterie na maksa.

Córka zepsuła mi plany

W piątek rano usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. Zdziwiona wyszłam z kuchni, a w przedpokoju zobaczyłam ogromną walizkę, zza której wyłoniła się moja córka.

– Zuzia? Co ty tu robisz? Przecież miałaś sesję! – zawołałam, podchodząc, by ją uściskać.

– Zdałam wszystko w zerówkach, mamo – powiedziała, zrzucając buty i przeczesując dłonią swoje długie, jasne włosy. – Stwierdziłam, że zrobię ci niespodziankę i posiedzę w domu przez tydzień. Padam z nóg, muszę odespać.

Ucieszyłam się, oczywiście, że się ucieszyłam. Zuzia była moim oczkiem w głowie. Ale gdzieś z tyłu głowy pojawiło się ukłucie irytacji. Moja spokojna, samotna przestrzeń, w której mogłam swobodnie flirtować z Kamilem, nagle zniknęła.

– Mamy mały remont w ogrodzie – powiedziałam ostrożnie. – Pan Kamil stawia altanę. Będzie trochę hałasu.

– Spoko, najwyżej zamknę okno – rzuciła Zuzia, ciągnąc walizkę na górę.

Przez resztę dnia Zuzia spała, a ja wróciłam do swoich obowiązków i wizyt w ogrodzie. Kamil był zajęty docinaniem belek, więc zamieniliśmy tylko kilka słów. Wieczorem, kiedy już pojechał, Zuzia zeszła na dół w krótkich spodenkach i za dużej koszulce.

– Widziałam przez okno tego twojego pana Kamila – powiedziała z szelmowskim uśmiechem, wyciągając jogurt z lodówki. – Niezły. Gdzie ty takich fachowców znajdujesz?

– Z internetu – odpowiedziałam krótko, starając się brzmieć obojętnie. – Dobrze pracuje, to najważniejsze.

W końcu przejrzałam na oczy

Następnego dnia była sobota. Kamil przyjechał rano, żeby nadgonić zadaszenie. Słońce prażyło niemiłosiernie. Postanowiłam zanieść mu mrożoną kawę. Włożyłam moją ulubioną, zwiewną sukienkę, w której zawsze czułam się dobrze i wyszłam na taras. Zanim jednak zdążyłam zejść po schodkach, usłyszałam śmiech. Głośny, perlisty śmiech Zuzi. Podeszłam bliżej krawędzi tarasu i spojrzałam w dół.

Moja córka stała przy stercie desek. Miała na sobie obcięte dżinsowe szorty i krótki top odsłaniający płaski brzuch. Włosy związała w niedbały kok, z którego wymykały się jasne kosmyki. Kamil stał naprzeciwko niej, oparty o wkrętarkę. Nie patrzył już na drewno. Patrzył tylko na nią.

– Nie wierzę, że potrafisz to złożyć sam – mówiła Zuzia, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Przecież to wygląda jak wielkie puzzle dla dorosłych.

– Jak będziesz grzeczna, to pozwolę ci wkręcić jedną śrubkę – odpowiedział Kamil. Jego ton był zupełnie inny niż ten, którego używał w rozmowach ze mną. Był zaczepny, wibrujący, pełen tej specyficznej energii, która pojawia się tylko wtedy, gdy dwoje młodych ludzi wpadnie sobie w oko.

– O, wypraszam sobie, nie jestem dzieckiem – Zuzia założyła ręce na biodra, udając oburzenie, ale na jej ustach igrał szeroki uśmiech.

– Udowodnij – rzucił Kamil, robiąc krok w jej stronę.

Stałam z tacą, na której stała szklanka z mrożoną kawą, i czułam, jak duszno robi mi się w klatce piersiowej. W jednej chwili cała moja pewność siebie, to poczucie, że jestem atrakcyjna, pożądana, momentalnie wyparowało. Spojrzałam na Zuzię – młodą, naturalnie piękną, bez kropli makijażu. A potem spojrzałam na siebie. Na moje zadbane, ale jednak mające czterdzieści pięć lat ciało. Na sukienkę, którą specjalnie założyłam. Na staranny makijaż, który nagle wydał mi się maską.

Zrozumiałam, że Kamil był dla mnie miły, bo po prostu taki ma charakter. Bo byłam klientką. Może uważał mnie za fajną, zadbaną kobietę, ale to wszystko. To, co brałam za flirt, było tylko moją wyobraźnią, desperacką potrzebą poczucia się znowu młodą.

Lekcja, o którą nie prosiłam

Cofnęłam się cicho do kuchni. Wylałam kawę do zlewu. Usiadłam przy stole i ukryłam twarz w dłoniach. Nie płakałam, to nie była rozpacz po utraconej wielkiej miłości. To był wstyd. Palący, gorący wstyd.

Przez resztę tygodnia unikałam wychodzenia do ogrodu. Tłumaczyłam się nawałem pracy. Zuzia za to spędzała tam mnóstwo czasu. Nosiła mu wodę, pomagała przytrzymywać deski, malowała z nim drewno impregnatem. Słyszałam zza zamkniętych okien ich rozmowy i śmiechy. Każdy ten dźwięk przypominał mi o mojej własnej naiwności.

Któregoś wieczoru Zuzia wpadła do salonu z wypiekami na twarzy.

– Mamo, Kamil kończy w piątek. Zapytał, czy nie poszłabym z nim do kina w weekend. Co myślisz?

Spojrzałam na nią znad laptopa. Była taka szczęśliwa, taka pełna życia. Nie miała pojęcia, co działo się w mojej głowie jeszcze kilka dni temu.

– Jesteś dorosła, Zuzia. Jeśli on ci się podoba, to idź – powiedziałam spokojnie, siląc się na uśmiech.

– Jest świetny. I wiesz co? Powiedział, że masz super gust, jeśli chodzi o ten projekt altany.

– Miło z jego strony – odparłam i wróciłam do udawania, że czytam maila.

Kamil skończył pracę zgodnie z planem. Altana była piękna, dokładnie taka, o jakiej marzyłam. Kiedy się żegnaliśmy, podał mi rękę.

– Dziękuję za zlecenie, Beata. I za gościnę – uśmiechnął się uprzejmie.

– Ja również dziękuję. Kawał dobrej roboty – odpowiedziałam, patrząc mu w oczy. Nie było w nich już żadnej magii. Był po prostu wykonawcą, który skończył projekt.

Wieczorem, kiedy Zuzia poszła z nim do kina, zrobiłam sobie herbatę i usiadłam w nowej altanie. Pachniała świeżym drewnem i impregnatem. Było cicho i spokojnie. Wyciągnęłam nogi na ławeczce i wzięłam głęboki oddech. Musiałam pogodzić się z tym, że pewien etap w moim życiu minął. Że nie jestem już dziewczyną, na którą młodzi chłopcy patrzą z pożądaniem. I choć ta lekcja kosztowała mnie trochę dumy, w głębi duszy wiedziałam, że to naturalna kolej rzeczy. Musiałam po prostu nauczyć się grać w swojej własnej lidze.

Beata, 45 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają one rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: