mężczyzna, który związał się z dawną uczennicą fot. Adobe Stock, Syda Productions

„Związałem się ze swoją dawną uczennicą. Ona była rozwódką, ja wdowcem. Ludzie myśleli, że to moja córka”

„Dobrze nam było razem, ale czasem obwiniałem się o to, że zachciało mi się romansu z byłą uczennicą. Skończyła szkołę ponad 10 lat temu, ale nadal było to w jakiś sposób niemoralne”.
/ 13.01.2022 07:51
mężczyzna, który związał się z dawną uczennicą fot. Adobe Stock, Syda Productions

Czekałem na Małgosię dość długo, zdążyłem już wypić kawę. Wiedziałem, że ta piękność lubi się spóźniać, ale za każdym razem wydawało mi się, że po prostu nie przyjdzie, bo uznała, że to nie ma sensu… Minęło piętnaście minut, dwadzieścia. Westchnąłem w duchu i postanowiłem, że odsiedzę pełną godzinę.

Mógłbym zadzwonić do Małgosi, ale gdyby była akurat zajęta, to bym jej przeszkadzał, a jeśli postanowiła zakończyć znajomość, postawiłbym ją w trudnej sytuacji. Jeśli zechce, sama wyjaśni sprawę, a jeśli nie, mówi się trudno. Chociaż szkoda, bo właśnie dzisiaj chciałem z nią porozmawiać o ważnych sprawach.

Minęło pół godziny i zacząłem tracić nadzieję

Tak mocno jeszcze nigdy się nie spóźniła. Może jednak nie warto tutaj tkwić jak idiota? W tej samej chwili drzwi lokalu otworzyły się z impetem i wpadła Małgosia. Widać było, że biegła, bo miała zaczerwienione policzki. Wyglądała zjawiskowo, jak zawsze zresztą. Kelner, który stał przy stoliku starszej pary, zagapił się na dziewczynę i musiał jeszcze raz przyjmować zamówienie. A ona podpłynęła do mnie. Tak – podpłynęła. Poruszała się płynnie i z ogromną gracją. Wstałem, podsunąłem jej krzesło.

– Przepraszam, zatrzymali mnie dzisiaj dłużej w biurze – powiedziała zdyszanym głosem. – Nie gniewasz się? – dopytała, uśmiechając się przepraszająco.
– Najważniejsze, że jesteś – odparłem.

Chciałem coś dodać o jej urodzie, ale pojawił się kelner.

– Co państwu podać?
– Ja poproszę jeszcze jedną kawę, taką samą – powiedziałem.
– A córce? – spytał.

Po chwili pełnego urazy milczenia wycedziłem przez zęby:

– A córce również kawę i proszę przynieść kartę dań, bo chyba pan zapomniał…

Skinął głową i oddalił się dziarskim krokiem w stronę kontuaru, przy którym stał ekspres do kawy. Widziałem doskonale, jak pręży ramiona i spina pośladki. Małgosia odprowadziła go wzrokiem. Miała dziwną minę, trochę jakby się dusiła. Kiedy kelner się wystarczająco oddalił, parsknęła śmiechem.

Zostałam twoją córeczką – zachichotała, odrzucając długie włosy.
– Wiesz, przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinienem dać mu po gębie – mruknąłem.
– Myślisz, że to było złośliwe?
– A ty nie?

Zastanowiła się przez chwilę.

– Chyba tak, masz rację – zdecydowała wreszcie. – Ale szkoda wywoływać awanturę przez takiego kretyna.
– Też tak pomyślałem.

Uśmiechnąłem się do niej szeroko, ale ta „córka” mnie jednak zabolała. Kelner na pewno nie dostanie napiwku.

Małgorzatę poznałem kilka miesięcy wcześniej 

To znaczy, poznałem ją drugi raz, bo absolutnie nie byliśmy sobie obcy. I to ona pierwsza mnie zaczepiła.

– Pan profesor? – usłyszałem pytanie gdzieś z boku.

Odwróciłem głowę i zobaczyłem przepiękną młodą kobietę.

– Nie poznaje mnie pan? – zapytała i podeszła dwa kroki.

Musiałem się mocno skupić. Ta twarz… Te ruchy…

– Małgosia Wysocka! – poczułem ulgę, że ją rozpoznałem. – Bardzo się zmieniłaś. Przepraszam, w pierwszej chwili byłem zdezorientowany.

Roześmiała się i podała mi rękę. Uścisnąłem ją i poczułem, jak przechodzi mnie niespodziewany dreszcz. Małgosię uczyłem w ostatniej klasie ogólniaka, bo polonistka odeszła na emeryturę. Ale wtedy była ładnym, lecz jeszcze nieopierzonym dziewczęciem. Teraz stała przede mną wspaniała kobieta wchodząca powoli w wiek już dojrzalszy, kiedy panie stają się wręcz oszałamiająco powabne.

– Pan dalej pracuje w naszej szkole? – spytała z uprzejmym zainteresowaniem.
– Nie – odrzekłem. – Zmieniłem zupełnie branżę. Poszedłem w dziennikarstwo i pisuję dla paru gazet jako freelancer. Głównie o literaturze i wydarzeniach kulturalnych.
– O, to bardzo interesujące – stwierdziła. – Wydaje mi się, że nauczyciele chyba dość niechętnie zmieniają zawód.
– W szkole jest trudno, ale poniekąd wygodnie – zgodziłem się. – Ale widzi pani…
– Proszę mi mówić po imieniu – przerwała mi. – Dziwnie się czuję, kiedy profesor nazywa mnie panią.
– A mnie będzie dziwnie mówić po imieniu do tak pięknej kobiety – powiedziałem, zanim zdążyłem pomyśleć.
– Nie przesadzajmy – zaśmiała się. – Jestem zupełnie zwyczajna.

Pokręciłem głową. Skoro powiedziało się „a”, należało brnąć dalej.

– Nie jesteś, i dobrze o tym wiesz – odrzekłem. – Jako twój stary belfer mogę ci takie rzeczy mówić bezkarnie, mam nadzieję.
– To bardzo miłe.

Jej uśmiech był zniewalający. Musiałem jednak trzymać fason, więc w odpowiedzi wyszczerzyłem radośnie zęby.

– A pan się chyba nic nie zmienił.
– Przez ponad dziesięć lat? Nie mów takich rzeczy. Jestem już starszym panem i nic tego nie zmieni.
– Ile pan może mieć? Czterdzieści?
– Dodaj jeszcze dziesięć i potem jeszcze troszeczkę – odpowiedziałem.

Patrzyła na mnie długo i uważnie, jakby się nad czymś zastanawiała.

– No tak, jak byłam w liceum, to pan już dość długo uczył – powiedziała w końcu. – Znałam sporo starsze dziewczyny, które pana doskonale pamiętały, a przy nich też pan nie zaczynał. Żeby pan wiedział, ile z nas się w panu podkochiwało…

Dobrze, że jestem już w wieku, kiedy człowiek tak łatwo się nie czerwieni, bo spiekłbym raka jak nic i byłoby mi głupio przed dawną uczennicą.

– Na szczęście nie wiedziałem – odparłem, żeby coś powiedzieć.
– Da się pan zaprosić na kawę? – spytała.

Przy kawie miło nam się rozmawiało, ale ona musiała lecieć w swoich sprawach, a ja miałem swoje do załatwienia. I jakoś tak wyszło, że umówiliśmy się na kolejne spotkanie. A to siłą rzeczy musiało bardziej już przypominać randkę. Wprawdzie mówiłem sobie, że to idiotyzm, bo przeszło dwadzieścia lat różnicy robi swoje. No i zastanawiałem się, czy nie zabraknie nam tematów.

W końcu dzieliły nas nie jedno czy dwa, ale ze cztery pokolenia, biorąc pod uwagę, jak w naszych czasach świat pędzi do przodu. Różne doświadczenia, różna muzyka, nawet filmy z pewnością oglądaliśmy różne. Dlatego poszedłem do kawiarni mocno stremowany. Tak się złożyło, że przyszła wtedy punktualnie, spotkaliśmy się jeszcze na ulicy. Weszliśmy razem, pomogłem jej zdjąć płaszcz, odwiesiłem go starannie.

– Dziękuję – powiedziała.

Podeszliśmy do stolika, odsunąłem jej i podsunąłem krzesło. Znów podziękowała.

– Nie ma za co – powiedziałem. – To obowiązek Mechanika Rowerowego.

Nie przypuszczałem, że będzie w ogóle wiedziała, o co chodzi, tymczasem Małgosia wybuchła śmiechem.

– To ze skeczu Monty Pythona! – powiedziała. – Uwielbiam ich.

Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony

A myślałem, że w młodszych pokoleniach już nikt nie ogląda genialnych brytyjskich komików. To napawało mnie otuchą, chociaż zadawałem też sobie pytanie, z czego niby się cieszę. To przecież tylko spotkanie z byłą uczennicą, nawet jeśli przypomina randkę. Przecież więcej się pewnie już nie umówimy. Gdzie takiej młodej kobiecie do takiego starego tryka?

– Żona nie będzie się gniewała, że spotyka się pan ze mną? – w którymś momencie Małgosia zadała nieuchronne pytanie.
– Nie, nie będzie – pokręciłem głową. – Ale gdyby żyła, pewnie by niechętnie się odniosła do faktu, że umawiam się z pięknymi, młodymi kobietami…
– Och, przepraszam – zmitygowała się Małgosia. – Nie wiedziałam. Kiedy nas pan uczył, raz czy dwa widziałam pańską żonę.
– Nie ma za co przepraszać. Skąd mogłaś wiedzieć? A… twój mąż nie ma nic przeciwko temu, że siedzimy razem w kawiarni?
– Pewnie by miał, gdyby wiedział…

Zesztywniałem, bo nie lubię dwuznacznych sytuacji. Małgosia zauważyła to i uśmiechnęła się.

Jesteśmy od dwóch lat po rozwodzie. Ale on ciągle traktuje mnie, jakbym była jego ślubną. Oczywiście kiedy tylko ma okazję.
– Trudno mu się dziwić – odparłem, również z uśmiechem. – Trudno zapomnieć o takiej kobiecie.
– Tak pan mówi? – spoważniała. – Ale jego bardziej interesowały inne panie.

Miałem ochotę powiedzieć „debil”, ale to by wyglądało na zbytnie angażowanie się w jej sprawy.

– Cóż, życie – westchnęła.

Dopiero w tej chwili dotarło do mnie w pełni, że to nie jest uczennica, którą znałem, tylko dorosła kobieta. Uświadomiłem sobie, że aż do tej chwili cały czas podświadomie traktowałem ją trochę jak wyrośnięte dziecko. A dzieckiem przestała być już dawno.

– Czyli oboje jesteśmy sami – zauważyłem, a ona spojrzała na mnie czujnie. – Nic przez to nie chciałem powiedzieć – zastrzegłem się od razu.
– Nie chciał pan? – na twarz Małgosi znów wrócił uśmiech. – Może szkoda…

Przyglądała mi się z filuternym wyrazem twarzy, a ja czułem, że robi mi się gorąco. Na szczęście z opresji wybawił mnie kelner, przynajmniej na jakiś czas. Bo kiedy odszedł, młoda kobieta wróciła do tematu.

– Oboje jesteśmy sami – powiedziała cicho. – I chyba obojgu nam z tym niezbyt dobrze. Pan przynajmniej ma syna, prawda?
– Widuję go dwa razy w roku – westchnąłem. – Robi karierę naukową w Stanach.

Pokiwała głową. Na dłuższą chwilę zapadła między nami cisza. Nie była jednak krępująca ani męcząca. Żadne z nas nie próbowało jej przerywać na siłę.

– Śpieszy się panu gdzieś dzisiaj wieczorem? – zapytała wreszcie Małgosia.
– Nie mam żadnych planów – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Spotkanie z tobą to najjaśniejszy punkt mojego dnia. Podobnie jak wczorajszego.

Powiedziałem to i zastanawiałem się, czy nie przesadziłem. Ale twarz mojej towarzyszki rozjaśniła się, nie wyglądała na zaskoczoną.

– To znaczy, że trzeba się zastanowić, co dalej – oznajmiła.

A ja zdałem sobie sprawę z tego, że jestem człowiekiem starej daty, bo jej bezpośredniość znów mnie przyprawiła o zmieszanie. Z drugiej jednak strony całkiem mi się to podobało.

– Masz jakieś propozycje? – spytałem.
– Może i mam – odrzekła tajemniczo.

Ranek powitał mnie słońcem sączącym się przez niedomknięte żaluzje i czymś w rodzaju kaca moralnego. Obok mnie spała spokojnie Małgorzata. Nagusieńka, jak ją pan Bóg stworzył. I wróciły wszystkie wątpliwości poprzedniego wieczora i nocy. Nie mogłem sobie zarzucić, że uwiodłem tę piękność, która była kiedyś moją uczennicą. To ona zaproponowała, żebyśmy pojechali do niej, aby zakończyć spotkanie lampką dobrego wina.

Oczywiście wiedziałem, że na samym winie się nie skończy, ale czy dorosły zdrowy mężczyzna, w dodatku bez zobowiązań, mógłby się powstrzymać przed tak ekscytującą przygodą? No właśnie. Pewnie, że miałem w tym swój udział, nie mogę udawać niewinnej dziewicy. Starałem się oczarować Małgosię, chodziły mi po głowie różne myśli. Ale gdyby tylko dała znak, że wystarczy, gotów byłem się wycofać. Głupia sprawa… Tak myślałem, spoglądając w sufit.

Teraz trzeba będzie spojrzeć jej w oczy, porozmawiać…

Czy po tym, co zaszło, znajdę odpowiednie słowa? Bałem się wstać, a nawet energiczniej poruszyć, żeby się nie obudziła. Też ci się zachciało romansu z byłą uczennicą, stary satyrze!

– Piękny dzień się zapowiada – usłyszałem nagle głos Małgosi.

A zapomniałem chyba wspomnieć, że jej głos jest równie wspaniały jak powierzchowność. Anielski.

– Piękny – zgodziłem się i dodałem, żeby nie wyszło, że posługuję się półsłówkami, kiedy już dopiąłem swego: – Ale nawet gdyby lało i było szaro, wystarczy spojrzeć na ciebie, żeby stał się cudowny.

Zachichotała jak pensjonarka i klepnęła mnie lekko w ramię.

– Komplemenciarz! – spoważniała jednak i spojrzała mi w oczy.
– Żałujesz?

Tego się nie spodziewałem. Myślałem, że będziemy paplać o niczym, tymczasem ona przeszła do spraw zasadniczych.

– Niczego nie żałuję – odparłem i zdałem sobie sprawę z tego, że naprawdę tak jest; wszystkie niepokoje nagle uleciały, kiedy powiedziałem to głośno. – A ty?
– W życiu! – zawołała.

W tamtej chwili czułem się szczęśliwy jak chyba nigdy dotąd… Kelner przyniósł zamówienie, obrzucił Małgosię długim spojrzeniem i odszedł.

– Małgosiu, chyba powinniśmy poważnie porozmawiać – powiedziałem, kiedy kończyła posiłek.

Sam nie piłem nawet zamówionej kawy.

– Musimy – zgodziła się. – Ty pierwszy.

Skinąłem głową. Byłem na to przygotowany, ale i tak przez chwilę czułem pustkę w umyśle. Wziąłem się w garść.

Obawiam się, że się w tobie zakochałem – powiedziałem po prostu.

Owijanie w bawełnę nie miało sensu.

– Tylko że dzieli nas tyle lat… Aż mi głupio, że zawracam głowę pięknej dziewczynie, która mogłaby sobie ułożyć życie z kimś mniej więcej w jej wieku.

Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę z pełną powagą, ale zaraz zobaczyłem w jej oczach znajome figlarne iskierki.

– W moim wieku, mówisz? A co to ma do rzeczy? W miłości wiek się nie liczy. Zawsze myślałam, że to banał, zwykłe gadanie, ale teraz przekonałam się, że tak jest naprawdę. Ja też się w tobie zakochałam.

Zapanowało milczenie.

– Nikt nie powiedział, że musimy od razu brać ślub – powiedziała po chwili. – Ale nie uważasz, że warto spróbować być razem?

Pewnie, że uważałem! I uważam tak do dzisiaj, chociaż minęło już sporo czasu od tamtej rozmowy. Coś mi się zdaje, że trzeba będzie zrobić następny krok. 

Czytaj także:
Radzimir kazał zmienić żonie nawet imię, żeby nikt się nie dowiedział, że to sklepowa ze wsi
Poszedłem na pogrzeb kolegi tylko po to, żeby spotkać swoją dawną ukochaną
Po śmierci siostry adoptowałam córkę. Nie kochałam jej, ani nawet nie lubiłam