Zakochałam się w księdzu fot. Adobe Stock

„Mąż zostawił mnie dla innej kobiety, ale nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Zakochałam się w... księdzu”

Rozwód był dla mnie bolesnym doświadczeniem. Kiedy wreszcie się pozbierałam, los znów wystawił mnie na próbę. Zakochałam się w... księdzu!
/ 29.06.2020 12:22
Zakochałam się w księdzu fot. Adobe Stock

Krystian zostawił mnie dla innej kobiety. Kochałam go, dlatego różnymi sposobami starałam się przy sobie zatrzymać. Byłam gotowa wybaczyć zdradę, ale on zamiast o wybaczenie poprosił o rozwód. Na początku nie chciałam się zgodzić. Mówiłam, że nie mogę ze względu na dobro naszego syna, w końcu jednak dałam za wygraną. W maju 2017 roku sąd ogłosił, że nie jesteśmy już mężem i żoną.

Przez kilka następnych miesięcy było mi bardzo ciężko. Ciągle myślałam o tym, co straciłam i dlaczego tak się stało. Najpierw całą winą za rozpad małżeństwa obarczałam kobietę, do której Krystian odszedł. Potem zaczęłam doszukiwać się winy w sobie i to było w tym wszystkim najstraszniejsze. Rozpaczałam. Nie piłam, nie jadłam, nie spałam, tylko wciąż rozpaczałam. Ale w końcu przyszło opamiętanie. Zaakceptowałam swoją samotność.

On również był dla mnie nieosiągalny

Upływający czas zaczął zacierać we mnie smutne wspomnienie rozstania. Już było lepiej, aż tu nagle los ponownie wystawił mnie na próbę. Dał mi drugiego Krystiana. Dał? Nie, źle to ujęłam. Pokazał, że istnieje i jest dla mnie równie nieosiągalny jak ten pierwszy…

Na samym początku września ubiegłego roku poszłam z synem do kościoła na uroczystą powakacyjną mszę dla dzieci. Usiedliśmy z przodu, bo tylko tam były wolne miejsca. Wszystko odbywało się według zwykłego porządku i nic nie zapowiadało wstrząsu, jaki za chwilę miałam przeżyć. W kościele rozległ się dźwięk dzwonków, organista zaintonował pieśń na wejście, procesja ministrantów wyszła z zakrystii, kierując się w stronę ołtarza. Za ubranymi w białe komże chłopcami szło dwóch kapłanów: starszy – proboszcz i młodszy – jak się domyśliłam – rozpoczynający w naszej parafii pracę wikary. Zamarłam na widok nowego księdza. Miał twarz mojego byłego męża, jego spojrzenie, jego ruchy.
– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego – głosem Krystiana rozpoczął mszę.
Zalała mnie fala gorąca. Poczułam zamęt w głowie. „Przecież to niemożliwe, żeby dwóch mężczyzn było do siebie tak podobnych!” – myślałam wzburzona.

Nie potrafiłam przestać patrzeć na nowego księdza. Gdybym tylko mogła, podeszłabym do niego i przytuliła go mocno…
– Pan z wami! – zaśpiewał.
– I z duchem twoim – odpowiedziałam cicho za pozostałymi wiernymi.
– Pochylcie głowy na błogosławieństwo.

„To już koniec?” – zastanowiłam się. Msza kończyła się tak szybko? Za szybko! Godzina minęła jak jedna minuta. Wierni pochylili głowy, tylko ja pozostałam wyprostowana i kreśląc na piersiach znak krzyża, wpatrywałam się w księdza. Śledziłam każdy jego ruch. Kiedy po chwili zniknął za drzwiami zakrystii, ogarnęło mnie przygnębienie, tak jakbym raz jeszcze przeżyła rozstanie z mężem.

Przez kilka dni i nocy nie potrafiłam się uwolnić od obrazu Krystianowego sobowtóra. Pewnego dnia mój syn wrócił ze szkoły z wiadomością, że nowy katecheta wciągnął go na listę ministrantów.
– To pani Halinka nie uczy cię już religii? – spytałam zaskoczona.
– Co ty, mamo! Zapomniałaś już, że pani urodziła dziecko? Teraz uczy nas ten nowy ksiądz. Ksiądz Marek.
– Ksiądz Marek… – powtórzyłam za synem nieswoim głosem, a potem dodałam: – On jest taki podobny do twojego ojca.
– Nie bardzo – odpowiedział Piotrek.
– A co ty tam wiesz… – westchnęłam.
Tej nocy znów śnił mi się mężczyzna mojego życia. Raz był Krystianem, innym razem księdzem Markiem. Pierwszy pojawiał się i znikał. Gdy próbowałam się do niego zbliżyć, uciekał. Drugi czekał na mnie z uśmiechem, wyciągał ramiona i przytulał z czułością.

Kiedy rano się obudziłam, myślałam tylko o jednym. Pragnęłam znów zobaczyć księdza Marka. Chciałam jak najszybciej sprawdzić, czy istnieje naprawdę. Czy rzeczywiście jest tak podobny do Krystiana? Może rzeczywiście, jak twierdził Piotruś, podobieństwo jest minimalne?

Prosto z pracy pojechałam do kościoła. Niestety, wieczorną mszę odprawiał proboszcz. „Chcę Marka, nie proboszcza…”– myślałam z żalem. Rozczarowana wróciłam do domu. Próbowałam czymś się zająć, ale nadaremnie, wszystko leciało mi z rąk. Przed oczami ciągle miałam obraz księdza Marka.

Nazajutrz o siódmej rano znów byłam w kościele. Tym razem moje pragnienie się spełniło – do ołtarza wyszedł Marek. Identyczny jak Krystian. Jak Krystian, którego kiedyś kochałam… Nic się dla mnie nie liczyło, ani msza, ani ludzie, tylko on. Modlił się w skupieniu, taki bliski i taki nierealny. Czułam się, jakbym była o krok od postradania zmysłów. „Czy to tęsknota za Krystianem sprawiła, że dostrzegam go w innym?” – zastanawiałam się. „Przecież to niemożliwe, żeby ten ksiądz był dokładną kopią mojego męża!”. Nie mogłam od niego oderwać oczu. „Mój Krystian, mój Marek”, powtarzałam w duchu słowa własnej miłosnej litanii.

Od tego dnia wstawałam skoro świt, by pobiec na poranną mszę. Jeśli nie odprawiał jej Marek, szłam do kościoła wieczorem. Żyłam sennym marzeniem, że on to mój mąż. Kochałam księdza Marka, bojąc się równocześnie swoich uczuć. Przecież był osobą duchowną, niedostępną dla zwykłych śmiertelników. „Nie wolno mi o nim myśleć – usiłowałam przywołać się do porządku. Ale chwilę później ze zdwojoną siłą odżywały złudzenia. „Zdarza się, że księża rezygnują z kapłaństwa i zakładają rodziny” – myślałam z nadzieją. „Może Marek też…”. Chciałam w to wierzyć. To było silniejsze ode mnie.

Któregoś dnia wychodząc z kościoła, usłyszałam z tyłu ten mój ukochany głos. Odwróciłam się, lecz byłam tak zmieszana, że nie potrafiłam wykrztusić słowa.
– Czy jest pani mamą Piotrka Szetelnickiego? – spytał ksiądz Marek.
W odpowiedzi skinęłam tylko głową.
– Chciałbym z ministrantami zacząć trenować koszykówkę. Stworzyć drużynę z prawdziwego zdarzenia. Czy zgadza się pani, żeby Piotrek do niej należał? Ćwiczylibyśmy dwa razy w tygodniu po dwie godziny w szkolnej sali gimnastycznej.
– Czemu nie? – uśmiechnęłam się. – Synowi przyda się więcej ruchu. Po szkole zazwyczaj siedzi przed komputerem…
– To znaczy zgoda! – ksiądz Marek autentycznie się ucieszył, a ja pomyślałam, że to Krystian powinien zachęcić naszego syna do uprawiania sportu, a nie obcy mężczyzna w czarnej sutannie.

Chciałam już odejść, lecz ksiądz Marek przytrzymał mnie delikatnie za rękę.
– Jeszcze jedno słówko – spojrzał na mnie poważnie. – Piotrek mówił mi, że jesteście sami. Pewnie czasem jest wam ciężko. Może mógłbym w czymś pomóc? Zawsze może pani do mnie przyjść.

Zinterpretowałam te słowa po swojemu. Uznałam, że zależy mu na mnie. „Dostrzegł we mnie kobietę…” – powtarzałam w kółko. Czułam, że muszę spotkać się z Markiem i szczerze porozmawiać.

Okazja nadarzyła się, gdy Marek przyszedł do nas po kolędzie. Pomodlił się, poświęcił mieszkanie, a potem odesłał Piotrka i ministrantów do kuchni. Zostaliśmy sami. Z bijącym sercem zaczęłam mówić mu o Piotrusiu – że odczuwa brak ojca, że bywa przygnębiony. Potem opowiadałam o Krystianie. Jak bardzo go kochałam i kocham nadal.
– Nie jestem tylko pewna, czy kocham męża, czy wspomnienie... – tłumaczyłam.
Umilkłam. Ale po chwili zdobyłam się na odwagę i wyznałam księdzu, że gdy go pierwszy raz ujrzałam, dostrzegłam w nim byłego męża.
– Kocham cię… – wyszeptałam.
Poczułam się tak, jakbym zrzuciła z siebie ogromny ciężar.
– Nie wolno! – stanowczo odpowiedział ksiądz. – Pani nie może mnie kochać. Nie może karmić się złudzeniami.

Wyszedł. Siedziałam jak sparaliżowana. Usiłowałam pozbierać myśli. „A więc to koniec…” – westchnęłam w duchu.

Tuż przed feriami Piotrek przyniósł ze szkoły list. „Wiem, jak jest pani ciężko”, pisał Marek. „Moja mama znalazła się przed laty w podobnej sytuacji. Mój ojciec odszedł, gdy miałem cztery lata. Rozmawiałem z nią o pani. Powiedziała, żebym się niczemu nie dziwił. Ona też w każdym mężczyźnie szukała ojca, bo kochała go nawet po tym, co jej uczynił. To jest prawdziwa miłość. Bezwarunkowa, choć czasem karmiąca się złudzeniami. Modlę się za panią, za moją mamę i za wszystkie opuszczone kobiety.”

On się modli, a ja powoli zapominam. Coraz więcej w moim sercu obojętności wobec księdza Marka i wobec Krystiana. Ale wciąż się dziwię, że na świecie może żyć dwóch tak podobnych do siebie ludzi!

Więcej prawdziwych historii:
„Zostałam sama z dwójką dzieci. Mój były mąż korzysta z życia, a ja nie mam, kiedy się w tyłek podrapać”
„Córka oskarżyła mojego konkubenta o gwałt. Jak mogłam nie wiedzieć, że żyję z takim bydlakiem!”
„Mąż szydził z mojej nadwagi i odstającego brzucha. Wszędzie masz tłuszcz i brzydzę się ciebie - często słyszałam”

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (22)
/02.12.2018 15:10
Ale ksiądz w tej historii zachował się bardzo OK. Gdyby tak nie było polałby się hejt a tak cisza sza...
/19.05.2018 09:03
MAREK mam to samo nadejdze taki dzien wierze w to mocno ze o nim nie pomysle myslalam ze w moim wieku to sie nie dzieje 53lat ?
/12.06.2016 20:07
O jejeku, nie mogę już tego czytać, nie mogę...te ich romanse mnie zabijają. Guzik mnie obchodzą wasze dziwaczne zauroczenia... Lepiej schowajcie pod dywan! Mniej ludzi zgorszycie, mniej wam odejdzie od wiary, więcej wam będzie chodzić do kościoła. Ksiądz to....niektórzy zapomnieli kim jest ksiądz. Proponuję uzupełnić braki w edukacji i więcej czasu poświęcić na refleksję i modlitwę. Pozdrawiam
POKAŻ KOMENTARZE (19)