Z życia wzięte - prawdziwa historia o wrednej szefowej

Z życia wzięte fot. Fotolia
Człowiek to nie maszyna. Czasem ma gorszy dzień, niekiedy popełnia błędy. Niestety, są tacy, którzy tego nie rozumieją…
/ 01.09.2015 06:58
Z życia wzięte fot. Fotolia
Każdy się nabierał na tę jej słodką buzię. Niska blondyneczka z błękitnymi oczami i dziecinnym uśmiechem od razu budziła w człowieku przyjazne uczucia i pełne zaufanie. Do tego miała miły głosik, chętnie dawała się wyciągać na zwierzenia, znała najnowsze plotki i umiała słuchać.

Zanim zdążyliśmy się zorientować, wiedziała o nas prawie wszystko. Kto z kim romansuje, kto kogo nie lubi, kto się komu naraził, kto ma długi, kto jest sknerą, a kto leniem, kto biurowym popychadłem, a z kim trzeba się liczyć. Jakoś nie pomyśleliśmy o tym, że o niej wiemy niewiele, prawie nic. Zaczęliśmy uważać na to, co gadamy, ale, niestety, wtedy na każdego z nas miała już haki... I nie wahała się ich wykorzystać! Zawsze w opiętym jasnym kostiumiku, w szpilkach, z nienaganną fryzurą budziła zaufanie szefostwa i klientów. Była profesjonalna, to prawda; znała się na robocie, pracowała jak maszyna bez zmęczenia i bez pomyłek, jednak w tej doskonałości kryła się także bezduszność robota, całkowity brak empatii, potworny chłód i przekonanie o własnej doskonałości.

Wszystko zaczęło się od urlopów. Wiadomo, że nasza koleżanka po ciężkich osobistych przejściach, wychowująca samotnie dwoje dzieci w wieku szkolnym, musi dostać urlop w lipcu albo w pierwszych dwóch tygodniach sierpnia. Nikt z tym nie dyskutował, wręcz przeciwnie – tak staraliśmy się ustawić robotę, żeby mogła pobyć z dzieciakami i sama odpocząć. To było dla nas oczywiste. Dla Wiedźmy, niestety, nie było.
– Przejrzałam grafik urlopów z poprzednich lat – powiedziała tym swoim słodkim głosikiem. – I nie rozumiem, czemu Ala jest zawsze uprzywilejowana. Od paru lat dostaje wolne zawsze w lipcu. Czy są jakieś szczególne powody ku temu?
Świetnie znała sytuację Ali, ubolewała nad nieszczęściem, jakie ją spotkało, lecz nagle pokazała prawdziwe oblicze.
– Dzieci Ali to wyłącznie jej sprawa! – oznajmiła nam. – W pracy wszyscy mamy te same prawa... Ja na przykład wykupiłam bardzo drogą i atrakcyjną wycieczkę i też mam powód, żeby żądać urlopu w lipcu. W czym Ala jest ode mnie lepsza?

Zamurowało nas. Pojęliśmy, że nie ustąpi i zaraz poleci do szefostwa na skargę, więc zaczęliśmy kombinować, kto ewentualnie mógłby poprzestawiać swoje plany wakacyjne tak, żeby obie pojechały w lipcu. Udało się, lecz Ali to wcale nie pomogło… Na dzień przed jej urlopem Wiedźma, która była kierowniczką działu, zarządziła sprawdzenie papierów, dokumentów, rachunków i umów, zaczynając od Ali.
– Już znalazłam parę nieścisłości – powiedziała surowym tonem. – A co będzie dalej? W tej sytuacji masz tylko dwa wyjścia. Albo zrezygnujesz z wolnego i to uzupełnisz, albo posiedzisz w pracy cały weekend... Inaczej tego nie widzę, moja droga!
– Ale ja już kupiłam bilety! – tłumaczyła przerażona dziewczyna. – Pociąg mamy w piątek wieczorem. Nie mogę tracić trzech dni... Wszystko jest zapłacone!
– Nie możesz przede wszystkim zostawić takiego bałaganu! – usłyszała. – Inaczej składam na ciebie skargę do szefostwa.
– Tak nie można! Stawiasz ją pod ścianą! – próbowaliśmy bronić Alki.
– Ma wybór. Niech decyduje, co ważniejsze: praca, czy babki z piasku nad Bałtykiem.
To wtedy przylgnęła do niej ksywka „Wiedźma”. Zasłużenie, jak się okazało.

Była jak kleszcz. Wczepiała się w człowieka niepostrzeżenie i zaczynała wypijać krew, wpuszczając przy okazji taką truciznę, że ofiara zaczynała chorować. Doprowadzała do tego, że każdy się czuł beznadziejny, gorszy, do niczego...
– Znowu błąd?! – dziwiła się. – Ja naprawdę nie rozumiem, jak można być takim nieuważnym. To nie jest kwestia roztargnienia, to musi być brak wiedzy albo inteligencji! Tylko nie mów, że cię gnębię. Wręcz przeciwnie, ja chcę cię czegoś nauczyć. Chociaż z tego, co widzę, to sprawa raczej beznadziejna!
Nie miały znaczenia płeć, wiek, staż pracy... Wiedźma nikogo nie lubiła, wszystkich traktowała jak debili, z którymi ona ma nieszczęście i przykrość pracować. Co gorsza, często wytykając czyjeś niedociągnięcia, miała rację, dlatego nikt się nie buntował. Kładliśmy uszy po sobie i poprawialiśmy, cośmy przeoczyli.
– Widzicie – mówiła z satysfakcją. – Gdyby nie moje bystre oko, mogłaby być niezła afera. Właściwie powinniście mi dziękować, że za was pracuję. Macie chociaż świadomość, że wam pomagam za friko? Chyba nie macie, bo słyszę, jak plotkujecie za moimi plecami... Proszę bardzo, ja mogę przestać uważać na to, co wyprawiacie, ale to się źle skończy!

Przekonaliśmy się, że nie żartowała, kiedy postawił się jej pewien młody kolega. Po takich samych studiach jak ona, do tego przedsiębiorczy, kreatywny, dyspozycyjny... Jednym słowem – korpoideał! Wiedźma długo czekała na jakiś jego błąd. W końcu się doczekała. Chłopak się zakochał. Chodził
z głową w chmurach, wiecznie odbierał albo wysyłał esemesy, co dzień nie mógł doczekać końca szychty. Tu go dopadła. Podsłuchała, jak młody umawia się na randkę. Poczekała prawie do końca godzin pracy i wtedy zaatakowała:
– Zostaniesz dłużej – powiedziała słodko. – Mamy nagłe i poważne zamówienia. Znasz się na towarze najlepiej z nas wszystkich, bez ciebie byłoby trudno.
– Dzisiaj? Ale ja nie mogę! – bronił się. – Mam już plany na wieczór. Czemu nie powiedziałaś mi wcześniej?
– Teraz jest odpowiedni moment – odpowiedziała spokojnie, lecz kategorycznie.
– Pamiętaj, że to dla ciebie ogromna szansa. Właśnie ciebie poleciłam szefowi i się zgodził, a on nie zapomina o zdolnych pracownikach... To jak będzie?

Kolega wił się jak piskorz. Wiedźma miała rację – mógł zapunktować, ale też mógł się narazić, bo ona na bank doniosłaby o jego odmowie. Więc z ciężkim sercem i skołowaną głową zdecydował, że zostaje. Na co ona liczyła? Oczywiście na to, że się pomyli, i tym razem ona tego nie poprawi. Nie przeliczyła się. Dokładnie to się wydarzyło! Była straszna afera. Sprawę odkręcania zamówienia wzięła na siebie oczywiście Wiedźma. Załatwiła to koncertowo, zasłużyła na premię i zapowiedź awansu. Chodziła potem w glorii i chwale. A kolega? Zwolnił się. Na koniec powiedział, że nie mógłby z nami pracować, boby się bał, że zrobi krzywdę tej żmii. Niedawno dostaliśmy zaproszenie na jego ślub i Wiedźma jak gdyby nigdy nic zapowiedziała, że i ona pójdzie na uroczystość! Zero refleksji czy taka straszna bezczelność? Nie umiemy tego nazwać.

Modlimy się, żeby awansowała i przestała nas zadręczać, jednak na razie wolno to idzie. Niby wszyscy ją doceniają, niektórzy nawet chwalą, podkreślają, że jest zawodowo bez zarzutu, ale jakoś wyżej baba nie przechodzi. Może w dyrekcji wiedzą, że wprawdzie trzyma swój zespół żelazną ręką, ale jednocześnie jest znienawidzona i obca, a w korporacji wszyscy podobno mają być jedną wielką rodziną…

Kiedy się pojawia w tych swoich szarobłękitnych albo łososiowych garsonkach, w spódnicach o idealnej długości, z gładką, miłą buzią szkolnej prymuski – wszyscy pierzchają na boki, całkiem jak kuropatwy przed lisicą. Nikt nie chce mieć styczności z tą osobą, żeby nie napytać sobie biedy.
– Drodzy moi – zaczyna, a nam się robi niedobrze. – Mam ważny komunikat: czekają nas nowe zadania i nowe obowiązki. Uprzedzam, że nie chcę słyszeć żadnych wymówek ani sprzeciwu. Pamiętajcie, dzięki komu macie na bułki z masłem! Jeśli ktoś woli suchy chleb, niech zmieni pracę. Pozostali są oceniani surowo, ale sprawiedliwie. Bez żadnych ulg i wyjątków!

Mamy rodziny, spłacamy kredyty za mieszkania, zaciągnęliśmy wiele innych zobowiązań. Wiedźma jak zwykle ma rację, każdy zarabia na bułkę z masłem. Tylko czy ona musi być taką wredną, paskudną i podstępną Wiedźmą?!

Więcej prawdziwych historii:

Redakcja poleca

REKLAMA