Z życia wzięte fot. Fotolia

Jaka matka, taka córka...

Jakoś udało mi się ułożyć życie z moją upartą żoną. Ale teraz w domu są dwie kobiety. Jedna lepsza od drugiej.
/ 07.12.2015 06:58
Z życia wzięte fot. Fotolia
Życie odpłaca pięknym za nadobne. Odpłaciło tak mojej żonie. W jaki sposób? Ano w taki, że urodziła nam się córeczka podobna do niej w każdym calu. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Dzięki temu moja najukochańsza, najpiękniejsza, ale i najbardziej uparta na świecie małżonka dowie się, jak to jest żyć z kimś takim jak ona. Jak to jest każdego dnia zmagać się z czyimś oślim uporem…

Zacieram ręce, bo nasza mała ma dopiero półtora roku, a już pokazała mojej żonie różki. Takie same jak te, które udało mi się przez tych kilka lat wspólnego życia spiłować na głowie mojej ukochanej.
Anię poznałem w pracy. Przyszła do nas na staż i jak tylko ją zobaczyłem, wiedziałem, że to kobieta mojego życia. Do dziś pamiętam, w co była wtedy ubrana. Zawsze ją tym zaskakuję, bo choć od tamtej pory minęło już prawie dziesięć lat, wiem, że miała wtedy na sobie seledynową bluzkę i czerwoną spódnicę. Uroda Ani zahipnotyzowała mnie tak, że zapomniałem o rozmówcy na drugim końcu linii telefonicznej.
– Halo, halo? Jest pan tam!? – krzyczał klient, a ja gapiłem się na to bóstwo.

Byłem nią tak zafascynowany, że jak pojawiła się na pierwszej imprezie integracyjnej naszego działu, to powiedziałem do niej Kasia, zamiast Ania. A przecież doskonale wiedziałem, jak ma na imię, bo wszystkich o nią wypytywałem. W końcu jednak udało mi się ją udobruchać po niefortunnej wpadce z imieniem i przekonać do siebie. Myślę, że zrobiłem na niej wrażenie. Zwłaszcza na parkiecie, bo dobrze tańczę. Chociaż, gdyby ona usłyszała, że tak o sobie mówię, to pewnie by się śmiała. Tak jak śmiała się wtedy.

Od razu wiedziałem, że będzie moja. No i była. Pamiętam te pierwsze randki, SMS-y, rozmowy telefoniczne, pierwsze pocałunki i obściskiwanie na firmowym korytarzu, gdy nikt nie patrzył. Pamiętam też jej pierwsze przejawy oślego uporu... Należę do osób, które mają zawsze mnóstwo wątpliwości. Z kolei Ania – wręcz przeciwnie. Jest tak uparta, że niezależnie od tego, czy ma rację czy nie, trzyma się własnego zdania i zawsze chce postawić na swoim. Na przykład, gdy jeździliśmy samochodem na randki za miasto, to w poszukiwaniu miejsc, do których mieliśmy dotrzeć, kierowaliśmy się zawsze jej opinią. A że orientację przestrzenną ma bardzo słabą, zwykle lądowaliśmy w lesie.
– Ania, w lewo, czy prawo, bo mnie się wydaje, że w lewo, ale nie jestem pewien? – pytałem.
– W prawo – odpowiadała.
– Na pewno? Bo ja mam wrażenie…
– W prawo, na pewno – upierała się.

No i jechaliśmy w prawo, a potem okazywało się, że powinniśmy byli jechać w lewo. Teraz już wiem, że Anka tak ma, i gdy pytam ją o zdanie, a ona udzieli odpowiedzi, to potem ją jeszcze dopytuję, czy jest przekonana tak na pewno, czy tylko tak po swojemu. Ona się wtedy śmieje i już razem ustalamy jakiś kompromis. Udało nam się to wypracować, choć nie było łatwo i zajęło to sporo czasu.
Bo na początku to był koszmar. Anka tupała nogą, gdy coś było nie po jej myśli. Na przykład, kiedy już przyjęli ją do nas do pracy, a mnie się wymsknęło i przedstawiłem ją znajomym jako stażystkę, to zaraz mnie ofuknęła i strzeliła obcasem w podłogę. Albo kiedy postanowiła, że w mieszkaniu, które razem kupiliśmy, trzeba gruntowanie przerobić łazienkę, a ja uznałem, że to bezsensowne, to w czasie kłótni złościła się i prężyła się jak małe dziecko, któremu rodzice nie chcą kupić zabawki. Potrafiła też tak zareagować, kiedy się wygłupialiśmy w łóżku. Kiedy uznała, że za długo ją gilgoczę, albo że któryś z żartobliwych kuksańców za bardzo ją zabolał, rzucała mi groźne spojrzenie i od razu przywoływała do porządku. Oj, umiała ta moja Ania tupnąć nóżką, umiała…

Miała też jeszcze jeden schemat reagowania, który doprowadzał mnie do szału. Notorycznie stosowała zasadę: „Na złość mamie (czyli zwykle chodziło o mnie), odmrożę sobie uszy”. Kiedyś na przykład poszliśmy na rowery, a ja zapomniałem wziąć z domu pieniędzy. Gdy podjechaliśmy do naszej ulubionej budki z hot-dogami i okazało się, że nie mam ani grosza, Anka strasznie się zeźliła. I na złość, w ramach zemsty zdjęła kask i nie założyła go do końca wycieczki. Dobrze wiedziała, że jestem przeczulony na punkcie bezpieczeństwa i takim nierozsądnym zachowaniem nieźle mnie zezłości.

To były drobiazgi, śmiesznostki, ale składały się na naszą codzienność. Kiedy pojawiał się temat sprzątania w mieszkaniu, podziału obowiązków, bywało, że fest się kłóciliśmy. No i po takich kłótniach Anka potrafiła nie odzywać się do mnie przez trzy, cztery dni. A czasem nawet cały tydzień! Bardzo mnie to bolało, bo ja jestem ugodowy i już po godzinie od kłótni przechodziły mi nerwy i byłem gotów się pogodzić.
– Anka, chodź tu do mnie – uśmiechałem się. – Po co się kłócić?
– Daj mi spokój! – odburkiwała.
Ale Ania, poza tym, że jest upartą dziewczyną, to jest też bardzo rodzinna, czuła i ciepła. Dlatego w końcu udało mi się ją przekonać, że nie warto się gniewać, bo to strata czasu, którego przecież nigdy nie ma za dużo. Chyba to zrozumiała, bo coraz częściej reagowała uśmiechem na to moje: „Chodź do mnie”. I coraz częściej ona też przepraszała. Docieraliśmy się, choć nie znaczyło to, że Anka całkiem straciła skłonność do dąsów.

Na przykład, wszystko, o co mnie poprosiła, musiałem zrobić w odpowiednim tempie. Jeśli tak nie było, to wtedy obrażała się i nawet jak chciałem pomóc, to robiła to sama. Raz skończyło się wizytą na ostrym dyżurze, po tym jak próbowała włożyć do pawlacza wielką skrzynkę z narzędziami, którą zostawiłem. Tak wyglądało moje życie. Człowieka, który musiał stosować się do widzimisię żony, bo jeśli nie odkładał szczoteczki do kubeczka, to następnego dnia znajdował ją w śmietniku. Kupiłem siedem nowych szczotek, nim przywykłem do tego cholernego kubeczka. Ale stało się coś, co dało mi jednak cichą satysfakcję. Urodziła nam się córka. I wiecie co? To skóra zdarta z Anki! Ma takie same wielkie, troszkę skośne oczy i… taki sam charakterek. Już od pierwszych tygodni życia ciągłym wrzaskiem dopominała się, by nosić ją na rękach. To na początku, a potem… Potem wyszła z niej ta sama przekora, co u mamy.

Daliśmy córeczce na imię Jagoda. I taka właśnie nasza córka jest jest – niby słodka, ale jednak nie do końca. Jagódka pręży się i złości za każdym razem, gdy coś pójdzie nie po jej myśli. Kiedy złapie w rączkę coś, czego nie powinna – na przykład łodyżkę kwiatu albo włosy żony – to jak tylko usłyszy od nas: „nie wolno, puść!”, to zaraz zaciska jeszcze bardziej piąstkę. Jak tylko nauczyła się chodzić, to zaraz posiadła też ważną w rodzinie umiejętność tupania. I tupie nogą zawsze wtedy, gdy czegoś chce. Nie tylko, kiedy jej czegoś zabraniamy, ale też wtedy, gdy dostaje to coś – na przykład picie – według niej zbyt późno. Gdy, nie daj Boże, spóźnimy się z wciśnięciem jej w rączkę kubeczka, parówki, kawałka chleba, zabawki, której akurat chce, albo telefonu komórkowego, który uwielbia, to Jagódka zaczyna drzeć się wniebogłosy i już tego, co chciała, nie przyjmuje. Nawet jeśli człowiek zdecydował się w końcu jej to dać.

Jagoda ma półtora roku i już wykazuje najwyższy poziom wyrafinowania, jeśli chodzi o dąsy. Kiedy jest niezadowolona, ryczy, pręży się, tupie, wyrywa, a my nie potrafimy przerwać tego spektaklu. Gdy w takich chwilach czekamy, kiedy córka wreszcie się zmęczy, żona czasem wypali:
– Po kim, u licha, ona to ma?!
A ja tylko uśmiecham się półgębkiem. Bo odpowiedzieć nie mam odwagi.

Więcej prawdziwych historii:

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/07.12.2015 17:07
Chora ta twoja zonka ! A Ty badz mezczyzna