Biedna dziewczyna fot. Adobe Stock

„Mój narzeczony pochodził z majętnej rodziny z koneksjami, a ja nie śmierdziałam groszem. To nie mogło się udać”

Myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. Franek był przystojny, bogaty i pochodził z rodziny z tradycjami. No i zwrócił na mnie uwagę.
/ 30.09.2020 15:58
Biedna dziewczyna fot. Adobe Stock

„Spokojnie, to się niedługo skończy. Oby wytrzymać. I nie wypalić z czymś” – mówiłam sobie w duchu, zaciskając pięści pod ozdobną lnianą serwetą. Tak doradzał mi kolega psycholog.

Musieliśmy przychodzić w każdą niedzielę na obiad. Jego rodzina nie odpuściłaby sobie tego cotygodniowego rytuału tylko dlatego, że jakaś tam narzeczona Frania miała wyjazd związany z pracą doktorską. Te spotkania stawały się coraz bardziej nie do zniesienia. A tak mi się podobali na początku… Ojciec naukowiec, matka wykształcona i „światowa”. Rodzina z tradycjami. Słowem, bajka dla kogoś takiego jak ja, kto wyrwał się z małej mieściny.

Kiedy poznałam Franka na naszym wydziale, i kiedy on raczył się mną zainteresować, szalałam ze szczęścia. Oczywiście nie pokazywałam tego po sobie i udawałam, że wcale mnie nie interesuje. Ale on miał świadomość tego, jak dobrą był partią.

No tak, używam języka rodem z dziewiętnastowiecznych powieści, a tu już mamy XXI wiek… Jednak w tej kwestii naprawdę niewiele się zmieniło. Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji i doświadczeń. Franek i jemu podobni, przystojni, wykształceni, z „dobrych domów”, z koneksjami – zawsze będą mieć powodzenie. Kilka uczelnianych piękności dało mi odczuć, że moje szczęście jest przelotne i szybko się skończy. A jednak wyglądało na to, że złapałam Pana Boga za nogi. Najważniejsze, że stałam się obiektem zainteresowania Franka, potem dziewczyną, a jeszcze później narzeczoną.

Na początku jego matka koniecznie chciała się ze mną zaprzyjaźnić. Żartobliwie nazywała się niespełnioną feministką i proponowała (oczywiście używając innych słów), abyśmy „trzymały sztamę”. Jednak potem okazało się, że jest bardzo mieszczańska. I że tak naprawdę to jej żywiołem są salonowe konwersacje. Owszem, w trzech językach, ale niespecjalnie mądre.

Pozory światowości. Chociaż może nawet nie. Bo tak naprawdę, co to właściwie znaczy „światowość”? Bywanie w świecie? No to tak, jeżdżą. Wykształcenie? Tak, są oboje wykształceni. Znajomość języków obcych? Oczywiście. On zna angielski i niemiecki a ona rosyjski, francuski i niemiecki. Angielski jest dla niej – uwaga! – ordynarny. Jednak jest w nich jakaś ciasnota umysłowa. Brak otwartości na inne opinie i inne gusta. Są też snobami. Kiedy powie się w ich obecności coś, czego nie aprobują, składają usta w ciup, a na czoła występuje im lekka zmarszczka. I te ich spojrzenia. Urażonych niewinności. Jakby byli obrzydzeni, że ktoś w ogóle mógł pomyśleć coś takiego.

W zasadzie mnie zaakceptowali. Mieli zbyt dużo klasy, żeby sarkać na moje pochodzenie. W końcu cenią w ludziach ambicję i inteligencję a tej mi chyba nigdy nie brakowało. Jednak z czasem zauważyłam, że starają się mnie oczarować, olśnić. Wprawdzie nie pieniędzmi, których im nie brakuje, ale znajomościami, możliwościami, pięknem, którym się otaczali. Wiedzieli, że interesuję się sztuką, więc pani domu pokazywała mi kolekcję obrazów odziedziczoną po prababci. Między innymi autentycznego Witkacego, czyli portret prababki, wykonany przez mistrza w Zakopanem.

Przed oficjalnymi zaręczynami postanowiliśmy, że nasi rodzice muszą się poznać. Moja mama zaprosiła ich do nas, do małego miasteczka pod Warszawą. Widziałam, jak bardzo się starała. Sprzątała tydzień. Piekła i gotowała kilka dni. A potem okazało się, że moja przyszła teściowa nie mogła przez ponad kwadrans zdecydować się, gdzie położy swój rozłożysty kapelusz w naszym małym i ciasnym M2. No i niby chwaliła, że pyszne, ale jadła tak ostrożnie, jakby to, co miała na talerzu, nie było dość dobre dla jej delikatnego żołądka. Przyszły teść zachował się nieco lepiej, ale tylko dlatego, że nie wylewał za kołnierz, a mój ojciec jest mistrzem nalewek.

Kiedy jakimś cudem atmosfera zrobiła się prawie swobodna, przyszła teściowa zarządziła odwrót. Dosłownie, jakby uciekali z placu boju. Zrozumiałam, że o ile mnie jakoś tam zaakceptowali, to mojej rodziny już nie. Zawsze będą traktowani jak ubodzy krewni, w najgorszym tego słowa znaczeniu. Franek niczego nie zauważył. Uważał, że spotkanie staruszków bardzo się udało.
– A poza tym – stwierdził – pewnie i tak rzadko będziemy się wszyscy spotykać. Wtedy uświadomiłam sobie, że jemu też nie zależy na mojej rodzinie.

Zaczęłam dostrzegać również inne rzeczy. To on zawsze chciał decydować, gdzie pojedziemy na wakacje, co mam na siebie włożyć, a szczególnie jak wychodziliśmy do jego rodziców – chyba nie ufał moim plebejskim gustom.

Najpierw ulegałam, potem zaczęłam się buntować. Raz zrobiłam mu naprawdę na złość, bo na jakąś ważną imprezę rodzinną poszłam w dżinsach i bawełnianej bluzce. Zrobił minę, jakby bolał go ząb, ale nic nie powiedział. Oczywiście jego mama spojrzała na mnie wymownie, i z lekkim uśmiechem, przedstawiając mnie jakiejś „sławie”, którą zaprosili na kolację, usprawiedliwiła mnie:
– Och, ta nasza zapracowana młodzież. Przyjechali prosto z zajęć…

„Co ja tu w ogóle robię?” – pomyślałam wtedy po raz pierwszy. Nie ulegało wątpliwości, że mocno wpływali lub chcieli wpływać na nasze wybory. Franek bardzo się z nimi liczył, co oczywiście nie jest niczym złym, ale on właściwie słuchał mamy i taty w większości spraw, które teraz dotyczyły także mnie. To był obiad jak wiele innych. Czemu więc tym razem czara goryczy się przelała? Chyba po prostu nagle uświadomiłam sobie, że od godziny staram się zmuszać do uśmiechu, do rozmowy, do milczenia, kiedy chciałam powiedzieć coś, co naprawdę myślę, gdy poruszano jakiś temat.

Patrzyłam na mojego przystojnego narzeczonego i widziałam, że jest po prostu synem ludzi, których nie trawię, nie lubię, a postawiony przed wyborem – ja albo oni – nawet się nie zawaha. Oczywiście wiele razy z nim o tym rozmawiałam. On nie rozumiał albo nie chciał zrozumieć, o co mi chodzi. Poczułam, że się duszę. Zawirowało mi w głowie. I wtedy pomyślałam, że nic nie muszę. Naprawdę. Ku ogólnemu zdumieniu po prostu wstałam. Podziękowałam za pyszny obiad i wyszłam. Zanim Franek otrząsnął się z szoku i wybiegł za mną do przedpokoju, miałam już płaszcz na sobie.
– Co ty wyprawiasz? – wyjąkał. Był wściekły, ale i zmieszany.
– Wychodzę – powiedziałam. – Już wystarczy. Mam dość. Dobrze, że odprowadzasz mnie do drzwi, proszę, to dla ciebie – powiedziałam i wręczyłam mu pierścionek zaręczynowy.

Patrzył na mnie z otwartymi ustami.
– Wiesz, jedna z tych twoich dam dworu powiedziała kiedyś, myśląc że nie słyszę, że nasz związek potrwa tylko chwilę – mówiłam dalej. – Miała rację, tyle że do głowy by biedulce nie przyszło, że to ja zakończę ten związek.
I wyszłam, zamykając za sobą bardzo cicho drzwi.

Dwa lata później poznałam kogoś bez koneksji. Za to inteligentnego, z klasą, o otwartym umyśle. I jestem z nim już 10 lat bardzo szczęśliwa.