„Przez ogromne znamię na twarzy wyglądałam jak potwór. Dałam sobie wmówić, że nie zasługuję na miłość”

kobieta ze znamieniem na twarzy fot. Adobe Stock
Urodziłam się ze szpecącym znamieniem na twarzy. Wstydziłam się go bardzo i unikałam ludzi. Witek odmienił moje życie. Jego miłość dodała mi pewności siebie. W końcu uwierzyłam, że nawet taka brzydula jak ja, może być szczęśliwa.
/ 04.03.2021 13:48
kobieta ze znamieniem na twarzy fot. Adobe Stock

Mamusiu, obejrzysz z nami stare zdjęcia? Proszę cię – moja sześcioletnia córeczka Kasia patrzyła na mnie błagalnie.
– Dobrze Kasiu, za chwilę skończę zmywanie, pooglądamy stare albumy i zrobimy w nich wreszcie porządek – powiedziałam.
Wreszcie spędzę wieczór z dziećmi, pomyślałam, są ferie zimowe, a ja jak zwykle mam dla nich za mało czasu. Wyjęłam z szuflady albumy i koperty ze zdjęciami, siedliśmy we trójkę na dywanie w salonie. Oglądaliśmy moje stare fotografie z dzieciństwa.
– Mamuś, czemu się nie śmiałaś? – spytał Wiktorek.
– Pewnie było mi smutno – odpowiedziałam. – Byłam sama, dzieci się ze mnie śmiały, niektóre mnie brzydko przezwały.
Wiktor ma dopiero cztery lata, pomyślałam, a już czuje, że ta mała dziewczynka ze zdjęć, którą byłam kiedyś, miała smutne dzieciństwo i młodość. – Mamusiu, ty zawsze to miałaś, takiego wielkiego siniaka? – spytał mój synek, patrząc na fotografie, a potem dotknął rączką mojego policzka.
– Tak, urodziłam się z tym znamieniem – tłumaczyłam. – Babcia i dziadziuś nie wiedzieli, co to jest, czy jestem chora. Myśleli, że kiedyś to zginie, jak urosnę – dzieci słuchały mnie z ciekawością. – Mieszkaliśmy na wsi, tam nie było dobrych lekarzy. – Mamo, dla nas jesteś najpiękniejsza na świecie – powiedziała Kasia.
– Dla taty też – dodał Wiktor.

Zamyśliłam się, te zdjęcia przywołały wspomnienia z dzieciństwa. Przez chwilę znów stałam się pełną kompleksów, smutną i nieśmiałą dziewczyną. Urodziłam się ze szpecącym naczyniakiem na twarzy. Na prawym policzku, skroni oraz części głowy pod włosami moja skóra jest czerwonosina. Dla kogoś, kto widzi mnie po raz pierwszy, to okropny widok.

Rodzice kochali mnie bardzo i rozpieszczali. Byłam ich najmłodszą i ukochaną córką. Nie mówili jednak głośno o tym, jak wyglądam. Jako małe dziecko nie byłam świadoma swej ułomności. Koszmar zaczął się, gdy poszłam do szkoły. Po dwóch dniach nauki płakałam i krzyczałam:
– Nigdy więcej tam nie pójdę!
Rodzice, niestety, nie uprzedzili mnie wcześniej, co może zdarzyć się w szkole, nie przygotowali na spotkanie z rówieśnikami, nie ostrzegli, że dzieci potrafią być takie okrutne. Nikt nie wytłumaczył mi, że choć mam szpecącą plamę na twarzy, nie jestem gorsza od innych. Zupełnie nie mogłam sobie dać z tym rady, czułam się brzydka i odrzucona przez rówieśników. Wszystko to bardzo mocno przeżywałam. Gdybym przynajmniej była chłopcem, może nie czułabym się tak strasznie, ale dziewczynka, wiadomo, chce ładnie wyglądać, podobać się innym.

Byłam dobrą uczennicą, choć nieśmiałą i zamkniętą w sobie. Dużo czytałam, w bibliotekach szukałam książek medycznych, z których mogłabym czegoś dowiedzieć się o swojej chorobie. Zawsze nosiłam dłuższe włosy, rozpuszczone, tak aby choć trochę zakrywały moją twarz. Byłam blisko tylko z jedną koleżanką. Hania miała dużą wadę wzroku i nosiła okulary z grubymi szkłami. Z niej też się wyśmiewano, może to nas właśnie zbliżyło?
Po skończeniu podstawówki zaczęłam naukę w szkole zawodowej. Miałam być krawcową, choć od dzieciństwa marzyłam o tym, aby zostać handlowcem. Odkąd pamiętam, zawsze z Hanką i rodzeństwem bawiłam się w sklep. Zabrakło mi jednak pewności siebie. Wiedziałam, że w sklepie nie dam sobie rady, bo ludzie będą mi się przyglądać. Wolałam więc zamknąć się w zakładzie krawieckim, a po pracy szybciutko wrócić do domu. Poza tym w klasie krawieckiej były same dziewczyny, a w handlowej więcej chłopców, a ja bałam się ich towarzystwa i unikałam ich na każdym kroku.

Moja siostra Jola jest rok starsza ode mnie. Zawsze była ładną dziewczyną i miała duże powodzenie u chłopców w szkole. Zazdrościłam jej, zwłaszcza gdy mi się zwierzała i opowiadała o swoich licznych randkach.
– Kupiłam wreszcie nowy puder do twarzy – powiedziała mi kiedyś w tajemnicy. – Tylko nic nie mów mamie. Wiesz, co ona myśli o malowaniu.
Jola stała przed lustrem i podekscytowana szykowała się na spotkanie z Witkiem.
– Ty i tak jesteś ładna, nie musisz się malować – westchnęłam. – A gdzie kupiłaś ten puder? – spytałam. – W naszym sklepie przecież go nie ma – zdziwiłam się.
– Znalazłam go na targu w Adamowie – powiedziała Jolka.
Umalowała się, włożyła obcisłe dżinsy i bluzkę z dekoltem, i czekała na Witka. Miał przyjechać po nią motorem.
– Jolka, ty się tak przejmujesz tym spotkaniem, że zrobiłaś się czerwona na twarzy. Wyglądasz teraz prawie jak ja – roześmiałam się.
Moja siostra spojrzała w lusterko.
Boże, co się stało?! I policzki mnie strasznie pieką – krzyknęłą i wybiegła do łazienki.
Tam zaczęła szybko zmywać makijaż.

Kiedy wróciła do pokoju, twarz miała napuchniętą, jakby ją pszczoły pogryzły, a z oczu płynęły jej łzy, choć upierała się, że wcale nie płacze.
– Mamo! – zawołałam. – Chodź, zobacz, jak Jolka wygląda!
Mama weszła do naszego pokoju i obejrzała uważnie twarz siostry.
– Tyle razy wam mówiłam, żebyście nie smarowały się żadnymi świństwami – powiedziała. – Jolu, ty masz jakieś okropne uczulenie i nie ma mowy, żebyś teraz wyszła z domu.
Moja siostra była załamana.
– Jezu, co za pech, dlaczego akurat dziś, przecież nie mogę pokazać mu się na oczy w takim stanie – rozpaczała.
– Beata, proszę cię, jak Witek przyjedzie, to wytłumacz mu, że jestem chora i nie mogę się z nim dzisiaj spotkać.

Nie podobał mi się ten pomysł, bo wstydziłam się swej brzydkiej twarzy. Musiałam jednak pomóc siostrze i usprawiedliwić ją przed nowym chłopakiem.
Kiedy przyjechał wieczorem, wyszłam do niego przed dom.
– Cześć, jestem Beata, siostra Jolki – przedstawiłam się. – Jolka kazała cię przeprosić, ale nagle się rozchorowała i nie może nigdzie wybrać się z tobą.
– Czy ty mała mnie aby nie nabierasz? – spytał trochę zły. – Może któraś z was mnie oszukuje?
– Po co miałabym to robić? Jak nie chcesz wierzyć, to nie – wzruszyłam ramionami.
Witek siedział na swoim motocyklu w za dużym kasku na głowie. Nie widziałam dobrze jego twarzy ani on, na szczęście, mojej, bo był zmrok.
– Zaczekaj, nie odchodź jeszcze – powiedział do mnie, gdy odwróciłam się i chciałam wejść do domu. – Fajny mam motor, no nie? – zapytał. – A może chcesz się ze mną przejechać?
– Czemu nie – uśmiechnęłam się.

Ten jego motor warczał jak traktor i zadymił pół wioski, on jednak uważał go najwyraźniej za ósmy cud świata.
– Możemy się przejechać, ale niedaleko – zaznaczyłam.
Założyłam kask i usiadłam za Witkiem. Ta jazda to było niesamowite przeżycie. Poczułam pęd wiatru na twarzy i jego szum w uszach. Dobrze mi się z nim rozmawiało, był wesoły i ciekawy świata. Niedawno zaczął pracę w warsztacie mechanicznym. Majsterkowanie stanowiło jego pasję. Zapomniałam na chwilę o tym, jak wyglądam. Było ciemno, a mój szpetny policzek zasłaniały włosy, a poza tym Witek siedział z mojej lewej strony.
Jolka ma fajną siostrę – stwierdził na pożegnanie i sięgnął po mój kask.
Poczułam delikatne dotknięcie jego dłoni na mojej twarzy.
– Dziękuję za fajny wieczór – pomachałam mu ręką i wróciłam szczęśliwa do domu.

Za kilka dni Witek znowu do nas przyjechał. Jolka zrobiła herbatę i zaprosiła go do naszego wspólnego pokoju. Ja zostałam w kuchni, nie chciałam pokazywać mu się na oczy. Jolce przykazałam powiedzieć, że nie ma mnie w domu. Zobaczyłam go przez przypadek, gdy niosłam z szopy drewno do kuchni, a on właśnie od nas wychodził. Odebrał mi koszyk z drewnem i sam go zaniósł, a potem gadaliśmy przez godzinę na dworze. Na szczęście znowu było ciemno i mogłam ukryć swoją twarz.

Nagle uświadomiłam sobie, że Witek bardzo mi się podoba. Jak on się zachowa, gdy zobaczy, jak naprawdę wyglądam, myślałam przerażona. Bałam się, że może mnie odrzucić jak inni, więc unikałam go przez następne tygodnie, choć wiedziałam, że szukał mnie w szkole i wypytywał o mnie moje koleżanki.
Gdy któregoś zimowego dnia po zajęciach szłam na przystanek PKS, usłyszałam za sobą znajomy warkot motoru.
– Może cię podwieźć? – usłyszałam głos Witka.
– Nie rób sobie kłopotu – odparłam. – Zaraz mam autobus.
– Beata, co się dzieje? Czy ty się na mnie gniewasz?! – zapytał, a właściwie krzyknął, bo jego słowa zagłuszał ryk silnika. – Porozmawiaj ze mną!
– Dobrze – odparłam roztrzęsiona.
Zdjęłam beret i odgarnęłam włosy z twarzy, aby dobrze mnie widział.
– Popatrz sobie – powiedziałam zimno. – Jak dotąd nie było okazji, żebyś mnie dobrze widział.
Patrzył na mnie i nie przestawał się uśmiechać.
– Z czego się śmiejesz baranie?! – krzyknęłam. – Ty też się ze mnie śmiejesz, wszyscy tylko potraficie się śmiać. Nadal chcesz mnie wozić? Taką brzydulę? – zapytałam. – Teraz widzisz, że nie możemy się spotykać, może wreszcie dasz mi spokój, nie chcę twojej litości – rozpłakałam się i uciekłam.
Myślał pewnie, że jestem ładna, mam długie włosy. Teraz już wie o mnie wszystko i na pewno nie chce mnie znać – szlochałam w poduszkę przez kilka nocy. Starałam się o nim zapomnieć i miałam nadzieję, że wkrótce przejdzie mi to zauroczenie.

Pewnego wiosennego dnia wracałam ze szkoły do domu pieszo, bo nie zdążyłam na autobus. Szłam i spoglądałam od czasu do czasu na niebo. Nad lasem wisiały ciemne, burzowe chmury, co chwilę rozlegał się grzmot. Miałam jeszcze jakieś trzy kilometry drogi i czułam, że nie zdążę przed deszczem. Zawsze bałam się burzy, zwłaszcza gdy nie mogłam jej przeczekać w bezpiecznym miejscu, a tu jak na złość błyskawice były coraz bliżej i zaczęło mocno wiać. Miałam nadzieję, że zatrzymam jakiś przejeżdżający samochód i podjadę chociaż kawałek. Jednak zamiast samochodu usłyszałam za sobą motocykl, na którym jechał Witek.
– Wsiadaj, bo zaraz zmokniesz – rzucił, podając mi kask.
Zawahałam się chwilę, ale czułam na twarzy pierwsze krople deszczu, a poza tym przerażały mnie błyskawice. Szybko usadowiłam się za plecami Witka. Chwilę potem rozszalała się nawałnica, a deszcz wlewał mi się za kołnierz cienkiej kurtki. Witek zatrzymał się w sąsiedniej wsi przed zabudowaną wiatą przystanku PKS.
– Przeczekamy tutaj, bo w taką ulewę nie da się zupełnie jechać – spojrzał na mnie z troską.
Byłam zupełnie przemoczona i trzęsłam się z zimna.
– Ale zmokłaś, gdybym nadjechał pięć minut wcześniej, to byśmy zdążyli przed deszczem – złościł się.
Zdjął swoją kurtkę i wykręcił ją z wody, a potem zaczął zdejmować bluzę.
– Co ty robisz, czemu się rozbierasz? – spytałam zdziwiona.
– Załóż to na siebie pod kurtkę, będzie ci cieplej – podał mi swoją bluzę.
– No, co ty, zostałeś w samej koszuli i mokrej kurtce – drżałam przemoczona.
– Mnie nic się nie stanie, a ty możesz się przeziębić – stwierdził.
Założyłam ją posłusznie. Było mi przyjemnie, że ktoś nagle o mnie dba. Spojrzałam na niego z wdzięcznością, choć lekko speszona. Witek patrzył na mnie uśmiechnięty. Gdy nasze oczy się spotkały, spuściłam głowę. Pochylił się nade mną i odgarnął mi włosy z twarzy, a potem pocałował czule w chory policzek. Odsunęłam się od niego, zasłaniając odruchowo dłonią znamię.
– Nie broń się, już dawno to chciałem zrobić – powiedział cicho

Gdy do wiaty wszedł zarozumiały syn sołtysa z mojej wsi, nastrój prysnął. Jacek przyglądał się nam z głupawym uśmiechem.
– Widzę, że Beatka znalazła sobie kawalera, w dodatku zmotoryzowanego – szydził. – Czy kolega gustuje w szpetnych dziewczynach, czy może ładniejszej nie znalazł? – pytał złośliwie. – A przecież u nas w okolicy pięknych nie brakuje – roześmiał się. – Z taką to wstyd się gdziekolwiek pokazać.
Poczułam, że robi mi się niedobrze, chciałam się zapaść pod ziemię. Witek ze złości poczerwieniał, podszedł do Jacka i uderzył go w twarz.
– Teraz to ty będziesz szpetny i to tak, że do domu wstyd ci będzie wracać – krzyknął Witek.
Nie chciałam tego widzieć ani słyszeć. Wybiegłam na drogę. Było mi obojętne, czy zmoknę, czy nie. Do domu miałam już niedaleko.

Znów go straciłam, myślałam. Co z tego, że mu się podobam, kiedy wszyscy wokół uważają, że tylko ładne dziewczyny zasługują na uczucie i szczęście. Po chwili Witek zatrzymał się obok mnie.
Jaśnie panna znowu się obraziła – stwierdził – przecież to nie ja powiedziałem to wszystko, tylko on. Wiem, że nie jest ci łatwo, ale nie powinnaś tak się przejmować tym, co tacy ludzie o tobie mówią. Oni sami są niewiele warci – tłumaczył mi. – A poza tym, masz na sobie moje ubranie, więc mi nie uciekaj – chwycił mnie za rękę.
Pozwoliłam wtedy, aby odwiózł mnie do domu. Wypiliśmy gorącą herbatę, a Witek wysuszył mokre ciuchy.
– Przyjadę do ciebie w sobotę wieczór i zabiorę cię na dyskotekę – powiedział na pożegnanie.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł? – odparłam. – Nie chcę się z tobą umawiać, bo nie chcę, aby takie sytuacje się powtarzały.
– Ale to nie jest żaden rozsądny powód do odmowy – stwierdził Witek. – Poza tym ja się łatwo nie poddam.
– Daj spokój, przecież wszyscy koledzy będą ci dokuczali, będą się z ciebie śmiać – tłumaczyłam mu zawzięcie. – Twoja rodzina też mnie nie polubi. Będą się dziwić, dlaczego wybrałeś mnie, skoro możesz mieć każdą atrakcyjną dziewczynę.
Witek nie dał się jednak przekonać i tak jak obiecał, zjawił się w sobotę.
– Po coś ty znowu przyjechał?! – złościłam się na niego. – Mówiłam ci już, że nigdzie nie pojadę z tobą. Zostaw mnie wreszcie w spokoju! – płacząc, zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.

Za tydzień sytuacja się powtórzyła, ale Witek nie chciał wracać do siebie, tylko siedział na tym swoim motorze przed bramą. Chyba liczył, że zmienię zdanie.
W końcu do całej sprawy wmieszał się mój ojciec.
– Beata, załatw to jakoś – powiedział wyraźnie niezadowolony. – On gotów całą noc warczeć przed bramą na tym swoim motorze, a ja chcę się wyspać.
Tato, ty z nim porozmawiaj, bo mnie nie słucha – poprosiłam ojca.
Tata załatwił sprawę po męsku i Witek odjechał.

Dwa dni później dowiedziałam się w szkole, że miał wypadek na motorze. Trafił do szpitalu. Na szczęście jego stan nie był ciężki. Miał złamaną nogę, obojczyk i szwy na twarzy. Zrobiło mi się go żal. Postanowiłam go odwiedzić. Weszłam cichutko do sali, Witek leżał nieruchomo, a na twarzy miał tyle opatrunków, że widać było tylko oczy i usta.
Gdy mnie zobaczył, wyszeptał z trudem:
– Może jednak nie jestem ci zupełnie obojętny, skoro przyszłaś.
– Nie, nie jesteś – odparłam z uśmiechem i wzięłam go za rękę.
– Teraz ja również będę miał blizny na twarzy, więc nie powinnaś już myśleć, że nie pasujemy do siebie.

Od tej chwili staliśmy się nierozłączni. Witek nauczył mnie na nowo marzyć. Pomógł mi nabrać pewności siebie. Dzięki niemu pozbyłam się swoich kompleksów. Jego miłość dodała mi siły. W końcu uwierzyłam, że nawet taka brzydka dziewczyna jak ja, może być szczęśliwa.
Tego dnia, gdy mi się oświadczył, zabrał mnie na wycieczkę nad jezioro, oczywiście swoim ukochanym motorem. Tu na pomoście, w blasku zachodzącego słońca, powiedział czule:
– Beatko, chcę abyś, została moją żoną, żebyśmy byli ze sobą na dobre i na złe.

Od sześciu lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Mamy dwoje zdrowych i ładnych dzieci oraz grono sprawdzonych przyjaciół. Za namową Witka skończyłam zaoczne technikum i zdałam maturę. Pracuję w domu handlowym, gdzie jestem kierowniczką działu odzieży.
Znalazłam też dobrego dermatologa w Warszawie, który dał mi receptę na specjalny krem maskujący do twarzy. Używam go tylko przy okazji większych imprez towarzyskich, bo chociaż dobrze tuszuje moje znamię, to skóra na twarzy staje się nienaturalnie żółta. Nie zdecydowałam się na razie na usuwanie naczyniaka laserem. Leczenie jest drogie i wymaga wielu zabiegów, a efekt niepewny. Nauczyłam się żyć ze świadomością swego wyglądu. Mam takie samo prawo do radości i szczęścia jak inni.

Więcej prawdziwych historii:
„Narzeczony zostawił mnie dla prawdziwej miłości. Tak się złożyło, że jej jedyną zaletą był... bogaty tatuś”
„Mój wakacyjny romans zakończył się ciążą. Przystojny Grek chciał odebrać mi dziecko, zanim jeszcze się urodziło”
„Nigdy sobie nie wybaczę, że przeze mnie zginęła młoda dziewczyna. Nie zareagowałam, a później już nie zdążyłam...”

Redakcja poleca

REKLAMA