Kobieta, której ojciec odszedł do kochanki fot. Adobe Stock

„Ojciec zostawił mnie i mamę, bo życie z nami było monotonne. Nie miał odwagi powiedzieć, że od roku ma kochankę”

Z dzieciństwa pamiętałam ojca, który odszedł od nas bez słowa. Już zawsze miałam się bać, że ukochany człowiek ode mnie odejdzie. I wymyśliłam, że lepiej będzie, gdy to ja pierwsza uczynię ten krok
/ 16.10.2020 09:29
Kobieta, której ojciec odszedł do kochanki fot. Adobe Stock

Wobec zgodnego żądania małżonków sąd na podstawie art. 56 § 1 Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego zaniecha orzekania o winie... – dotarł do mnie suchy, monotonny głos sędziny odczytującej ostatnie zdania sentencji wyroku. No, pewnie – przemknęło mi przez myśl.
– Przecież w tym nie było niczyjej winy. Po prostu w naszym życiu przyszedł taki moment, że wspólna droga doszła do rozstajów i każde z nas poszło w inną stronę.

Wierzyłam, że tak będzie lepiej dla nas obojga. Chciałam w to wierzyć, gdy powiedziałam mu, że musimy się rozstać, że jadę na studia do Anglii, bo znalazłam tam świetny wydział grafiki, i czuję, że to miejsce jest właśnie dla mnie, że tylko tam będę mogła zrealizować swoje marzenia. Że to nasze małżeństwo mnie strasznie ogranicza i będzie lepiej, jeśli je zakończymy. Bałam się, że będzie próbował mnie zatrzymać i ja mu ulegnę, więc powiedziałam to dopiero wtedy, gdy już miałam kupiony bilet do Londynu... Czego się jeszcze bałam? Może tego, że zbytnio się zaangażuję, że się uzależnię i stanę całkowicie bezbronna.

Uciekłam od Krzysztofa, człowieka, który mnie kochał. Zdecydowałam się na rozstanie, zanim jemu nie zrobi się wszystko jedno, zanim jego miłość nie wyparuje, nie zwietrzeje i nie zniknie. Zanim nie zniszczy jej czas... Za nic w świecie nie chciałam przeżywać tego co moja mama, gdy tata odchodził... Miałam wtedy 13 lat.

Mój świat... nasz świat, zawalił się nagle z hukiem, gdy ojciec pewnego dnia spakował walizkę i wyprowadził się z domu, bo stwierdził, że jego życie z nami stało się zbyt monotonne. Że to małżeństwo to już tylko rutyna, puste rytuały, i że on nie chce tak dalej żyć. Do dziś stoi mi przed oczami ten moment, gdy zatrzaskuje drzwi samochodu i, nie oglądając się za siebie, odjeżdża. Znika powoli za zakrętem wraz z moim poczuciem bezpieczeństwa i poukładanym światem dzieciństwa. Rozpływa się w moich łzach. A ja stoję przytulona do mamy, przerażona i nieszczęśliwa jak zbity psiak. Później dowiedziałam się, że od roku miał kobietę, przyjaciółkę, kochankę. Młodą, atrakcyjną, dobrze ustawioną w życiu i przebojową.

Mama okupiła to rozstanie głęboką nerwicą, a we mnie pozostał potworny żal, poczucie krzywdy i niedająca się przezwyciężyć nieufność do mężczyzn – wszystkich bez wyjątku. Przysięgłam sobie wtedy, że nigdy, za żadną cenę, nie zaangażuję się całkowicie w związek z facetem, że się nie zakocham, że zawsze zachowam bezpieczny dystans, by nikt mnie nigdy nie zranił, tak jak ojciec mamę. Pod żadnym pozorem nie dam nikomu takiej szansy.

Nigdy też nie wybaczyłam ojcu. Nie potrafiłam. Wychodziłam, gdy przychodził, by mnie odwiedzać. Unikałam go – nienawidziłam za to, co nam zrobił.

Krzysztofa poznałam w drugiej klasie liceum. Był miły. Wracaliśmy codziennie razem autobusem ze szkoły. Pomagał mi w nauce. Zabierał na imprezy do klubu i do kina. Był blisko mnie zawsze, gdy tylko potrzebowałam jego towarzystwa. Opiekował się mną. Mówił, że mnie kocha, że chce być tylko ze mną. Snuł piękne plany na przyszłość.
– Lubię cię Krzysiu – odpowiadałam, ale spotykałam się też z innymi, bo zawsze, w każdej chwili, chciałam mieć jakąś furtkę bezpieczeństwa. On był jednak uparty i konsekwentny. Powoli, krok po kroku, rozmiękczył mnie tą swoją miłością. Gdy się oświadczył, pomyślałam „Co mi tam, przecież to i tak nic nie zmieni. Będzie jak było, a w razie czego zawsze mogę odejść bez żadnych konsekwencji. Rozwody przecież istnieją”. Zaznaczyłam tylko, że nie chcę mieć ani dzieci, ani żadnego wspólnego majątku – niczego, co wiązałoby nas do siebie trwale. Nie chciałam dopuścić, żeby na wypadek rozstania były jakieś problemy nie do rozwiązania. Żebym nie mogła odejść bez problemu, kiedy tylko zechcę.

Zgodził się. Czuł i widział ten mój dystans, ale akceptował go. Śmiał się, że jestem dzikusem i wymagam oswojenia. I on mnie oswoi, bo nawet tygrysy ponoć można... A potem była uroczystość w urzędzie, wesele i dwa lata przeżyte wspólnie w mieszkaniu na Nowogrodzkiej, podarowanym przez jego rodziców. Oboje wtedy studiowaliśmy. Mieliśmy mnóstwo przyjaciół, znajomych. Żyliśmy intensywnie, jak nigdy przedtem. Czas płynął błyskawicznie. Wszyscy uważali, że jesteśmy idealną parą, bo tak to wyglądało na zewnątrz.

Krzyś był zakochany jak nastolatek. Ciągle mnie czymś zaskakiwał, chciał ze mną spędzać każdą wolną chwilę. Starał się zapełnić cały mój wolny czas. Wciąż miał nowe pomysły. Wprost osaczał mnie tą swoją miłością. A ja się na to godziłam, choć czasem potrzebowałam też pobyć sama – zamknąć się w pokoju, porysować, posłuchać muzyki, albo po prostu się wyciszyć. Wydawało mi się, że on tego nie rozumie, bo jest strasznie zaborczy w tej swojej miłości, że nie daje mi oddechu. To był ciągły powód naszych nieporozumień.

Może dobrze by nam zrobiła rozłąka – przyszło mi kiedyś na myśl, gdy wyjątkowo natarczywie nalegał, żebyśmy poszli na jakiś kretyński koncert...

Ta myśl nie była przypadkowa. Tkwiła gdzieś w tyle mojej głowy właściwie już od chwili ślubu...
Tak, to ja zerwałam ten związek. Wniosłam pozew o rozwód. Zrobiłam to jednak, nie ze względu na wady Krzysztofa (każdy ma przecież jakieś), ale dlatego, że w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że mimo głębokiego postanowienia zaczynam się angażować, że moje serce nie słucha już rozumu i... przeraziłam się. Pomyślałam, co będzie, gdy on ode mnie, takiej kochającej odejdzie? Przypomniałam sobie mamę z okresu, gdy została sama – zupełnie bezradną, cierpiącą, załamaną, zagubioną jak dziecko, łykającą wieczorami środki psychotropowe i tabletki na sen. A wszystko to tylko dlatego, że miłość ojca, podobna jak dwie krople wody do tej, którą darzył mnie Krzysztof, niespodziewanie wygasła.

Nie, stanowczo nie mogłam czekać, aż mój związek dojdzie do tego punktu. Musiałam coś zrobić. Postanowiłam uciec, zanim będzie za późno – zanim nie będę już w stanie. Muszę wyjechać daleko – czułam podświadomie – a czas i odległość ostudzą mnie, zdmuchną to uczucie jak wiatr świeczkę.
A Krzyś nie protestował. Zaskoczył mnie. Zgodził się na mój wyjazd. Nie czynił trudności przy rozwodzie. Nie walczył. Spytał tylko: Czy dobrze to wszystko przemyślałam i czy jestem pewna, że tego chcę? Nie było agresji, scen, krzyków. Tak zwane klasyczne „kulturalne rozstanie”.
– Będę czekał – powiedział tylko, gdy z torbą pełną rozmaitych rupieci wychodziłam z domu, by zdążyć na samolot.

W Londynie moje życie zmieniło się zupełnie, wywróciło do góry nogami. Uniwersytecki campus, nowi znajomi, wykłady po angielsku, wieczorna praca w barze, żeby się utrzymać. To wszystko spowodowało, że wcześniejsze dylematy zbladły, oddaliły się. Żyłam z dnia na dzień, w biegu, nie miałam czasu, by zbyt często myśleć o przeszłości. Ale później samotność, brak bliskich, obcość otoczenia i ciągłe kłopoty materialne, z którymi się borykałam, zrobiły swoje. Zaczęłam odczuwać brak wsparcia, które wcześniej miałam od Krzysztofa, również jego nieobecność.

Łapałam się na tym, że myślę o nim mimowolnie, a nawet wbrew woli. Walczyłam z tym z całych sił, ale jednocześnie nie mogłam się powstrzymać, by nie sprawdzać sms–ów w komórce, by nie zajrzeć do skrzynki mailowej.

A przecież to nie tak miało być. Nie po to jechałam prawie 2 tysiące km, żeby tęsknić za czymś, co chciałam zamknąć i zostawić za sobą, marzyć o kimś, o kim miałam zapomnieć. A on, jakby nigdy nic, pisał regularnie, choć już bez zwykłej u niego natarczywości – dwa, czasem trzy razy w miesiącu. Były to banalne informacje o tym, co się wydarzyło, jakie ma plany, a czasem po prostu jakieś kurtuazyjne: co słychać? Albo życzenia z okazji czegoś tam. Początkowo nie odpowiadałam, bo naprawdę chciałam to przerwać, ale nie byłam w stanie zupełnie się odciąć.

Te maile i sms-y, a czasem też telefony, tam w Anglii, były dla mnie ważne. Pomagały mi przetrwać w obcym zimnym kraju, podtrzymywały na duchu, dawały poczucie ciągłości. Zwyczajnie wzmacniały. A później, po dwóch latach, przyszły pierwsze wakacje spędzone w kraju. Spotkaliśmy się i ze zdziwieniem spostrzegłam, że w naszych relacjach nic się nie zmieniło. Przyrzekliśmy sobie przecież przed rozwodem, że pozostaniemy przyjaciółmi. Więc już jako dwójka przyjaciół przesiadywaliśmy razem w knajpkach, odwiedzaliśmy wspólnych znajomych.

A później on zaproponował żebyśmy na kilka dni wyskoczyli razem nad Zalew Zegrzyński, popływać łódką. Wiedziałam, że to brak konsekwencji, że nie powinnam, ale pomyślałam sobie – To są przecież moje wakacje. Zasłużyłam na nie. To tylko dwa tygodnie. Zresztą cóż złego może być w spędzeniu kilku dni z przyjacielem, nawet jeśli to eksmąż? Przecież to retoryczne pytanie, a ja potrzebowałam wakacji. Tempo pracy, które sobie narzuciłam w Anglii, było szaleńcze i moje akumulatory były na wyczerpaniu. Byłam zmęczona. A poza tym przez dwa lata byłam sama. Potrzebowałam kogoś, kto by mnie wysłuchał, przed kim mogłabym się wygadać. A Krzyś zawsze potrafił mnie słuchać i rozumiał bardziej niż ktokolwiek inny. Więc pomyślałam: czemu nie?

– Dlaczego wciąż jesteś sam? – spytałam, kiedy siedzieliśmy przy wieczornym ognisku na jakiejś plaży koło Pułtuska. – Przecież jest tyle ładnych dziewczyn wokoło.
– Gdzie? – zaśmiał się w odpowiedzi.
– Nie wygłupiaj się, pytam naprawdę poważnie.
– Przecież ci powiedziałem, że zaczekam na ciebie.
– Nie rozumiem cię. Dlaczego chcesz na mnie czekać? Przecież cię zostawiłam, zerwałam nasz związek, odeszłam...
– Nie, Kama. Nic nie zerwałaś – odparł. – Rozwiązałaś tylko nasz urzędowy kontrakt i zmieniłaś miejsce zamieszkania. A związek to nie jest ani papier z pieczątką, ani nawet wspólne przebywanie razem – odpowiedział.
– Więc co?
– To twoje sms-y, które mam w komórce, to fakt, że przez te dwa lata z nikim się nie związałaś mimo, że byłaś sama w obcym kraju i to, że po tym wszystkim wróciłaś i teraz jesteś tu ze mną i rozmawiamy, choć mogła byś być gdzie indziej i z kimś innym. I... zawahał się przez chwilę... Chyba ci się jednak nie udało...
– Co takiego?
– Uciec od naszej miłości. Przecież po to wyjechałaś. Nieprawda? – uśmiechnął się.
– Chciałam uciec, bo bałam się, że...
– Wiem – przerwał mi, ale od tego nie da się uciec, bo idzie za tobą aż na koniec świata. To jest jak ze świecą – kiedy próbujesz zdmuchnąć to czasem tylko rozpalisz ją jeszcze bardziej.
– Skąd ty to wiesz?
– Bo próbowałem zdmuchnąć, gdy wyjechałaś...
– Masz rację, mnie też się chyba nie udało – szepnęłam. – Przepraszam.
– Nie masz za co przepraszać. Pamiętasz sentencję wyroku? To miało być bez orzekania o winie. Czasem żeby coś zobaczyć, trzeba od tego odejść, bo dopiero z oddali dobrze widać, co zostawiasz...
– To prawda. Dopiero jak byłeś daleko, zobaczyłam, jak jesteś blisko.
– Więc jeszcze trochę na ciebie poczekam. A jak wrócisz już na dobre, to może damy sobie drugą szansę.
– Tak, damy sobie drugą szansę – szepnęłam. – To będzie nasza sesja poprawkowa. Ale tym razem będziemy lepiej przygotowani. Uczyliśmy się przecież całe dwa lata. Przytuliłam się do mego mężczyzny z ufnością, jak oswojony kotek.

Chcesz podzielić się z innymi swoją historią? Napisz na redakcja@polki.pl.

Więcej listów do redakcji: „Teściowa to hetera, która ciągle mnie krytykuje i poucza. W uszach mam tylko jej ciągły jazgot”„Nasza miłość przetrwała życiowe burze, a pokonały ją drobne nieporozumienia. Mąż odszedł bez wyjaśnienia”„Mąż zdradził mnie z moją przyjaciółką, a ja postanowiłam, że już zawsze będę sama. Życie zdecydowało inaczej...”