Szczęśliwy wypadek fot. Panthermedia

Szczęśliwy wypadek

Byłam pewna, że to mój koniec. Płacząc z bólu, błagałam nieznajomego, żeby mnie jak najszybciej wyciągnął z mojego auta.
/ 07.11.2011 16:03
Szczęśliwy wypadek fot. Panthermedia

Jasna cholera – powiedziałam do siebie na głos, gdy tylko rzuciłam okiem na wyświetlacz komórki. – Jak zwykle rozładowana!
Wychodziłam właśnie z urzędu i spieszyłam się na spotkanie służbowe. Miałam zaledwie kilkanaście minut, żeby przebić się przez miasto, a wiadomo, że w godzinach szczytu jest to mało realne. Wsiadłam do samochodu i z impetem ruszyłam w stronę centrum.

Szef chciał, bym pojechała na to ważne spotkanie
Już od rana chodziłam wściekła jak osa. Najpierw zaspałam do pracy. Później musiałam użerać się z klientem, który starał się mnie przekonać, że lepiej ode mnie zna tajniki mojej pracy. Czekała mnie też walka z pracownikami urzędu skarbowego. Na koniec na moje biurko zadzwonił szef z komunikatem, że powinnam jak najszybciej stawić się na spotkanie z zarządem. Słowem – sajgon.
Jechałam przez miasto, starając się ułożyć sobie w głowie, co przekażę zarządowi firmy. W pewnym momencie oślepił mnie blask światła. Straciłam panowanie nad kierownicą. Usłyszałam pisk opon, a zaraz potem potężny huk, raz i dugi: ktoś na mnie wpadł! Moje auto odbiło się, uderzyło w drugie, przekoziołkowało i opadło na dach. Świat zawirował mi przed oczami, na twarz posypały mi się drobinki szkła z przedniej szyby auta. Poczułam przeraźliwy ból nóg i karku.
Słyszałam klaksony samochodów, jakieś krzyki, bieganinę. Po chwili, która wydała mi się wiecznością, usłyszałam sygnał karetki pogotowia. Leżałam w jakiejś przedziwnej pozycji, płakałam z bólu i modliłam się, żeby przyjechali jak najszybciej. Nagle ogarnęła mnie ciemność i straciłam przytomność. Otworzyłam oczy dopiero, gdy poczułam czyjąś rękę na mojej twarzy.
– Widzi mnie pani? To dobrze, znaczy, że pani żyje – usłyszałam czyjś głos.
Poraziło mnie światło latarki.
– Proszę pani… – teraz byłam już pewna, że mówi do mnie mężczyzna. – Proszę pani, proszę nie zamykać oczu. Czy mnie pani dobrze słyszy?
– Tak… – wychrypiałam
– Proszę posłuchać. Nie damy rady pani wyciągnąć z samochodu. Musimy poczekać na strażaków, oni go rozetną, wtedy panią stąd wyciągniemy.
– Nie, nie chcę – mówiłam przez łzy. – Boli, proszę mnie stąd zabrać.
– Niech pani będzie dzielna. Jak pani ma na imię? Ja jestem Marek.
– Agnieszka – powiedziałam, płacząc.
– Agnieszko, musisz się trzymać. Robimy wszystko, żeby ci pomóc – i z tymi słowami lekarz ratownik się odsunął.
Usłyszałam przeraźliwy pisk piły, tnącej mój samochód, i znów zemdlałam.

Gdzie jest mężczyzna, który wtedy dodawał mi otuchy?
Kiedy się ocknęłam, nie wisiałam już w zgniecionym samochodzie w centrum miasta, tylko w szpitalnej sali.
– Żyję! – przemknęło mi przez głowę nim poczułam, że nie mogę się ruszyć.
Szyja, nogi, plecy, brzuch – wszystko mnie bolało. Jednak w przeciwieństwie do tego, co czułam w aucie, ten ból był możliwy do zniesienia. Pomyślałam, że spróbuję się podnieść, ale ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Miałam usztywnioną szyję, bark i chyba prawą nogę.
W pewnym momencie usłyszałam, że ktoś wchodzi do mojej sali.
– Dzień dobry – rozległ się głos młodej kobiety, która po chwili podeszła do mojego łóżka: była niewiele starsza ode mnie, wyglądała na lekarkę. – Nareszcie się pani obudziła. Jak się pani czuje?
– Do… dobrze – wychrypiałam zaskoczona dziwnym brzmieniem własnego głosu. – Co się stało? – zapytałam.
– Miała pani wypadek. Jakiś kierowca przy zmianie pasów zajechał pani drogę. Podobno uderzyła pani w niego, a potem zderzyła się z jeszcze jednym. Powstał niezły korek – lekarka uśmiechnęła się kącikami ust. – Gdy przyjechało pogotowie, była pani nieprzytomna, na chwilkę odzyskała pani świadomość, ale kiedy strażacy zaczęli rozcinać samochód, ponownie straciliśmy z panią kontakt. Teraz jest pani w szpitalu. Doznała pani urazu karku, ma pani złamany bark i nogę, mnóstwo siniaków i rozciętą głowę, ale nic nie zagraża pani życiu.
– Dziękuję – ten grymas na mojej twarzy miał oznaczać uśmiech.
– Nie ma za co – odparła i skierowała się w stronę drzwi.
Nagle coś mi się przypomniało. Przecież tam, na skrzyżowaniu, ktoś przy mnie był! Ktoś dodawał mi otuchy!
– Przepraszam – powiedziałam cicho.
Kobieta odwróciła się ku mnie.
– W karetce był taki ratownik. Nazywał się… Marek. Mówił do mnie – zaczęłam przypominać sobie całe zdarzenie.
– Aaa – zaśmiała się kobieta. – Nasz Marek! Rzeczywiście, był u pani kilka razy. Na pewno jeszcze przyjdzie – puściła do mnie oko i zostawiła mnie samą.
Faktycznie, kilka godzin później usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
– Mogę? – zapytał znajomy mi głos.
– Oczywiście! – spróbowałam uśmiechnąć się do Marka. – Proszę, wejdź.
– Jak się czujesz? – zapytał troskliwie. – Bo twoje auto nie wyglądało najlepiej.
– Chyba w porządku – odparłam.
Przyjrzał mi się badawczo.
– Dziękuję – dodałam po chwili.
– Za co?
Marek wyglądał na zaskoczonego.
– Za pomoc – powiedziałam.
– Przestań, to moja praca. Ratuję ludzi i to dla mnie normalne.
– I tak dziękuję – skrzywiłam się znów w niezdarnym uśmiechu.
Wreszcie mogłam mu się przyjrzeć!
Miał piękne niebieskie oczy otoczone firankami długich rzęs. Na pewno nie byłam jedyną, na której zrobiły wrażenie…


Szczęśliwie i ja chyba wpadłam mu w oko, bo od tego dnia często mnie odwiedzał. W szpitalu spędziłam kilka tygodni. Wspominam je całkiem nieźle, głównie z powodu mojego wybawcy i czułego opiekuna, jakim okazał się Marek.
Przez ten czas zdążyliśmy się naprawdę dobrze poznać. Marek był ratownikiem medycznym. Podobnie jak ja lubił bawić się przy przebojach ABBY, lub spędzać wieczory w domowym zaciszu.
Później, kiedy mogłam poruszać się o kulach, chodziliśmy na spacery po szpitalnym parku. Marek zbierał kolorowe liście i kasztany, z których robiliśmy różne zwierzątka. Bawiliśmy się jak dziecii stopniowo zakochiwaliśmy się w sobie.
Nie broniłam się, kiedy po raz pierwszy mnie pocałował. Pragnęłam jego czułości i oddawałam mu tę pieszczotę, marząc, by trwała wiecznie. Tamtego dnia zrozumiałam, jak bardzo jest mi bliski. Gdy po kilku tygodniach wyszłam ze szpitala, byliśmy już parą.
Kochaliśmy się i oboje byliśmy przekonani, że nasze uczucie będzie trwać wiecznie. Co do mnie, wiedziałam, że Marek jest tym jedynym, że to na niego czekałam całe życie. Rozumieliśmy się w pół słowa. Nawet sprzeczaliśmy się w ten sam sposób, impulsywnie  wyrzucając z siebie wszystkie żale i godząc się namiętnie!

Dał mi pierścionek w osobliwym opakowaniu
Kilka miesięcy po moim wypadku Marek zaprosił mnie na kolację do eleganckiej restauracji. Na naszym stoliku stał bukiet pąsowych róż. Mój chłopak tylko tajemniczo się uśmiechnął i odsunął krzesło, bym usiadła.
Zanim podano kartę dań, ujął mnie za rękę, ucałował i włożył w nią pudełko.
– To dla ciebie – powiedział.
Podziękowałam, rozwiązałam kokardkę, uniosłam wieczko i zobaczyłam… miniaturową karetkę pogotowia. Roześmiałam się rozbawiona.
– A teraz otwórz drzwiczki – powiedział Marek z błyskiem w oku.
Posłusznie wykonałam jego polecenie i… oniemiałam z wrażenia. W minikaretce znajdował się pierścionek zaręczynowy. Istne cudo!
– Ta karetka to na pamiątkę – powiedział. – Taką wtedy przyjechałem. Zobaczyłem cię tam zapłakaną, wystraszoną. Już wtedy postanowiłem, że zrobię wszystko, żebyś mnie chciała. Mam nadzieję, że chcesz…
– Pewnie, że chcę! – krzyknęłam, a potem wstałam, by rzucić mu się na szyję.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)