kobieta, która ma problem z sąsiadem fot. Adobe Stock, missty

„Sąsiad truje nas dymem z papierosów, a w spółdzielni rozkładają ręce. Cóż, będzie trzeba, to pogonię śmierdziela miotłą”

„Guzik mnie obchodzą cudze nałogi. Są ostatecznie jakieś normy życia sąsiedzkiego i należy ich przestrzegać. Jak się komuś nie podoba, to proszę sobie willę wybudować na pustyni i tam zasmradzać powietrze! Ja we własnym domu, nie będę tolerować chamstwa”.
/ 10.05.2022 05:37
kobieta, która ma problem z sąsiadem fot. Adobe Stock, missty

Naprawdę się ucieszyłam, gdy się okazało, że córka na stałe zabiera do siebie panią Reginę – ostatnio sąsiedzkie stosunki były dalekie od idealnych! Kobiecinie trzy razy trzeba było „dzień dobry” mówić na klatce, żeby zareagowała, a ledwo Sarunia zaczynała grać na skrzypcach, już waliła w ścianę. Chodziłam i prosiłam o zrozumienie – córka ma talent, musi ćwiczyć, żeby do czegoś dojść, lecz sąsiadka swoje: przeszkadza jej, i już. Ona ma wysokie ciśnienie, nie wolno jej się denerwować, a to rzępolenie umarłego by podniosło z grobu. Niech dziecko gra w innym pokoju, czemu akurat musi w tym, który graniczy z jej mieszkaniem?

– Ale u męża w gabinecie nie da rady, on pracuje – wyjaśniałam. W sypialni ja odsypiam zmiany.

– Niech gra w kuchni!

– Przecież tam jest wilgoć od gotowania – tłumaczyłam. – To szkodliwe dla instrumentu!

– A co to stradivarius jest? – prychała staruszka. – Byle klamot jest ważniejszy niż schorowany człowiek?!

No ale teraz już koniec męki. Pani Regina zniknęła, lokal poszedł na sprzedaż, i miało tu zamieszkać jakieś młode małżeństwo. No. Z ludźmi bliższymi wiekowo zawsze się człowiek jakoś dogada.

No, tego się nie spodziewałam!

Wróciłam w poniedziałek od mamy, bo znów coś kwękała, a mąż mówi, że nowi wprowadzili się. Już nawet zdążył tego faceta poznać, bo mu pomagał antenę mocować na balkonie. To jakiś młody chemik, ale równy chłop, pogadali trochę, piwo wypili…

Mój Jacek nawet zapytał, czy gra na skrzypcach nie będzie im przeszkadzać, ale gość powiedział, że spoko. Kiedy pracuje w domu, zawsze słucha muzyki na słuchawkach, a salon planują od zachodniej strony – tam już nic nie będzie słychać, chyba że córka przerzuci się na puzon. I to jest dobre podejście do sprawy!

W następnym tygodniu miałam okazję poznać jego żonę, też bardzo miła osoba. I pielęgniarka – będzie jak znalazł, gdyby ktoś w domu zachorował i potrzebne byłyby zastrzyki. Naprawdę nie mogliśmy trafić lepiej.

W międzyczasie, ścichapęk nadeszła wiosna… Nie, żeby zaraz upały, ale dni coraz cieplejsze, wiatr już jakiś inny i przestało popadywać. Kilka dni temu po raz pierwszy, wyciągnąwszy pranie z pralki, pomyślałam, że może warto zaryzykować i powiesić je na balkonie, zamiast dręczyć starą suszarkę, przy okazji nabijając rachunek za prąd. Poszłam zrobić porządki, przetarłam sznurki, przy okazji zniosłam do domu zeszłoroczne doniczki.

Jaki piękny dzień! Szkoda wielka, że musimy mieć rozpiętą siatkę przeciwko gołębiom, bo widok z okna na tym wiele traci, ale co robić… Potem załadowałam wyprane rzeczy do miedniczki, złapałam za uchwyty, wychodzę na balkon, a tu smród nie z tej ziemi! Aż mnie cofnęło. Zamknęłam szybko drzwi, spojrzałam przez szybę, i co? Nowy sąsiad stoi oparty o naszą barierkę i kopci papierocha (jego balkon przylega do naszego). Chemik, wydawałoby się, wykształcony chłop, a zachowania jak u menela spod budki z piwem!

Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do męża: czy on wiedział, że mamy za ścianą śmierdziela?! Jacek coś tam pomruczał, że tak, chyba sąsiad palił, gdy to piwo pili, ale czemu mi to przeszkadza? Przecież to dorosły chłop, chce, niech się truje.

– A proszę bardzo, może sobie nawet ognisko z tytoniu zrobić, byle nie na balkonie! Ma trzy pokoje i kuchnię, musi innym smrodzić?

– Pewnie mu o dzieci chodzi, Magda – mąż nie był specjalnie zainteresowany. – Daj sobie spokój, kobieto, przecież na razie i tak na balkonie nie przesiadujemy. Nic nie czuć.

Też mi argument! A jak córka będzie chciała się przewietrzyć? A jak powieszę pranie i ono mi zaśmierdnie? Nie, guzik mnie obchodzą cudze nałogi! Są ostatecznie jakieś normy życia sąsiedzkiego i należy ich przestrzegać. Jak się komuś nie podoba, to proszę sobie willę wybudować na pustyni i tam zasmradzać powietrze! 

Zrobiłam, jak obiecałam

I następnym razem, gdy tylko przyuważyłam, że sąsiad znów ćmi, wyszłam na balkon. Przywitałam się grzecznie, gadu, gadu i wreszcie zapytałam:

– Zdaje pan sobie sprawę, sąsiedzie, że na balkonie nie wolno palić?

– Pierwszy raz słyszę, sąsiadko – zdziwił się. – Przecież to taka sama część mieszkania jak kuchnia czy przedpokój. Wlicza się w metraż i płacę od tego czynsz.

– To może niech pan pali w tamtych pomieszczeniach – odparłam jakby nigdy nic. – Przynajmniej nie będzie mi pan zakłócał miru domowego.

– Nie mam pojęcia, o co pani chodzi! Jakiego znów miru? Przecież nie zaciągam się głośno.

– A moje śmierdzące pranie? Smród, który wleci, gdy uchylę okno? Chyba mi zmniejsza komfort życia, nie? Uprzedzam, że następnym razem pogonię miotłą – niby dla żartu pogroziłam mu palcem.

– Nie przesadzajmy, dobrze? I do widzenia pani – chyba jednak nie miał poczucia humoru, bo spojrzał na mnie spod oka, a potem zgasił niedopałek w słoiku i poszedł do siebie.

Co za impertynent! Żeby chociaż te pety ze sobą zabrał, ale nie, zostawił, żeby mi śmierdziało non stop. O nie, ja się nie poddam!

Akurat w czwartek przechodziłam blisko naszej spółdzielni, więc wstąpiłam zapytać, jak palenie na balkonie wygląda w świetle przepisów… A tam mi mówią, że oni w statucie nic na temat balkonu nie mają: trzeba się dogadać we własnym zakresie albo wystąpić na drogę sądową. Aż mną zatrzęsło – jeszcze powinnam ponosić koszty, żeby udowodnić swoje prawo do zdrowego życia!

W sobotę sąsiedzi urządzali parapetówkę. Okej, on przyszedł, uprzedził – nie było problemu. Tylko że jakoś zapomniał wspomnieć, że większość gości będzie paliła na balkonie – dym walił zza szyby, jakby pożar wybuchł.

– Zobacz tylko – zawołałam Jacka. – I jak Sara sobie ma wietrzyć przed snem? Może byś coś zrobił?

– Niby co? – zdziwił się głupkowato.

– Pstro! – wrzasnęłam i wpadłam na balkon jak bomba.

Nie patyczkowałam się, po prostu rozgoniłam towarzystwo. Machnęłam miotłą raz czy dwa i się rozpierzchli jak stado kur. Potem naskarżyli sąsiadowi, że jakaś wariatka na nich napadła. A przecież grzecznie uprzedzałam, że nie będę tolerować chamstwa.

Teraz mój mąż jest na mnie obrażony, sąsiedzi przestali się kłaniać… Ale co mi tam, to normalny, porządny dom, nie żadna speluna!

Czytaj także:
„Maż nie kiwnął palcem przy remoncie, a teraz wybrzydza. Nie chce się ze mną kochać w nowej sypialni, bo jest >>babska<<”
„Przed laty uknułam intrygę i ukradłam siostrze chłopaka. Chciałam, żeby ona i matka zapłaciły mi za wszystkie krzywdy”
„Brat pouczał mnie w kwestii wychowania dzieci, choć swoich nie miał. Gdy dorobił się potomstwa, całkiem zmienił śpiewkę”