sprzątaczka, która zdradziła sekret klientki fot. Adobe Stock, Nadia L/peopleimages.com

„Przyłapałam męża klientki z kochanką, a potem biłam się z myślami: powiedzieć jej czy nie? W końcu podjęłam decyzję...”

„Nie zasługiwała na takie traktowanie. Absolutnie. Ale co mogłam zrobić? Powiedzieć jej, co widziałam? Wykluczone! Ani się waż, karciłam się w myślach. Dyskrecja to podstawa. To, co widziałaś, słyszałaś, wyczułaś, zachowujesz dla siebie. Taka zasada. Nie wolno ci nadużyć zaufania ludzi, dla których pracujesz. Są swobodni właśnie dlatego, że ci ufają”.
/ 24.01.2023 14:30
sprzątaczka, która zdradziła sekret klientki fot. Adobe Stock, Nadia L/peopleimages.com

Mogę mieć to w głowie, ale najlepiej zapomnieć, bo co z głowy, to i z serca. I nie kusi, by się wygadać. Nie jestem urzędnikiem ani tajniakiem. Sprzątam. Po prostu sprzątam w prywatnych domach. Tego nauczyłam się na samym początku: dyskrecji. Nie roznoszę po mieście, kto jest brudasem, kto jaką nosi bieliznę, jakie meble stoją w salonie albo z kim i jak rozmawiał „pan” przez telefon, gdy myłam toaletę, a on myślał, że nic nie słyszę. Nikt się ode mnie nie dowie, jak dziecko „pani” się do niej odnosi, albo że „państwo” się kłócą. To, co się dzieje w pracy, zostaje w pracy.

Udaję ślepą, głuchą i niemą, jeśli chodzi o cudze sekrety, i dzięki temu odniosłam sukces w tej branży, o ile sprzątanie czyichś brudów można nazwać robieniem kariery. Ale taka była sytuacja, tak się potoczyło moje życie i praca, która miała być na chwilę, ale została ze mną na dłużej.

Zawsze lubiłam sprzątać, lubiłam, jak z chaosu wyłaniał się ład, dawało mi to satysfakcję, a skoro mogło też przynieść konkretne pieniądze, to czemu nie? Nigdy się tego nie wstydziłam, bo niby czego? Uczciwie zarabiałam na chleb i byłam doceniana. W takiej pracy nie liczy się świetna strona internetowa, kolacje biznesowe i dobry garnitur. Liczy się marketing szeptany, że pani A poleci mnie pani B, a ta kolejnej koleżance. Kiedy tych koleżanek w łańcuszku robi się sporo, dzień staje się za krótki, a panie zaczynają płacić więcej, by nie wypaść z grafika.

Zaproponował pieniądze, ale odmówiłam

Sprzątanie to dochodowe zajęcie. Nie zarobiłabym tyle jako ekspedientka czy nauczycielka. Miałam porównanie, bo moje przyjaciółki wykonywały takie zawody i narzekały na swoje pensje. Jedna musiała dźwigać ciężkie towary i użerać się z klientami, którym wiecznie coś nie pasowało; druga z kolei męczyła się z uczniami i ich rodzicami, i jak nie poprawiała sprawdzianów czy kartkówek, to pisała konspekty i biegała na zebrania – a w nagrodę ledwie wiązały koniec z końcem. 

Tyle, ile zarabiały w tydzień, ja potrafiłam zarobić w jeden dzień, jeśli dobrze ustawiłam grafik i się nie leniłam. Ale pieniądze to nie wszystko. Moja praca – choć nie hańbiła – nie zapewniała mi szacunku u ludzi i gdy nie byłam potrzebna, stawałam się niewidzialna. Kiedy szło o zapisy na mycie okien przed świętami, byłam „niezastąpioną panią Jagódką”, kochaną, cudowną i jedyną. Komplementy się kończyły, gdy spotkałyśmy się gdzieś na mieście. Panie mijały mnie bez słowa, najwyżej z cichym „dzień dobry”. Trudno. Robiłam swoje i nie narzekałam na coś, na co nie miałam wpływu.

Żałuję, że wtedy podkusiło mnie, żeby interweniować, wtrącić się w cudze sprawy. Ale chodziło o kobietę, która zatrudniła mnie jako pierwsza. Dała mi szansę na zarobek i poleciła innym. Przyszłam nieco wcześniej i niechcący stałam się świadkiem czułego pożegnania męża pani Marioli z tamtą kobietą. Wysoką, wysportowaną, w szpilkach, które sprawiały, że jej nogi były jeszcze dłuższe i szczuplejsze, i która całowała go tak, że szyby parowały.

paraliżowało mnie. Stałam i patrzyłam, choć powinnam odejść albo chociaż się odwrócić. Oni w ogóle się mną nie przejęli. Kiedy blondynka odjechała swoim niewielkim, czerwonym samochodem, pan Marek skinął na mnie, wyciągnął z portfela dwieście złotych i podał mi z uśmiechem oraz słowami:

– Nic nie widziałaś.

– Nigdy niczego nie widzę – odparłam.

Wyminęłam go i weszłam do domu. Banknotu nie wzięłam, choć kusił. Dwie setki to była dla mnie wtedy spora kwota. Mogłabym zorganizować wycieczkę dla dzieci w wolny dzień albo kupić im lepsze buty bądź dołożyć po stówce do skarbonek, w których zbierali na własne, większe wydatki. Ale nie, nie mogłam wziąć tej kasy. Dyskrecja to coś, co się ma albo nie, nie jest ani na sprzedaż, ani do kupienia.

Zajęłam się sprzątaniem i udawałam, że nie widzę szminki na kieliszku, który wstawiałam do zmywarki, że nie wiem, co działo się w łóżku, które ścieliłam. Sprzątałam i nie komentowałam. Taką miałam nienaruszalną zasadę.

W końcu zdecydowałam, że jej powiem

Ale tym razem wiedza, jaką zyskałam, męczyła mnie. Nie potrafiłam zignorować zdrady, i to jeszcze takiej perfidnej. W ich wspólnym domu, ich małżeńskim łóżku! Pani Mariola nie była wystrzałową laską jak tamta, ale to dobra, miła i porządna kobieta. Zawsze częstowała mnie kawą i mówiła, żebym robiła sobie przerwy na odpoczynek. Zostawiała mi ciastka do tej kawy i dawała premie przed świętami. To dzięki niej i jej poleceniom mogłam zarabiać na chleb. Nie zasługiwała na takie traktowanie. Absolutnie. 

Ale co mogłam zrobić? Powiedzieć jej, co widziałam? Wykluczone! Ani się waż, karciłam się w myślach. Dyskrecja to podstawa. To, co widziałaś, słyszałaś, wyczułaś, zachowujesz dla siebie. Taka zasada. Nie wolno ci nadużyć zaufania ludzi, dla których pracujesz. Są swobodni właśnie dlatego, że ci ufają. 

Z drugiej strony, czy to nie przesada? Sprowadza kochankę do domu, zdradza żonę tuż pod jej nosem, w jej własnym łóżku, a mnie pozwala się przyłapać? Nie dość, że musiałam sprzątać po jego amorach, to jeszcze chciał mi zapłacić za milczenie, zrobić ze mnie wspólnika „zbrodni”! Co za… No i co z tego? Nie płacą ci za moralizowanie, tylko za sprzątnie. Siedź cicho i nie wtrącaj się w cudze sprawy. Pamiętaj, ty tu tylko sprzątasz.

A jednak miałam wątpliwości. Zapytałam przyjaciółkę, która pracowała w sklepie, co by zrobiła na moim miejscu, nie wdając się w szczegóły. Stwierdziła, że powiedziałaby żonie bez wahania. Przyjaciółka nauczycielka poradziła to samo. Bo ona na miejscu zdradzanej żony chciałaby wiedzieć. Jak chyba też, dlatego…

– Pani Mariolu, muszę pani coś powiedzieć… – zaczęłam, gdy zostałyśmy same.

Cały tydzień nosiłam w sobie tę tajemnicę, rozważałam za i przeciw, i wychodziło mi, że powinnam wyznać, co widziałam. Mimo wszystko. Nie chodziło o jakiś detal, o to, że ktoś obsikuje deskę albo nie umie trafić skarpetką do kosza na pranie. To było ważne. Fundamentalne dla jej rodziny.

Poczta pantoflowa zrobiła mi czarny PR

Wychodziłam już bez pracy. Wysłuchała mnie, uśmiechnęła się smutno i powiedziała, że wie o sprawie. A trzymanie języka za zębami popłaca nie tylko w małżeństwie. Bo teraz już nie może mi zaufać, mieć pewności, czy inne sekrety nie pójdą w świat jako plotka, bo nikt mnie nie pytał, ja sama wyrwałam się przed szereg…

Nawet się nie broniłam, bo co by dało zarzekanie się, że tylko ten jeden raz, że naruszyłam swoją zasadę dla jej dobra, skoro… ona już wiedziała, że ja wiem, a ja wiedziałam, że ona udaje, że nie wie. Zrobiło się niezręcznie

Cóż, szkoda, ale były inne klientki. Już nie będę musiała po znajomości wciskać jej w napięty grafik, bo przyjeżdża teściowa albo szykuje się impreza. Tyle że mój grafik przestał być napięty. Po kolei rezygnowały z moich usług inne klientki, jedna, druga, piąta… Słynna poczta pantoflowa robiła mi czarny PR. „Nie można jej zaufać”, „Nie jest ślepa i niema”, „Donosi” i tak dalej. Rezygnowali ze mnie, bo nie ma osoby, która nie ma czegoś za uszami. Nie chcieli, by ich grzeszki wydostawały się poza cztery ściany domów, a nawet z jednego pokoju do drugiego. W ciągu miesiąca zostałam niemal bez środków do życia.

Szukałam nowych klientek i klientów, ale bez rekomendacji było ciężko. To, co zarobiłam, nie wystarczało, by opłacić rachunki, nie mówiąc już o tym, żeby żyć na takim poziomie, jak wcześniej.

Przyjaciółka pomogła mi zatrudnić się w supermarkecie na kasie. To nie była lekka praca i na pewno nie tak dobrze płatna, jak sprzątanie. Nie miałam jednak wielkiego wyboru. Musiałam zarabiać, żeby żyć. Codziennie siadałam na kasie i słuchałam rozmów ludzi w kolejkach. Opowieści snutych przez telefon, gdy czekali na skasowanie produktów. Tłumaczeń, czemu odrzuciło im kartę i dlaczego dziecko zjadło batonik w sklepie. Nie wdawałam się w żadne dyskusje, nie robiłam też ustępstw.

W razie kłopotów wzywałam kierowniczkę zmiany. A po pracy nie opowiadałam koleżankom historyjek z życia kasjerki, kiedy w szatni przebierałyśmy się przed wyjściem do domu. Miały mnie za dziwaczkę i odludka. Mówi się: trudno. Człowiek uczy się na błędach, a ja się nauczyłam, że mielenie ozorem na lewo i prawo nie popłaca. Dlatego wolałam słuchać, niż samej opowiadać, co mi się przytrafiło. To również dostarczało trochę rozrywki, a nie było obarczone ryzykiem.

Może jeszcze kiedyś odbuduję swój grafik. Ludzka pamięć bywa krótka, zwłaszcza gdy idą święta. Oby, bo i satysfakcja z pracy, i pieniądze były znacznie lepsze. Traktuję tę sytuację jako przejściową. Oraz jako lekcję. Rozum jest ważniejszy niż uczucia, zwłaszcza w takiej pracy. Kto ulega sentymentom, może zaszkodzić nie tylko sobie. Współczucia oczekuje się od przyjaciół, nie od kogoś, kto sprząta czyjeś brudy. W tym zawodzie dyskrecja to podstawa.

Czytaj także:
„Nakryłam męża przyjaciółki na zdradzie. Wyjawiłam jej prawdę, a ona zamiast pogonić zdrajcę, miała do mnie pretensje”
„Babcia i mama całe życie uśmiechały się i udawały, że nic nie wiedzą o zdradach. Nie chciałam żyć jak one”
„Przyjaciółka zwierzyła mi się w tajemnicy, że podejrzewa męża o zdradę. Wygadałam się i po chwili mówiło o tym całe miasto”