mężczyzna rozmawia z nastolatkiem fot. Adobe Stock, LIGHTFIELD STUDIOS

„Odkryłem, że syn sąsiadów należy do osiedlowego gangu. Mogłem zaprowadzić go na policję albo… dać mu szansę poprawy”

„Ja też kiedyś byłem dobrym dzieciakiem, ale przez głupotę i chęć przeżycia przygody związałem się z łobuzami. Gdy zorientowałem się, że zabrnąłem za daleko, siedziałem już przed milicjantem w pokoju przesłuchań. Mógł wrzucić mnie do jednego wora z innymi, którzy mieli już sprawy sądowe za włamania i rozboje, ale tego nie zrobił”.
/ 02.10.2022 11:15
mężczyzna rozmawia z nastolatkiem fot. Adobe Stock, LIGHTFIELD STUDIOS

Kilka lat temu na naszym osiedlu ktoś zaczął niszczyć samochody. Raz była to wybita szyba, innym razem urwane lusterko lub przebita opona. O złośliwym porysowaniu lakieru nawet nie wspomnę. Koszty napraw nie należały do najmniejszych, zwłaszcza w przypadku lepszych samochodów, bo nawet tańsze zamienniki oryginalnych części swoje kosztują. A nie każdy właściciel miał AC.

W serii owych dewastacji ucierpiał również mój ford, a ponieważ nie jestem człowiekiem, który bez sprzeciwu zgadza się na to, co szykuje mu los, wkurzyłem się i postanowiłem działać. A konkretnie zorganizowałem straż sąsiedzką. Wydrukowałem kartki z informacją, że tego to a tego dnia w klubie osiedlowym czekam na wszystkich, którzy mają na uwadze dobro swoich czterech kółek, i powtykałem je w drzwiczki aut. Pomysł okazał się trafiony – mała salka wręcz pękała w szwach od wzburzonych i zaniepokojonych kierowców. Stanąłem przed zebranymi i oznajmiłem:

– Myślę, że policja niewiele nam pomoże w złapaniu wandali. Przyjmują zgłoszenie i na tym właściwie kończy się ich praca.

– Mnie powiedzieli, że potrzebują czasu – ktoś wyrwał się z tyłu.

– A co mieli niby powiedzieć, że mają gdzieś pańskie trzy stówy za lusterko boczne? – odpowiedział inny z boku. – Niedługo przyjdzie powiadomienie o umorzeniu.

– Niestety, taka jest prawda – podjąłem wątek. – Policja nie ma ludzi, żeby obsadzić każdą ulicę patrolami. A szkody, które ponosimy, obiektywnie rzecz biorąc, nie są na tyle wysokie, żeby w stosunku do innych spraw zyskały priorytet.

To niby co mamy zrobić?

– Właśnie po to nas zebrałem – wskazałem na listę i długopisy, które leżały przede mną na stoliku. – Pomyślałem, że moglibyśmy powołać do życia straż obywatelską. Oczywiście powiadomimy o tym komisariat, żeby mundurowi nie wzięli nas za złodziei. Dyżury możemy pełnić w samochodach. Gdy tylko patrol zobaczy coś podejrzanego, daje sygnał i wszyscy zjeżdżają się w jedno miejsce.

Opisałem dokładnie swój pomysł, który sąsiadom z osiedla całkiem się spodobał, zresztą chyba nie mieli innego wyjścia, jeśli chcieli chronić swoje mienie. Przez następną godzinę ustalaliśmy dyżury.

Jego się tam nie spodziewałem...

No i zaczęło się. Pierwsze dwie noce minęły bez incydentów. Dyżurowaliśmy od północy do szóstej rano, gdyż właśnie wtedy wandale wyruszali na swoje łowy. Trzeciej nocy, około pierwszej godziny, zauważyłem przemykające w cieniu bloków zakapturzone postacie. Dobiegł mnie odgłos uderzenia.

Sięgnąłem po telefon i wysłałem do reszty grupy SMS-y, w jakim kierunku wandale się przemieszczają. Postanowiliśmy zrobić zasadzkę, żeby „odłowić” jednego. Jeden wystarczy, by policja poznała nazwiska całej bandy. Potem zadzwoniłem do policji, do dyżurnego rejonu z informacją, gdzie robimy zasadzkę. Wysiadłem z samochodu i, chowając się za krzewami, ruszyłem tropem zakapturzonych postaci.

W okolicach zasadzki dostałem sygnał z policji, że na miejsce jadą już dwa radiowozy. Minutę później, na umówiony sygnał, wyskoczyliśmy na opryszków. Każdy z nas miał gwizdek, w który dmuchał z całych sił, żeby zdezorientować tamtych co do naszej liczebności. No i każdy już na własny użytek wyposażył się w kij, gdyby miało dojść do starcia. 

Wandale, kompletnie zaskoczeni, w pierwszej sekundzie zatrzymali się w miejscu, a potem rozbiegli każdy w swoją stronę. Ruszyłem biegiem za najbliższym. Dopadłem go po krótkim pościgu jakieś pięćdziesiąt metrów dalej. Kiedy zwalił się na glebę, a ja siedziałem na nim, zdarłem mu z twarzy kominiarkę. Zaniemówiłem.

Złapałem Franka, siedemnastoletniego syna sąsiadów, którego od lat moja żona stawiała za wzór naszym chłopakom! Nigdy nie miała słów pochwały, jaki to z niego grzeczny chłopiec, jak dobrze ułożony, uczynny, ach i och. No i proszę! A podobno Kasia zawsze ma rację i tak doskonale zna się na ludziach! Och, naprawdę bardzo byłem ciekaw miny mojej żonki, kiedy poinformuję ją o moim odkryciu.

Franek wykorzystał moment mojego zaskoczenia, wyśliznął mi się z uścisku i pognał w mrok. Ale i tak wiedziałem, z kim mam do czynienia. I on też wiedział, że ja wiem.

Niestety, wszyscy pozostali wandale zbiegli. Byli szybcy, zwinni i młodzi. Wtopili się w mrok osiedla. Ja też oznajmiłem sąsiadom, że mój mi uciekł. Dlaczego nie przyznałem, że go rozpoznałem? W pierwszej chwili chciałem to zrobić, ale zanim dotarłem do reszty, zacząłem się zastanawiać. Porządna rodzina, chłopak dotąd grzeczny, uczynny i miły, doskonały uczeń… skąd więc taka zmiana? Przyszło mi do głowy, że musiał być jakiś powód, że Franek związał się z bandziorami. Postanowiłem poznać ten powód.

Mnie też kiedyś dano szansę poprawy

Następnego dnia koło południa usiadłem na ławce przed blokiem. Wracając ze szkoły do domu, Franek musiał przejść koło mnie. No i pojawił się koło godziny piętnastej. Zobaczył mnie i stanął niepewnie na końcu chodnika, który prowadził wprost do klatki schodowej. Dałem znak, żeby podszedł i usiadł obok. Szedł jak na ścięcie. I naprawdę nie wyglądał na takiego, co to nocami lata po osiedlu z kijem bejsbolowym i rozwala samochody. Usiadł ciężko i popatrzył na swoje buty.

– Bardzo pana przepraszam – powiedział, a w jego oczach błyszczały łzy. – Proszę nic nie mówić moim rodzicom. Odkupię panu to, co zostało zniszczone. Mam prawie pięćset złotych oszczędności…

– Wiesz, tylko że wszystkim ofiarom należałoby zwrócić wydatki. A to ciężkie tysiące. Tyle nie masz.

Skulił się w sobie.

Dlaczego to robisz? – spytałem. – Brakuje ci adrenaliny? Lubisz ten dreszczyk emocji, kiedy…

– W życiu! –przerwał mi. – Nienawidzę tego, ale nie mam wyboru.

– To znaczy? Rozwiń temat.

Popatrzył na mnie poważnie. Widziałem w jego spojrzeniu obawę, ale i chęć zrzucenia z siebie ciężaru.

– Miesiąc temu wpadłem im w oko, to znaczy członkom gangu. Chcieli, bym do nich dołączył, bo jestem dobry w komputerach, a oni potrzebują takiego. Nie chciałem. To zaczęli mnie napadać w szkole, kradli pieniądze, niszczyli zeszyty. Nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego, ale nie dałem rady – powiedział już ciszej. – Zagrozili mojej dziewczynie. No więc przystałem do nich. Kazali mi przejść okres próbny, żebym po pierwsze, udowodnił, że mówię poważnie, a po drugie, żeby mieli na mnie haka. Zrobili zdjęcia, jak rozwalam pałką szybę auta. Od tego czasu jestem ich. Mam spokój w szkole i… mogę się spokojnie uczyć – westchnął. – Myślę, że chyba chciałem, żeby pan mnie złapał. – spojrzał na mnie niepewnie. – Nie wierzy mi pan. Na pewno myśli pan, że tylko tak się usprawiedliwiam?

Wierzyłem. Wiedziałem z autopsji, jak łatwo jest zbłądzić.

Ja też kiedyś byłem dobrym dzieciakiem, ale przez głupotę i chęć przeżycia przygody związałem się z podobnymi łobuzami. Kiedy zorientowałem się, że zabrnąłem za daleko, siedziałem już przed milicjantem w pokoju przesłuchań komendy dzielnicowej. Sierżant najwyraźniej mnie przejrzał i na koniec przesłuchania powiedział, że daje mi szansę poprawy. Mógł wrzucić mnie do jednego wora z pozostałymi, którzy mieli już sprawy sądowe za pierwsze włamania i rozboje. Na szczęście nie zrobił tego i moje życie potoczyło się inaczej.

Jeden chciał nas sprawdzić. I sprawdził...

Ja też dałem Franciszkowi szansę. Musiał mi tylko powiedzieć, kto był w bandzie. Nie opierał się. Nie wyłapaliśmy ich od razu. Odławialiśmy po kolei, żeby nie skierować podejrzeń na Franka. Za każdym razem przyprowadzaliśmy łobuza do jednej z piwnic, gdzie siedziało trzech z nas o twarzach największych zakapiorów. Przed każdym leżała pałka bejsbolowa. Ostrzegaliśmy małolaty, że już wiemy, kto i co, i jeśli na osiedlu choć jeden samochód zostanie zniszczony, złapiemy gnojka i połamiemy ręce.

Tak, wiem, to było niezgodne z prawem. Ale ci chłopcy już wcześniej mieli do czynienia z policją i nic sobie z tego nie robili. Poprawczak wcale nie działał na nich odstręczająco. Nasze groźby jak najbardziej. Wiedzieli, że nie lejemy wody.

Jeden z młodocianych przestępców szybko nas sprawdził – dzień po pogadance w piwnicy wybił szybę w aucie jednego ze strażników.  Wiedzieliśmy, że to on, i dostał za swoje. Powiedzieliśmy mu, że darujemy mu ręce, bo musi odpracować koszt szyby. Odpracował, myjąc klatkę schodową. Na naszym osiedlu nigdy więcej nie zginęła nawet jedna wycieraczka.

Jakiś czas temu spotkałem go na skwerku. Podszedł, usiadł obok na ławce i wyciągnął coś z kieszeni.

– Chciałem podziękować za tamto lanie, które sprawił mi pan z kolegami – podsunął mi pod nos jakąś książeczkę; na okładce przeczytałem napis „Dyplom”. – Właśnie skończyłem politechnikę. Dzięki za szansę. A jakby miał pan kłopoty z telewizorem czy innym sprzętem, proszę walić jak w dym.

Czytaj także:
„Po zapłaceniu rachunków zostawało nam tyle, co kot napłakał. Biedowaliśmy, a spółdzielnia ciągle wyciągała łapy po więcej”
„Córka zamieniła moją drugą ciążę w piekło. Po porodzie płakała i krzyczała, że mam wyrzucić jej siostrzyczkę na śmietnik”
„Wychowałam się w domu dziecka i zawsze czułam się gorsza. Najpierw odrzucili mnie biologiczni rodzice, potem rówieśnicy”