kobieta która dużo pracuje fot. Adobe Stock

„Narzeczony chce odwołać ślub, bo nie mam dla niego czasu. Ale przecież rachunki same się nie opłacą...”

Jeszcze do niedawna pracowałam od rana do wieczora, podobnie jak mój brat. Nie mieliśmy czasu ani dla siebie, ani dla swoich bliskich. Dopiero choroba Igora sprawiła, że w końcu się opamiętałam.
/ 23.02.2021 13:06
kobieta która dużo pracuje fot. Adobe Stock

Zegar naprzeciwko mojego biurka wybił godzinę dwudziestą, kiedy zadzwoniłam do mojego brata Igora. Odebrał natychmiast.
– A, to ty, Wika. Wybacz, dzisiaj się jednak nie zobaczymy. Muszę jak najszybciej skończyć raport.
– To samo miałam ci powiedzieć! Również chcę odwołać spotkanie. Wypadł mi nocny dyżur. I jeszcze powinnam sprawdzić obliczenia w sprawozdaniu. Jutro się skontaktujemy, dobrze?
– Jutro nie dam rady, szef zarządził całodzienną naradę.
– Przecież miałeś randkę z Magdą?
– Nie ma dziewczyny, nie ma randki. Magda ze mną zerwała – oznajmił.
– Co takiego? – byłam zaskoczona.
– Powiedziała, że przez moją pracę i tak się praktycznie nie widujemy, więc nie ma sensu tego ciągnąć. A twój narzeczony?
– Z Markiem wszystko w porządku – odpowiedziałam zdawkowo, nie mogąc pogodzić się z tym, co usłyszałam.
Było mi przykro. Bardzo lubiłam dziewczynę brata.
– Może się jeszcze pogodzicie? – zapytałam po chwili.
– Wątpię, jeśli ona nie rozumie, że rachunki się same nie zapłacą. Co Magda zarobi w swoim przedszkolu?

Czy rzeczywiście u mnie było w porządku? Marka widziałam po raz ostatni dwa tygodnie temu. Niedługo mamy wziąć ślub, a wciąż nie omówiliśmy tylu spraw. No i chciałoby się przytulić do ukochanego... Tylko ta praca... Marek zresztą często napomykał, że coraz rzadziej się spotykamy. Dobrze mu gadać. On pracował od ósmej do szesnastej w biurze projektowym. Zarabiał mniej niż ja, lecz na życie mu wystarczało.
Mnie i starszego o dwa lata Igora wychowała mama. Nasz ojciec wyjechał do Stanów, kiedy byliśmy mali. Założył nową rodzinę i słuch po nim zaginął. Nie było nam łatwo. Oboje pilnie się uczyliśmy, na studiach dostawaliśmy stypendia naukowe. Już w szkole średniej pracowaliśmy dorywczo. Mieliśmy pieniądze na codzienne wydatki, po studiach pragnęliśmy porządnie zarabiać i raz na zawsze wyrwać się z niedostatku. Nie chcieliśmy liczyć się wiecznie z każdym groszem. Igor wyjechał do Warszawy i znalazł pracę w dużej korporacji prawniczej. Po dwóch latach dołączyłam do niego. Zaczepiłam się w międzynarodowej firmie ubezpieczeniowej. Zarabialiśmy bardzo dobrze. Każde z nas wynajmowało osobną kawalerkę i przymierzało się do kupna mieszkania.

Naszych życiowych partnerów – Magdę i Marka poznaliśmy jeszcze w szkole średniej. We czworo tworzyliśmy zgraną paczkę. Niestety, w stolicy żyliśmy coraz bardziej tylko pracą. Igor miał nader wymagającego szefa, który wciąż mu zlecał nowe zadania do wykonania. Było ich dużo i wszystkie na wczoraj. Brat miał nadzieję, że nie będzie to trwało wiecznie. Na razie jednak poza pracą nie miał na nic czasu. Kiedy znalazłam etat, byłam przekonana, iż złapałam Pana Boga za nogi. Wysoka pensja! Co kwartał pokaźna premia! Pakiet socjalny, dopłaty do urlopu, wykupione leczenie w prywatnym centrum medycznym. Ale... zaczęłam pracować w dużej korporacji, w której wszyscy powtarzali, że dobro zespołu jest najważniejsze. W mojej grupie były osoby z długim stażem w firmie. Często potrafiły być wobec mnie nieprzyjemne. Od początku doświadczałam pogardliwych grymasów i spojrzeń, rozkazującego tonu, mówienia na całą salę: "tutaj się pomyliłaś". Wracałam z pracy i łzy mi ciekły po twarzy. Trudno – myślałam – jestem nowa, muszę zapłacić frycowe. Jeśli opanuję perfekcyjnie swoje obowiązki, może przestaną się czepiać.

Udało się po kilku miesiącach. Rzadko się myliłam, grupa osiągała dzięki mojej pracy coraz lepsze wyniki. Ludzie przycichli, ja dostałam podwyżkę i awans. Co z tego?! Pieniądze leżały na koncie w banku, bo nie miałam czasu ich wydawać. Firma wysyłała mnie często na szkolenia. Nie mogłam też odmówić swojego udziału w wyjazdach integracyjnych. Miałam więc coraz mniej czasu dla narzeczonego, brata i siebie. Przez telefon skarżyłam się Igorowi. Doskwierały mu takie same problemy, lecz był większym optymistą. Jego zdaniem po pewnym czasie wszystko miało się unormować. Nie widziałam tego tak różowo. Zauważyłam, że im więcej wykonuję obowiązków, tym szybciej w firmie dokładają mi nowych. Ostatnio doszły nocne dyżury przy telefonie. Kiedy zwalniałam tempo pracy, natychmiast mnie upominano. Rozmowy z szefostwem nic nie dawały. Słyszałam wtedy, iż powinnam się cieszyć, że mam pracę w tak cudownej firmie. Bezrobocie ma się dobrze, w każdej chwili na moje miejsce mogą przyjąć kogoś innego.

Mam 28 lat, a czuję się już taka zmęczona

Jak wyjść z tej matni? Rachunki, jak słusznie powiedział brat, same się nie opłacą. W dodatku Marek zaczął przebąkiwać o ślubie, a raczej o tym, że nie mam czasu nawet na obmyślenie i zorganizowanie tak ważnego dla nas wydarzenia. Na moje skargi reagował zawsze tak samo:
Poszukaj sobie normalnej pracy.
Niestety, na to też brakowało mi czasu. Moje rozmyślania przerwał telefon.
– Marek? Cudownie, że dzwonisz. Zobaczymy się jutro?
– Prywatnie to nie wiem, Wika. Oddaliliśmy się od siebie. Kiedy ostatni raz porządnie rozmawialiśmy? Czy w ogóle ślub ma sens?

Marek! Kocham cię, daj mi trochę czasu, proszę. Wszystko ci wytłumaczę.
– Nie dzisiaj, dzwonię w innej sprawie. Twój brat podczas rozmowy ze mną zasłabł za biurkiem. Pogotowie zabrało go do szpitala.
– Igor? Niemożliwe! Dwadzieścia minut temu rozmawialiśmy przez telefon, był pełen werwy i optymizmu.
– Tak, jasne. Z werwą i optymizmem zadzwonił jeszcze do mnie i nagle... Wika, zaraz będę u ciebie i pojedziemy do szpitala.
Już miałam powiedzieć, że nie mogę opuścić dyżuru przy telefonie, ale oprzytomniałam.

Niech się dzieje, co chce. Zamknęłam biuro i razem z narzeczonym pojechaliśmy do Igora. Był blady i osłabiony. Lekarz stwierdził stan przedzawałowy.
– Panie doktorze, to niemożliwe. Igor nie ma jeszcze trzydziestu lat.
– Tak jest w dokumentach. Serce i stan ogólny wskazują na sześćdziesięcioletniego mężczyznę. Co się z wami dzieje, młodzi? Musicie aż tak się przepracowywać?
– A pan doktor co robi w szpitalu po nocach? Rachunki same się nie zapłacą!
Lekarz uśmiechnął się blado.
– Przyznaję, że także pracuję dużo więcej, niż powinienem. Lecz nie widziałem jeszcze kogoś w takim stanie, jak pani brat. Spokojnie, wyjdzie z tego, ale musi zmienić pracę. Inaczej szybko tutaj wróci.

Igor parę tygodni spędził w szpitalu. Wzięłam w firmie zaległy urlop i doglądałam brata. Marek często mi towarzyszył. Pocieszał mnie i wspierał w chwilach zwątpienia. Szybko się bowiem okazało, że oboje z bratem nie mamy po co wracać do pracy. Nie byliśmy już dyspozycyjni. Wtedy Marek powiedział mi o biurze projektowym, gdzie szukali asystentki zarządu ze znajomością języków. Pensja była mniejsza niż w poprzedniej firmie, lecz jakoś starczało mi na opłacenie rachunków, a nawet na drobne przyjemności. W pracy panowała miła atmosfera. Poza tym cudownie było znowu mieć wolny czas po szesnastej i spędzać go z Markiem na rozmowach i spacerach. Nadrobiłam zaległości w czytaniu i zaczęliśmy planować nasz ślub. Po ustaleniu szczegółów pojechaliśmy do szpitala, by zawiadomić o wszystkim Igora.

– Magda? Co tu robisz? – zdziwiłam się na widok byłej dziewczyny brata.
– Uzgadniamy z Igorem datę ślubu.
– My już to zrobiliśmy. Może urządzimy wspólną imprezę weselną?
I tak zrobiliśmy. Uroczystość była skromna, ale sympatyczna. Igor po wyjściu ze szpitala znalazł pracę w niewielkiej kancelarii prawniczej. Podobnie jak ja ma czas, aby nareszcie żyć. A rachunki wszyscy jakoś dajemy radę opłacać.

Więcej prawdziwych historii:
„Straciłam przyjaciółkę, ale zyskałam męża. Jej byłego męża...”
„Zakochałam się w mężczyźnie, który mógłby być moim synem. Nie mogę z nim być, bo co ludzie powiedzą?”
„Uciekłam od męża alkoholika do swojej pierwszej miłości. To był błąd, bo od początku powinnam postawić na siebie”