nastolatka, która ma agresywnego ojca fot. Adobe Stock, Rawpixel.com

„Mąż na zewnątrz był szanowanym obywatelem, a w domu bezwzględnym oprawcą. Jego prawdziwą twarz ujawniła światu… córka”

„– Zrozum, córeczko, twój tata jest bezkarny w tym mieście – zaczęłam tłumaczyć. – Wszyscy go znają i on zna wszystkich. Księdza, policjantów, lekarzy, polityków, samorządowców, dziennikarzy. Wszyscy ci ludzie wiedzą, że to jest… – z trudem przełknęłam ślinę – dobry człowiek. A mnie w najlepszym razie potraktują jak wariatkę”.
/ 01.10.2022 15:15
nastolatka, która ma agresywnego ojca fot. Adobe Stock, Rawpixel.com

O Karolu, moim mężu, nikt nigdy złego słowa nie powiedział. W naszym miasteczku był prawdziwym filarem lokalnej społeczności. Jako właściciel dużej firmy zajmującej się handlem materiałami budowlanymi, cieszył się zasłużonym poważaniem. 

Starszy ode mnie o dwadzieścia lat – początkowo przez moich rodziców traktowany jako niezbyt pożądany kandydat do ręki ich jedynej córki – szybko awansował na lidera stawki. Dzięki swojej hojności, opiekuńczości i odpowiedzialności stał się najbardziej pożądaną partią, a jego przymioty niwelowały dużą różnicę wieku. Kiedy piętnaście lat temu odbyło się nasze wesele, sądziłam, że złapałam Pana Boga za nogi.

Moja córka wszystko widziała i rozumiała…

Pierwszy raz uderzył mnie dwa tygodnie po ślubie. Niezbyt mocno, tylko w ramię, nawet nie miałam siniaka. Zaraz przeprosił, tłumacząc się stresem w firmie. Powód jego zachowania był trywialny: nie zdążyłam z obiadem na czas. Zaraz pobiegł do kwiaciarni i wrócił z ogromnym bukietem róż. Oczywiście mu wybaczyłam.

Miesiąc późnej po raz pierwszy dostałam pięścią w twarz. Byłam przede wszystkim zaskoczona, on również wyglądał na szczerze zdziwionego. Znów przeprosiny, złota bransoletka zamiast kwiatów, szczera skrucha i zapewnienia, że to się więcej nie powtórzy, zakończone wyrażeniem nadziei, że ów drobny błąd niczego między nami nie zmieni. Chciałam w to wierzyć, więc uwierzyłam.

Pół roku później dostałam pierwsze lanie pasem. Naprawdę bolało. Tym razem obyło się bez kwiatów i prezentów. Mówił, że to moja wina, bo zdenerwowałam go swoim zachowaniem. Jakim? Zasiedziałam się u siostry, bo urodził jej się synek, a wychodząc z domu, nie zabrałam komórki, więc nie mogłam zadzwonić i wyjaśnić, gdzie jestem.

Po roku wybił mi pierwszy ząb. I wtedy już wiedziałam, że to wcale nie jest dobry człowiek, jak o nim mówiono. Niestety, nie miałam pojęcia, co robić, jak się ratować. Bałam się. Za dwoje. Bo ząb straciłam, kiedy mu powiedziałam, że jestem w ciąży. A on przecież planował dzieci dopiero za jakiś czas…

Karolina urodziła się śliczna i zdrowa, a bicie ustało. Na sześć lat. Potem obrywałam raz, dwa razy w roku. Stopniowo coraz częściej. Nim nasza córka skończyła dziesięć lat, byłam bita regularnie. Moi rodzice nie chcieli mi wierzyć, siostra wyjechała z mężem do Irlandii, a córka tylko płakała, kiedy nocą wślizgiwałam się do jej łóżka, posiniaczona, zastraszona, bezsilna. I jakoś to życie biegło…

Trzynastoletnia Karolina z trzaskiem odstawiła kubek na stół i spojrzała na mnie spode łba.

Nienawidzę go… – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Siedziałam w kuchni, zmęczona i zniechęcona. Nawet na rozpacz nie miałam siły. Ślady po wczorajszym pobiciu były świeże i bolały jak cholera. Po tylu latach tresowania powinnam się już przyzwyczaić do bólu. Byłoby mi łatwiej.

– Mamo, czy zamierzasz w końcu coś z tym zrobić? – zapytała dramatycznie. – Czy pozwolisz, by w końcu zatłukł cię na śmierć?

Tylko wzruszyłam ramionami. Tak daleko by się nie posunął. Straciłby swój worek treningowy.

– Zadzwoń na policję, to się musi skończyć – nie ustępowała.

Kiedyś zadzwoniłam – odparłam apatycznie. – Kilka lat temu. Do samego komendanta.

– I co?

– To kolega taty, znają się jeszcze ze szkoły. Poradził mi, żebym się postarała być lepszą żoną…

Zostawiała telefon w różnych dziwnych miejscach

Spojrzała na mnie wstrząśnięta. Znowu wzruszyłam ramionami.

– Zrozum, córeczko, twój tata jest bezkarny w tym mieście – zaczęłam tłumaczyć. – Wszyscy go znają i on zna wszystkich. Księdza, policjantów, lekarzy, polityków, samorządowców, dziennikarzy. Wszyscy ci ludzie wiedzą, że to jest… – z trudem przełknęłam ślinę – dobry człowiek. A mnie w najlepszym razie potraktują jak wariatkę. Zresztą może rzeczywiście zwariowałam? Może to się nie dzieje naprawdę?

Wstała i podeszła do mnie. Dotknęła delikatnie mojego policzka. Aż syknęłam z bólu.

– A to? – zapytała cicho. – To też nie jest naprawdę?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Popatrzyłam jej prosto w oczy. I aż mnie ciarki przeszły, bo dostrzegłam w nich ten chłód co u Karola. Chwilę przedtem, nim zaczynał mnie bić. Aż się skuliłam. Karolina to zauważyła i niespodziewanie się uśmiechnęła. To nie był miły uśmiech.

– Zapamiętaj to sobie – powiedziała, wolno cedząc słowa – że nikt nie jest bezkarny. On też nie.

Po każdym laniu następował miesiąc miodowy. Było miło aż do obrzydzenia. Karol przechodził sam siebie, zachowywał się niemal wzorowo, jakby zupełnie nic się nie stało. Bywał nawet rozrzutny. I zapewne dlatego kilka dni później wybrał się z Karoliną do sklepu, żeby jej kupić pierwszą w życiu komórkę. Oczywiście musiał to być telefon najlepszy ze wszystkich i kosztować najwięcej. Karola męczyła go o to od kilkunastu miesięcy, aż wreszcie argument „wszystkie koleżanki już mają i myślą, że nas po prostu nie stać” przeważył.

Nie rozstawała się z tą komórką przez cały tydzień, cały czas coś w niej majstrując i sprawdzając różne funkcje. To właściwie już nie był telefon, tylko mały komputer, połączony z kamerą, z dostępem do internetu i mnóstwem innych bajerów. Po tygodniu jakby się jej znudziło, przestała się bawić i coraz częściej zostawiała ją u nas w pokoju albo w kuchni. Ja odruchowo pilnowałam jej zabaweczki i ciągle nosiłam przy sobie, żeby się nie zgubiła.

Ten dzień z pozoru nie różnił się od innych. Ale kiedy Karol wrócił z pracy, od razu wiedziałam, co się będzie działo. Karolina też to wyczuła, bo zaraz po obiedzie wymknęła się do koleżanki, zostawiając komórkę obok swojego talerza. Schowałam ją do kieszeni i zabrałam się za zmywanie.

Pierwszy cios nadszedł znienacka i niemal całkowicie mnie zamroczył. Uderzenie było tak mocne, że osunęłam się na ziemię.

– Co ty sobie myślisz! – rozdarł się Karol. – Haruję jak wół po to, żeby dostawać przypalone kotlety?!

– Ale przecież ja nic nie… – próbowałam oponować.

– Nie pyskuj, zdziro! – wrzasnął i uderzył mnie na odlew.

Z nosa pociekła mi krew.

Awantura trwała jeszcze dobre pół godziny. Krzyczał i bił, wyzywał i kopał. Bez przerwy, bez opamiętania i bez powodu. Ale on nigdy nie potrzebował powodu… Wreszcie skończył i wyszedł z domu. Z trudem doczołgałam się do łazienki i tam znalazła mnie dwie godziny później Karolina.

Ze zgrozą obejrzała moją twarz, pokiereszowaną i opuchniętą, a potem zapytała znienacka:

– Mamusiu… nie widziałaś przypadkiem mojej komórki?

Miałam ją cały czas przy sobie – wymamrotałam przez spuchnięte wargi i wyjęłam telefon z kieszeni.

To ona wszystko zorganizowała...

Wzięła go ode mnie tak delikatnie, jakby był jakimś drogocennym skarbem. Spojrzała na ekran, zmarszczyła brwi, nacisnęła kilka razy, po czym z satysfakcją pokiwała głową.

– No to teraz możesz mieć pewność, że ojciec już nigdy nie tknie cię palcem – powiedziała z dumą. – A teraz zajmijmy się tobą. Pokaż ten nos, czy nie jest złamany…

Dwa dni później do naszego domu przyszła policja. Towarzyszyła im gromada ludzi, wśród których dostrzegłam kilku z mikrofonami i z kamerami. Zdezorientowana wpuściłam całe to towarzystwo do przedpokoju i kompletnie nie rozumiałam, czego ode mnie chcą. Razem z policjantami przyszedł też lekarz, który na widok mojej twarzy aż się skrzywił. Poprosił, żebym poszła z nim do pokoju, gdzie zbadał mnie tak, jakbym była śmiertelnie chora. Potem wyszedł bez słowa, a jego miejsce zajęła policjantka, która kazała mi się spakować.

W tej chwili Karol wrócił z pracy. Stanął zdumiony w progu i został natychmiast zakuty w kajdanki i odwieziony na komisariat. Był tak zaskoczony, że nawet nie protestował, a kiedy go wyprowadzano, został przez tłum ludzi obrzucony zgniłymi pomidorami i kępkami wyrwanej sprzed domu trawy.

Potem wywieźli nas razem z Karoliną do sąsiedniego miasta i umieścili w schronisku dla kobiet z dziećmi. Tam wreszcie moja córka wyjaśniła mi wszystko. A ja najpierw zmartwiałam ze zgrozy, potem zapłakałam z przerażenia, a na koniec… odetchnęłam z ogromną ulgą.

Karolina zawsze zostawiała swoją komórkę z włączonym dyktafonem. Liczyła na to, że zdobędzie dowód… I rzeczywiście na telefonie nagrała się cała ostatnia awantura, razem z odgłosami bicia. Córka zamieściła nagranie na jakimś serwisie internetowym, opisała wszystko i zakończyła apelem z prośbą o pomoc. Link do nagrania poprzez portal społecznościowy udostępniła w sieci. Rozesłała go też do kilku stacji radiowych i do telewizji, a także do kilku organizacji zajmujących się pomocą dla ofiar przemocy domowej, których adresy poczty elektronicznej znalazła w sieci.

Przez dwa dni nic się nie działo, chociaż nagranie odtworzyło prawie trzysta tysięcy osób. A potem ruszyła lawina. Media społecznościowe zagotowały się i sprawa nabrała takiego tempa, że w ciągu jednej doby postawiono na nogi policję w całym miasteczku, zorganizowano zatrzymanie, zwołano media i dokonano pokazowego aresztowania. Mój mąż czeka w areszcie na rozprawę, a wynajęty przez jedną z fundacji prawnik wniósł na mój wniosek sprawę o rozwód z orzeczeniem winy.

Czytaj także:
„Ukochany oczekiwał, że będę mu prać i sprzątać, a ja nie umiałam nawet zaparzyć kawy. Zawsze robiła to gosposia”
„Głośne, zakrapiane alkoholem imprezy sąsiada spędzały mi sen z powiek. Policja nie dała rady, więc wzięłam sprawy w swoje ręce”
„Córka mojego faceta uważa, że rozbiłam związek jej rodziców. Ona mnie nienawidzi, a ja mam ją przyjąć pod swój dach?”