Kobieta rozpieszczana przez matkę fot. Adobe Stock, WavebreakMediaMicro

„Mama we wszystkim mnie wyręczała, nie umiałam nawet prania nastawić. Przywykłam do bycia księżniczką”

„Przez całe życie wyręczała mnie mama. Nie widziałam w tym nic złego, nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Do teraz. Ten tydzień to był istny koszmar! Pranie, sprzątanie, zakupy, za dużo tego! Czułam się jakbym wylądowała w dżungli”.
/ 29.03.2022 06:35
Kobieta rozpieszczana przez matkę fot. Adobe Stock, WavebreakMediaMicro

  – Udało się! – zawołałam uradowana już od progu. – Spodobały im się moje pomysły i nawet się nie przejęli tym, że jestem młoda i nie mam żadnego doświadczenia!

– To świetnie – ucieszyła się mama. – Czy to znaczy, że się wyprowadzasz?

Popatrzyłam na nią zdumiona, a potem dotarło do mnie, że… praca w stolicy to właśnie musi oznaczać, choć przedtem w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. I nagle ogarnął mnie mnie strach.

Mieszkałyśmy z mamą same, odkąd tata umarł na białaczkę. Czułam wtedy jednocześnie żal i złość. Pocieszenia oczekiwałam od mamy – jedynej osoby, jaka mi została. Nie pytałam, jak ona sobie radzi, skąd bierze siły.

Zawsze była energiczną kobietą, ale po śmierci taty jeszcze bardziej rzuciła się w wir działań. A jednak, mimo wielu zajęć, zawsze miała czas, żeby ze mną pogadać, pomóc mi w czymś czy doradzić. Czasem także wyręczyć. Bo musiało ją skręcać, gdy widziała, jak przez pół soboty odkurzam jeden mały pokój.

– Daj, sama to zrobię. Osiwieję, zanim skończysz. A ty idź odrobić lekcje.

Rozpieszczała mnie. Uważała, że dzieciom powinno być lepiej w życiu niż ich rodzicom. Moim głównym obowiązkiem była nauka i tu nie nawalałam. Przynosiłam świadectwa z czerwonym paskiem, dużo czytałam i nawet pisałam wiersze.

A że czasem coś rozlałam lub przypaliłam... Trudno być dobrym w każdej dziedzinie. Mama podchodziła do sprawy z właściwym sobie humorem. Grunt, że się kochałyśmy i byłyśmy sobie bliskie. Mając taką matkę, nie potrzebowałam przyjaciółki.

Z drugiej strony wszystko ma swoją cenę. Ja nie jeździłam na obozy ani kolonie, a mama – choć atrakcyjna – jakoś nie potrafiła się z nikim związać. Połączyło nas coś na kształt niewidzialnej gumki. Gdy któraś z nas oddaliła się za bardzo, zbyt mocno naciągnięta gumka niemal bolała...

A teraz miałabym zamieszkać 500 km od niej?! Przy takiej odległości nie mogłabym jej zbyt często odwiedzać… No, ale nie byłam już przecież dzieckiem. Musiałam zacząć myśleć o przyszłości. Czułam, że jeżeli zrezygnuję z tej szansy, druga może się tak szybko nie trafić. Wielki świat wyciągnął po mnie ręce, zaproponował mi skok na głęboką wodą. Miałam wielką ochotę spróbować.

Pojechałam do stolicy. Pierwszego dnia pracy przeżegnałam się i energicznie otworzyłam drzwi, by z całym impetem wpaść na dziewczynę w mini.

– Uważaj trochę! – warknęła.

– Sorry! – pomogłam jej pozbierać rozsypane kartki. – Trochę się pobrudziły, na dworze pada, stąd błoto... – jąkałam się.

– Nie przejmuj się. To i tak jest do bani.

Rzuciłam okiem na trzymane w rękach kartki. Oprócz kilku niezłych rysunków zawierały rzeczywiście kiepskie propozycje na hasło reklamowe. No, nic dziwnego, że potrzebowali nowej copywriterki!

Dziewczyna była graficzką i miała na imię Bogna. Bardzo sympatyczna! Przez kilka pierwszych dni pomagała mi zaaklimatyzować się w firmie. Dzięki niej wkrótce poczułam się tam jak ryba w wodzie.

Tylko doskwierał mi akademik, w którym wynajęłam pokój. Mieszkałam z obcymi, niezbyt towarzyskimi dziewczynami. Łazienka była na końcu korytarza, a w nocy musiałam znosić głośną muzykę.

– Owszem, jest tanio, przez tydzień, dwa można pewnie wytrzymać, ale dłużej żyć w takim syfie się nie da. Non stop balangi, podpaski na stole… – żaliłam się Bognie.

– Używane? – spytała spokojnie.

– Bogna, przestań! – oburzyłam się. – Naprawdę mam problem. Nie stać mnie nawet na kawalerkę. Za mało mi płacicie.

– Nie ja ci płacę, a poza tym jesteś na okresie próbnym – przypomniała mi.

– Jeżeli czegoś nie wymyślę, przyjdzie mi podziękować za współpracę już teraz.

– Byłoby szkoda... – mruknęła.

Racja. Polubiłam tę pracę, a przy tym Bognę. Fajna z niej była dziewucha.

– Dobra – stwierdziła – możesz zamieszkać ze mną. Szukam współlokatorki. Narzeczony się na mnie wypiął. Czterdzieści metrów, czwarte piętro bez windy, reflektujesz?

– Jasne!

Kłopoty pojawiły się... po tygodniu

Potknęłam się o moje własne buty. Bogna też o mało co nie straciła przez nie zębów. Oczywiście od razu się na mnie wydarła:

– Racz odkładać buciska na półkę!

A jak już o tym rozmawiamy, to szoruj też po sobie wannę i zmywaj naczynia! „Cóż, widać znów miała zły dzień” – pomyślałam. Po dwóch latach sielanki rozstała się z facetem i ostatnio często bywała nie w sosie. Nie zamierzałam jej wkurzać celowo. Scysje pojawiały się przypadkiem.

– Zrobiłaś zakupy? – spytała raz.

– Cholera, zapomniałam...

– To co będziemy jeść?

– Kanapki! Robię pyszne, aż szkoda jeść!

– Fajnie. A z czego? – prychnęła.

Zaczerwieniłam się. Z mojej winy lodówka znowu świeciła pustkami.

– Zamówmy pizzę. Ja stawiam!

Udało mi się ją udobruchać. „Do następnego razu” – westchnęłam w duchu. Im lepiej dogadywałyśmy się w pracy, tym gorzej nam się układało w domu. Bogna w kółko się mnie czepiała. O głupoty w stylu niepościelonego łóżka czy niewyrzuconych śmieci. Mama nigdy nie robiła mi awantur o bzdury. A ona zrzędziła jak stara baba.

– Kim ty jesteś? Księżniczką?! – piekliła się. – Miałaś służbę, która za ciebie sprzątała? A może usłużne skrzaty? W każdym razie ja nie zamierzam robić za krasnoludka!

Starałam się jej schodzić z drogi i dzwoniłam do domu, żeby się pożalić.

– Mówi, że jestem gorsza od jej najmłodszej siostry, ośmiolatki! – płakałam. – I jeszcze te dyżury... Zrobiła nawet grafik! W tym tygodniu ja zmywam i robię zakupy, ona zajmuje się praniem i prasowaniem. Potem na odwrót. Na soboty przypada wielkie sprzątanie. A co niedzielę jedna z nas ma zrobić porządny domowy obiad. Żadnych fast foodów ani zupek z proszku.

– Bardzo rozsądnie. Pomysł z dyżurami też popieram – usłyszałam. – Szkoda, że sama na coś takiego nie wpadłam...

– No wiesz! A obiad? Bogna zażyczyła sobie kurę w rosole z makronem własnej roboty. A na deser ciasto ze śliwkami! Zwariowała! Nie uwierzyła, że ja nawet jajka na miękko nie potrafię ugotować.

– Racja, nie umiesz... – głos mamy zabrzmiał, jakby nagle odkryła coś smutnego. – Jak to możliwe, że cię nie nauczyłam?

– Bo się nie garnęłam – uspokoiłam ją.

– Ale nigdy nie jest za późno. Spróbuj teraz.

– Mówiła o kurczaku czy o kurze w rosole? – spytała moja rodzicielka.

– A czy to nie jeden pies?

– Może dla Chińczyków. Sądzę, że jednak o kurze. Słuchasz? No to notuj…

Zanotowałam przepis na rosół, a potem jeszcze na ciasto, postąpiłam według wskazówek i... zamyśliłam się nad nowym sloganem reklamowym. To wystarczyło. Rosół się wygotował, kura przypaliła z jednej strony, a z drugiej pozostała prawie surowa. Z makaronu wyszła klucha, w której utkwił nóż, a z ciasta zrobił się węgiel.

Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby ktoś się tak śmiał jak Bogna na widok swojego niedzielnego obiadu. Myślałam, że się udusi, kiedy łapała z trudem powietrze.

– Gdzie ty się chowałaś, że rosołu nie umiesz zrobić?! O Boże, zaraz się posikam! Przysmażyła kurze tyłek!

Była w tak doskonałym nastroju, że znowu pozwoliła mi się wykręcić pizzą. Humor jej się pogorszył, gdy przyszedł rachunek za telefon. Bardzo wysoki…

– To ty! – Bogna wskazała na mnie palcem. – Masz dwadzieścia cztery lata, a wciąż trzymasz się maminego fartucha. Wydzwaniasz do niej po dziesięć razy dziennie i pytasz o wszystko!

Nie ośmieliłam się zaprzeczyć. Zużyłam impulsy na swojej kracie, a mając telefon stacjonarny w zasięgu ręki, nie mogłam się powstrzymać. Brakowało mi długich rozmów przy kolacji, relacji z całego dnia, zwierzeń przed zaśnięciem.

Mamie chyba też, w końcu została zupełnie sama. Ja miałam przynajmniej Bognę. Narzekała, ale lubiła mnie, czułam to. Dobrze nam się pracowało i mieszkało razem, wesoło było. Inaczej już dawno by mnie wywaliła.

– Za karę od dzisiaj przez tydzień, cały dom jest na twojej głowie – oznajmiła mi. – Z wyjątkiem obiadów, bo życie mi jeszcze miłe. Zgadasz się albo nie, żadnych negocjacji. Liczę do trzech: raz, dwa...

– Zgadzam się! – zawołałam.

Bogna dała mi wolną rękę

Problem w tym, że już pierwszego dnia zaczęłam się gubić. Gdyby mi powiedziała albo lepiej napisała na kartce: „Umyj wannę, kup chleb i masło, odkurz chatę, wyprasuj bluzki na jutro”, wiedziałabym, od czego zacząć. A tak wracałam z firmy i miotałam się między kuchnią, łazienką a balkonem, na którym odkryłam usychające kwiatki. Robiłam pięć rzeczy jednocześnie, w efekcie żadnej nie robiłam dobrze.

Bogna zachowała klasę. Nie bałaganiła, nie latała z lupą, żeby szukać pyłków na dywanie. Nie komentowała też moich wpadek, choć nie mogła się nadziwić, że dorosła kobieta w ogóle się nie zna na prowadzeniu domu. Że potrafi obmyślić całą kampanię, a wymięka przy ustalaniu listy zakupów.

Najgorzej było z praniem. Domyśliłam się, że kolorowego nie wolno łączyć z białym, ale zielone z niebieskim już można czy nie? I czemu nikt mnie nie uprzedził, że przed włożeniem ubrań do pralki trzeba sprawdzić wszystkie kieszenie? Bo może coś w nich zostało: ważny paragon, banknot albo... chusteczka higieniczna?

Bogna mało szału nie dostała, gdy zobaczyła ligninowy rzucik na swoim ulubionym czarnym swetrze. Ale dopiero czerwona skarpetka w białym praniu sprawiła, że zrezygnowała z roli milczącej obserwatorki.

– Jak mogłaś nie zauważyć, że się zaplątała?! – darła się, wymachując mi przed oczami swoją wyjściową bluzką, teraz różowawą szmatką. – Na dokładkę ją ugotowałaś! Jest do wyrzucenia. Miałam ją włożyć na prezentację, zapomniałaś?

– Właśnie pamiętałam, dlatego wyprałam. Chciałam dobrze... – bąknęłam.

Wpatrywała się we mnie zszokowana.

– Najgorsze, że ci wierzę – westchnęła. – Sądziłam, że jesteś śmierdzącym leniem, że udajesz beznadziejną, żeby wymigać się od roboty. Ale teraz nie wiem, co myśleć... Niby się starasz, ale nic ci nie wychodzi. Nie mam pojęcia dlaczego. To nienormalne!

Myślałam, że zaraz każe mi się wyprowadzić.

Mamusiu, ratuj!

Jak mam ją przekonać? Chyba pora powiedzieć prawdę.

– Nie umiem – wyznałam, czerwieniąc się ze wstydu. – Nie wychodzi mi, bo nie umiem. Ty się wychowywałaś z młodszym rodzeństwem. Musiałaś nauczyć się dbać o siebie. Ja nie. Przez całe życie wyręczała mnie mama. Nie widziałam w tym nic złego, nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Do teraz. Ten tydzień to był istny koszmar! Pranie, sprzątanie, zakupy, za dużo tego! I jeszcze się oparzyłam w kolano w czasie prasowania... – poskarżyłam się. – O, tutaj!

– Jakim cudem? – zdumiała się Bogna. – Nie, chyba wolę nie wiedzieć. Co ja mam z tobą zrobić? Niby zdrowa dziewczyna, a gamoń. Czeka mnie orka na ugorze...

Jak mi szło? Powoli. Zastosowałyśmy system małych kroków. Najpierw musiałam się nauczyć obierać ziemniaki, a dopiero potem robić z nich sałatkę. Stopniowo zaczęłam odnosić drobne sukcesy.

Pierwsze prasownie bez oparzenia, pierwsze zakupy, podczas których o niczym nie zapomniałam, pierwsze pranie bez wpadki... Nie myślałam, że zwykłe domowe czynności mogą być źródłem takiej satysfakcji. Odkrywałam nieznany ląd i radziłam sobie coraz lepiej!

Trochę się bałam, jak mama zareaguje na moje nowe, dorosłe oblicze. Może zrobi jej się przykro, że nie jestem od niej już tak zależna? Nawet dzwoniłam już teraz rzadziej... Nie doceniłam jej. Gdy osobiście upiekłam ciasto na jej urodziny, nie mogła się mnie nachwalić. Była ze mnie dumna. 

– Moja córeczka dorosła. Cieszę się....

Przerwał jej dzwonek do drzwi. Poszła otworzyć. Gdy wróciła, towarzyszył jej wysoki, szpakowaty mężczyzna. W jednej ręce ściskał różę, w drugiej dłoń mojej mamy. No, no... Czyżby łącząca nas gumka była jednak bardziej elastyczna, niż sądziłam?

Czytaj także:
„Niepełnosprawność mnie frustrowała. Topiłem złość w alkoholu i nie zwracałem uwagi na to, że niszczę własną rodzinę”
„Szef dobierał się do mnie, a gdy zaprotestowałam, zwolnił mnie z pracy. Okazało się, że wszystko widziała jego żona”
„Moi rodzice to jasny przykład na to, że po ślubie ludzie gnuśnieją. Mój ojciec to nudziarz, który nie umie się zabawić”