Krecia robota fot. Panthermedia

Krecia robota

Spotykałam się z Pawłem od pięciu lat, ale moja mama wciąż nie mogła się do niego przekonać. Drażniły ją jego długie włosy, motor, muzyka, której słucha, i tatuaż…
/ 10.11.2011 15:57
Krecia robota fot. Panthermedia
Moja matka zawsze musiała postawić na swoim. Nie potrzebowała do tego ani uzasadnienia, ani mądrej argumentacji. Potrafiła zwyczajnie się uprzeć i mówić: „Intuicja!”. Możecie sobie teraz wyobrazić, jak daleką i krętą drogę zobaczyłam przed sobą, gdy usłyszałam z jej ust pierwsze:
– Nigdy nie wyjdziesz za tego mężczyznę! Niech cię ręka boska broni, córciu!
Siedziała w fotelu, z pilotem w ręce i nawet na mnie nie patrzyła. „Taniec z gwiazdami” nie przeszkadzał jej bynajmniej w wydawaniu dyrektyw co do mojej przyszłości.
– Mamo, jak możesz tak pochopnie osądzać ludzi! – zaczęłam swoją naiwną defensywę.
– Przecież widziałaś go może pięć razy, a ja spędziłam z nim ponad pięć pięknych lat. Kto go lepiej zna, ja czy ty? – starałam się używać racjonalnych argumentów. 
– Dziecko kochane, ja za długo żyję na tym świecie, żeby oddać cię temu zabijace – perorowała mama, dalej zapatrzona w wirujące na parkiecie pary.
Czułam, że tracę cierpliwość. A to był dopiero początek!
– Popatrz tylko – na motorze jeździ jak szatan, muzyki słucha takiej, że aż zęby bolą – zaczęła swoją kąśliwą wyliczankę. – I powiedz, słoneczko, kto przy zdrowych zmysłach ma takie porysowane ręce! – dorzuciła w chwilę po tym, jak jakaś gwiazdka na ekranie wykonała nieprawdopodobnie skomplikowaną taneczną akrobację.
Paweł zrobił sobie dawno temu subtelny tatuaż na przedramieniu. Wąziutki paseczek z listków wokół bicepsa. Wielkie rzeczy.
– My się kochamy – podniosłam głos.
Mama popatrzyła na mnie znad okularów, po czym przyciszyła odbiornik.
– Ależ to nic nie szkodzi, że go kochasz. Jakoś ci pomożemy – odpowiedziała, po czym udała się do kuchni zaparzyć ziółka na trawienie.
Każda z takich rozmów podnosiła mi ciśnienie pod sam sufit.

Byliśmy z Pawłem nierozłączni od końca liceum.
Ubóstwiałam jego bujne loki blond i ciemne oczy, które mieniły się całą feerią pięknych emocji. Mój ideał męskiej urody ukształtował się, kiedy go poznałam i nie muszę dodawać, kto posłużył jako model.
Wspólne biwakowanie, wypady do dyskoteki i na łono natury, zbiorowe grillowanie z przyjaciółmi… W każdej z tych sytuacji czuliśmy się ze sobą rewelacyjnie
i nie widziałam żadnych przeciwwskazań do tego, by już tak nie miało zostać. Zwłaszcza że wreszcie spytał mnie o to wprost!
 – Kochanie, czy nie zechciałabyś już zawsze być budzona przeze mnie zapachem świeżo parzonej kawy? – zaczął to najważniejsze i najpiękniejsze zdanie, spoglądając na mnie zza bukietu świeżo zerwanych stokrotek.
Romantycznie, prawda? Ale oczywiście każdy ma inną definicję romantyzmu.
– Co za stek tanich banałów! – skwitowała mamusia, gdy opowiedziałam jej o najcudowniejszej chwili mojego życia.
I jak tu dzielić się szczęściem z innymi?!
Kilka tygodni po tym, jak ogłosiłam zaręczyny, zaczęłam dostawać dziwne maile. W ogromnych ilościach – po kilkanaście dziennie. Treść każdego można zamknąć w trzech krótkich słowach: PAWEŁ CIĘ ZDRADZA. Byłam w szoku! Kto mógł być ich autorem?
I co miał na celu?
– Słuchaj, ktoś stroi sobie głupie żarty – zwierzałam się przyjaciółce. – Paweł miałby kogoś na  boku? Po tylu latach wierności?
– No cóż, mężczyźni rzadko myślą tym, co trzeba. Jeśli wiesz, o czym mówię…  – dokończyła powoli Magda, jakby nie była pewna, czy rozumiem.
Rozumiałam, ale nie wierzyłam!
Poradziła mi jak najszybciej po-drążyć temat u źródła. Pogadałam więc z Pawłem, który oczywiście zareagował śmiechem.
– Gwiazdko moja, przecież tylko ciebie widzę na swoim niebie – odpowiedział rozbawiony samą myślą o swoim potencjalnym wyskoku. – Dlaczego wierzysz czemuś, co zaśmieca ci skrzynkę pocztową, a nie swojemu prawie mężowi, hm? – dodał na koniec i podszedł bliżej, aby mnie objąć.
Byłam jednak coraz mniej ufna.
– Paweł, to nie jest nic a nic zabawne – nie dałam mu się przytulić.
W sumie to dlaczego miałby być mi wierny? Jest przystojny, inteligentny, wysportowany… Nagle pomyślałam, że wszystkie nieodebrane połączenia, odwołane spotkania i SMS-y, które pozostawił bez odpowiedzi, zaczynają tworzyć spójną całość. Zakręciło mi się
w głowie. Wybiegłam z mieszkania wściekła. Razem z trzaskiem drzwi usłyszałam jeszcze stłumiony krzyk Pawła:
– Hej, to nie tak, jak ci się wydaje!
Jasne. Najtańszy banał na świecie…
W bramie swojego bloku spotkałam Kazia, bezdomnego, który kręcił się po okolicy.
– Witam, szanowną panią! Jak zdróweczko? – zagadnął jowialny staruszek.
Zdawał się nigdy nie tracić pogody ducha. Skąd się biorą takie osoby?
– Oj, panie Kaziu – westchnęłam znacząco, wyjmując ze skrzynki zaległą pocztę. – Nie jest dobrze. Miałam wychodzić za mąż, ale chyba…  – zaczęłam się żalić, gdy nagle wzrok mój spoczął na jednej z kopert.

Coś mnie tknęło. Natychmiast ją otworzyłam i przeleciałam wzrokiem po odręcznym piśmie. Przekaz był krótki: „Paweł cię nie kocha. Ja jestem jego kobietą życia i to mnie będzie budził zapach kawy. Lepiej zostaw go w spokoju! Dobrze ci radzę”.
Serce zaczęło walić mi jak oszalałe. Skąd ja znałam to pismo?!
– Panie Kazimierzu – zaczęłam poważnie. – Kto tutaj wrzucił ten list?
– Zdaje się, że kręcił się tu taki jeden mężczyzna – zaczął powoli wydobywać szczegół po szczególe. – Dobrze zbudowany, wysoki. Na głowie miał takie kędziory…
Sprawa była jasna jak słońce. Zdradza czy nie zdradza – z całą pewnością nie chce się ze mną żenić i szuka wymówki. Drań! Jak mogłam zadawać się z takim tchórzem…
Winna byłam mamie przeprosiny.
Poprosiłam tatę, aby następnego dnia zajechał po mnie, wracając z pracy. Chciałam jak najszybciej porozmawiać z nimi o tym, że ślubu prędko nie będzie i mama może przestać narzekać, bo znowu miała rację.
Wieczorem usłyszałam pod oknem znajomy klakson i zbiegłam na dół.
W myślach starałam się po raz kolejny przeprowadzić rozmowę, która śniła mi się po nocach… Nie widziałam jednak sposobu, by wyjść z tego z honorem.
Prawie byłam przy samochodzie, gdy doszedł mnie zduszony szept Kazimierza:
– Pani Haniu, pani Haneczko… podejdzie tutaj pani na moment! – staruszek energicznie gestykulował w moim kierunku.
Z jakiegoś powodu nie mógł sam się zbliżyć? Odstąpiłam kilka kroków od auta.
– To ten facet! – pokazał nerwowo w kierunku samochodu. – Ten facet od koperty! To on, na pewno! A te kudły to musiała być peruka, dlatego wydały mi się takie dziwne!
Spojrzałam tam, gdzie pokazywał pan Kazio i wzrok mój spoczął na kierowcy starego audi: moim własnym, rodzonym ojcu. Jak mogłam od razu o tym nie pomyśleć?!
 – Co wam strzeliło do głowy z tymi gierkami? – krzyczałam przez pierwsze dwadzieścia minut. – I nie mogę uwierzyć, że mama specjalnie po to nauczyła się obsługi komputera, aby prześladować własne dziecko!
– Ale mama mówiła, że to dla twojego dobra wszystko – tłumaczył się tata.
– I ty jej wierzyłeś? Niesamowite… – powoli docierał do mnie komizm całej tej sytuacji. – A czemu nie mogliście wysyłać listów w tradycyjny sposób? Listonosz byłby mniej podejrzanym doręczycielem pogróżek.
– Bo Beatka mówiła, że trzeba działać szybko! – wypalił tata. – Zresztą wiesz, jaka oszczędna jest matka – dorzucił już ciszej.
Dłużej nie mogłam już opanować śmiechu. Chichotałam jak głupia dobry kwadrans, a ojciec popatrywał tylko na mnie z obawą. Pewnie myślał, że z tego wszystkiego zwariowałam…
Nagle spadła na mnie myśl: Muszę jak najszybciej zobaczyć się z Pawłem! Muszę, mu powiedzie, jak bardzo go kocham i że nie chcę czekać ani chwili dłużej na ślub.
– Tato, jedziemy do Pawła – zaordynowałam, a ojciec bez słowa odpalił silnik
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)