Kobieta fot. Panthermedia

Koniec pięknego snu

Nie rozmawialiśmy o przyszłości! Każde z nas zaplanowało ją inaczej, chcąc zrobić tej drugiej osobie niespodziankę! I zrobiło... Przeżyliśmy szok!
/ 13.07.2011 11:33
Kobieta fot. Panthermedia
Siedzę w kawiarni przy filiżance dawno wystygłej kawy. Nie smakuje mi. Za moich studenckich czasów była tu najlepsza kawa w mieście i do tego najtańsza. Wieczorem można było tutaj spotkać studentów, asystentów z uczelni, czasem nawet któregoś z profesorów. No i od godziny dwudziestej grała orkiestra. Szczególnie stare szlagiery. Bosko!
Rozglądam się po sali i nie mogę odnaleźć ani krzty tej dawnej atmosfery. Jest jakoś tak... plastikowo!

Przyjechałam tutaj, żeby choć na chwilę wrócić do przeszłości.
Studiowałam w Lublinie przez pięć lat. Uwielbiałam włóczyć się wąskimi uliczkami starego miasta. Na schodach u podnóża zamku, było najlepsze miejsce do nauki w pogodne dni. Pokochałam to miasto. Tutaj też przeżyłam swoją pierwszą miłość, którą chowam w sercu do dziś.
Byłam jedną z ładniejszych dziewcząt na roku. Wiedziałam o tym. Lubiłam się podobać, jak każda kobieta, ale nie angażowałam się w żadne związki, bo moja romantyczna dusza wciąż czekała na tego jedynego, wyśnionego.
W tej samej kawiarni, w której siedzę teraz, zapaliłam ulubionego Marlboro i delektując się kawą, przeżywałam dopiero co zdany egzamin. Odwróciłam głowę i znieruchomiałam.
W drzwiach stał mężczyzna. W momencie zetknięcia się naszych spojrzeń doznałam olśnienia. Znałam go! Patrząc na niego, powtarzałam w myślach jak mantrę: to on, to on!
Taki sam. Te same oczy, włosy, twarz... Po chwili spłoszona odwróciłam głowę, wciąż jednak czułam na sobie jego spojrzenie.
Nie mogłam uwierzyć, że marzenia mogą się zmaterializować!
Czyżby to był ten mój, jedyny i wyśniony? Blondyn z rozwichrzoną czupryną, jasnymi oczami i ciałem sportowca?
Widywałam go często w swoich snach.... Spotykałam się z nim, rozmawialiśmy, słuchałam jego ciepłego głosu. Na jawie pisywałam do niego listy. Przyjaciółka z początku podśmiewała się ze mnie, ale gdy to trwało już zbyt długo, zaczęła się martwić.
– Kama! Ty, studentka psychologii, wierzysz w takie bzdury? Czyżbyś myślała, że ten facet kiedyś wyjdzie z twoich snów? To urojenia! Daj sobie z tym spokój, bo zaprowadzę cię do psychiatry. Chłopaki do ciebie wzdychają, a ty kochasz senną marę!
Skończyło się na tym, że przestałam jej opowiadać sny. Od tej pory moja miłość była tajemnicą. Sama jednak po jakimś czasie zaczęłam się obawiać, czy nie sfiksowałam. Ale przecież nie miałam wpływu na treść moich snów!

A teraz tutaj, w kawiarni, zobaczyłam go! Nie wiedziałam, co zrobić...
Zostać, czy wyjść? Zanim zdążyłam cokolwiek postanowić, stanął obok.
– Dzień dobry, czy mogę się przedstawić? – powiedział głosem, który dobrze znałam. Bezwiednie podałam mu rękę.
– Wiktor jestem.
– Kamila – mruknęłam speszona.
– Nie będziesz miała nic przeciwko temu, jeśli przysiądę się do ciebie? Razem będzie przyjemniej.
– Oczywiście, siadaj – zdążyłam już na szczęście trochę ochłonąć.
„To nieprawdopodobne! On nie jest zjawą! – myślałam. – Jest dokładnie taki, jak w moich marzeniach! Nawet podobnie ubrany.... A jednak nie zwariowałam!” Są jakieś tajemne moce, które mają wpływ na nasze życie! Bo jak inaczej to wytłumaczyć? Czułam się dziwnie…
„Rany! – myślałam. – Ja, przyszły psycholog, nagle nie radzę sobie ze swoimi emocjami!”
Ta sytuacja mnie przerosła... Bo co innego jest marzyć, śnić, a co innego zetknąć się twarzą w twarz z sennym widziadłem! Bałam się...
Wiktor zauważył, że jestem spięta, więc zamówił wino. Pomogło. Trochę się rozluźniłam. Zaczęliśmy rozmawiać, jak dwoje dobrze znających się ludzi.

Mówiliśmy o wszystkim. O naszym dzieciństwie, latach szkolnych, o pracy i studiach. Wiktor był nauczycielem wychowania fizycznego. Mieszkał tylko z matką, bo parę lat temu jego ojciec zmarł na serce.
Czas mijał błyskawicznie. Gdy zagrała orkiestra, wyszliśmy na parkiet. Przetańczyliśmy, wtuleni w siebie, pół nocy. Wprost tonęłam w jego ramionach. To nie był taniec, to była ekstaza!
Kiedyś przeczytałam w powieści Magdaleny Samozwaniec, że taniec jest przymiarką erotyczną.
– Może się kiedyś o tym przekonam... – pomyślałam tamtego dnia.
Wyszliśmy z kawiarni po północy, upojeni winem, tańcem i sobą. Pod moim akademikiem rozstawaliśmy się bardzo długo. Jego pocałunki odbierały mi resztkę zdrowego rozsądku. Obłęd!
Następnego dnia leżałam na tapczanie i przeżywałam wczorajsze spotkanie z Wiktorem. Nie wiedziałam, czy się odezwie. Nie umawialiśmy się na spotkanie czy telefon. Ale przyszedł!
Ledwo zdążyłam wrócić spod prysznica, a tu pukanie do drzwi. Otworzyłam i krzyknęłam z przerażenia.
– Wiktor! Wyjdź! Przepraszam cię,  poczekaj na korytarzu, zaraz się ubiorę. – plątałam się, speszona swoim negliżem i ucieszona, że przyszedł.
– Dziewczyno, nie krępuj się! Nic ci nie zrobię – powiedział rozbawiony sytuacją. – Chyba, żebyś chciała...
Chciałam, nawet bardzo! Ale... bałam się! Nie wiedziałam, jak mu powiedzieć, że jeszcze nie jestem gotowa, że przeżyłam już kiedyś swój pierwszy raz, ale chłopak wtedy nie liczył się ze mną.

Miało być tak pięknie i cudownie, jak czytałam w romansach, a było obrzydliwie! Uległam jakiemuś brutalowi. Długo płakałam, obolała na ciele i na duszy.
Od tamtego zdarzenia unikałam intymnych spotkań z mężczyznami, ale teraz musiałam coś powiedzieć, bo sytuacja była niezręczna. Zamknęłam oczy i wydusiłam z siebie:
– Nie wiem, jak to powiedzieć... Bardzo chcę, ale także bardzo się tego boję! – wyrzuciłam z siebie jednym tchem, z dziwnym poczuciem winy.
Wiktor zamilkł, a w jego spojrzeniu pojawiło się zdumienie.
– Kamilko, czego się boisz? Możesz mi śmiało powiedzieć! – objął mnie i delikatnie pocałował. Byłam wdzięczna, że mnie uszanował i opowiedziałam mu o swoim pierwszym razie. Słuchał,  delikatnie gładząc mnie włosach.
– Rozumiem cię – szepnął. – Ale nie wszyscy mężczyźni są tacy... Nie będę cię popędzał, sama zadecydujesz, kiedy to ma nastąpić. Nie zrobię nic, czego nie będziesz chciała!
Poczułam wtedy ulgę i wdzięczność.
Po wakacjach zaczęło się nasze romantyczne życie. Przeprowadziłam się z akademika na stancję i mieliśmy całe wieczory dla siebie. Wiktor przychodził z kwiatami, czasem z butelką wina. Ja przygotowywałam kanapeczki i sałatki, którymi on się zachwycał, a mnie rozpierała duma. Poznałam wtedy radość, jaką daje kobiecie dogadzanie swojemu ukochanemu mężczyźnie.
Piękne były te nasze wspólne miesiące... Długie spacery, niekończące się rozmowy, marzenia, plany...
Nadawaliśmy na tych samych falach! Nasze ciała od pierwszego zetknięcia się w tańcu, dotyku ust, porozumiały się idealnie!
Czasem doznawałam uczucia lęku, że to nie dzieje się naprawdę, że to dalej tylko sen. Mówiłam mu o tym... Wtedy tulił mnie i śmiał się z moich obaw.
On jednak czasami także nie wierzył w nasze szczęście.
– Kamilko, czy to wszystko, co się między nami dzieje, jest prawdą? Ja nie wiedziałem, że można tak kochać i być kochanym! Nie wierzyłem, że spotkam kobietę, taką jak ty. Czy ty na pewno jesteś prawdziwa?
Wtedy ja śmiałam się z niego.

Któregoś pięknego dnia stałam się wreszcie do końca jego kobietą!
Wróciliśmy z sylwestra i… poczułam, że nie chcę już dłużej czekać na nasze fizyczne zbliżenie! Nowy Rok spełnił nasze pragnienia. Wiktor był czuły, delikatny, cudowny! Cały mój świat zamknął się w jego ramionach!
Potem poprosił mnie o rękę! Rozpłakałam się, gdy wkładał mi na palec piękny pierścionek zaręczynowy, prezent od jego mamy. Byłam szczęśliwa .
Ślub zaplanowaliśmy na czerwiec.
Poznałam jego mamę, on moich rodziców. Wszystko układało się wspaniale. Pod koniec kwietnia, gdy byłam u rodziców omówić sprawy wesela, moja siostra uprosiła mnie, żebym pojechała z nią do wróżki.
– Czemu nie? Mogę, dla towarzystwa! Nie wierzę w takie wróżby, ale jeśli to ma ci pomóc, to nie ma sprawy! – mówiąc to przypomniałam sobie moje prorocze sny.
Dziwne... Odkąd poznałam Wiktora, ani razu nie pojawił się w moich snach! Chyba dlatego, że miałam go już na jawie. Nieraz miałam ochotę opowiedzieć mu o tym, ale obawiałam się, że będzie się ze mnie śmiał...
Pojechałyśmy. Na skraju miasteczka, w zapyziałym domku, siedziała w mrocznej izbie pomarszczona babulinka. Chyba miała ze sto lat.
„To ma być wróżka?” – pomyślałam z niechęcią. Żadnej szklanej kuli, czarnego kota, nastroju? Co za nora! Ohyda!
Nagle babulinka odezwała się ochrypłym głosem, patrząc na mnie jakoś tak przedziwnie, przenikliwie...
– Paniusia nie wierzy! – przy zasuszonej, pomarszczonej twarzy, te jej oczy były wyraziste, duże, jak oczy młodej dziewczyny. Pałały dziwnym blaskiem.
Cofnęłam się z lękiem w kierunku drzwi, a ona, nie spuszczając ze mnie wzroku, zaskrzeczała.
– Nie uciekaj, nie unikniesz przeznaczenia! Wysłuchaj wróżby.
Nie wytrzymałam. Wybiegłam przed dom. Dostałam dreszczy.
– Po co ja tu przyjechałam? Głupia stara baba! – mruczałam sama do siebie. Po chwili wyszła siostra. Była roześmiana, bo usłyszała dobre przepowiednie.
– Chociaż tyle! – burknęłam.
Za parę dni zapomniałam o tym całym zdarzeniu. Zadzwoniłam do Wiktora. Tęsknił bardzo...
– Mam dla ciebie wspaniałą niespodziankę! – oznajmił mi tajemniczo.
Gdy wróciłam, czekał na dworcu. Pojechaliśmy do niego. Matka przyjęła mnie serdecznie. Polubiłyśmy się.
– Jesteś dla mnie jak córka! – mówiła wiele razy ze wzruszeniem.
Byłam ciekawa, co za niespodziankę przygotował dla mnie Wiktor.
– No dobrze, pokażę ci! Chodź ze mną – poprowadził mnie na piętro domu.
– Proszę, to nasze przyszłe królestwo! – powiedział. Oniemiałam.
– Trzy pokoje, duża kuchnia, łazienka... – zachwycał się, oprowadzając mnie po wyremontowanym poddaszu.
– To kosztowało fortunę! – oceniłam.
– No, sporo, ale mama miała oszczędności, a ja sprzedałem moją kolekcję monet po ojcu. Wystarczyło.
Byłam w szoku. Usiadłam i popatrzyłam na niego ze smutkiem.
– Dlaczego to zrobiłeś bez pytania mnie o zdanie? Przecież to ma być nasze wspólne życie! Wspólne i zgodne,
o jakim marzyliśmy!
– Ależ tak będzie! Mamy już wszystko, nawet część mebli! Na razie to wystarczy... – rozpływał się w zachwytach.
– Kochanie... – wzięłam go za rękę.  – To nie jest prezent, który można schować do szuflady! A ty nawet nie zapytałeś mnie, gdzie chcę zamieszkać po ślubie! Moi rodzice też mają duży dom i cała góra jest moja, dawno już urządzona. Można się od razu wprowadzać! Widziałeś, gdy byłeś u nich
z wizytą. Sądziłam, że po mojej obronie spokojnie porozmawiamy na ten temat  i coś postanowimy. A ty stawiasz mnie teraz pod ścianą! – powiedziałam z wyrzutem. Zapadło niezręczne milczenie.
Mnie było przykro, a jemu jeszcze bardziej. Zepsułam mu niespodziankę!
A do mnie nagle dotarło, że przez tyle miesięcy nigdy nie rozmawialiśmy o naszym dalszym życiu. Była tylko szalona miłość, szczęście, spotkania!
Żadnej prozy... A właśnie ta proza życia zaskoczyła nas teraz, na krótko przed planowanym ślubem.
– Posłuchaj, Kamilko... – zaczął mi w końcu tłumaczyć Wiktor. – Moja mama jest sama i dość schorowana. Jej dalsza rodzina mieszka poza Lublinem, a tutaj o dom i ogród trzeba dbać. Nie mogę zostawić jej samej i wynieść się na drugi koniec Polski! Twoi rodzice mieszkają razem i jest tam jeszcze twoja siostra. Im będzie łatwiej poradzić sobie bez ciebie niż mojej mamie beze mnie. Myślałem, że to rozumiesz...

Rozumiałam. Ale czemu nie rozmawiał o tym ze mną wcześniej?
Ja też miałam już gotowy plan na nasze wspólne życie! Nawet załatwiłam sobie już pracę w swoim mieście. Miałam zacząć od lipca, a dla Wiktora też było tam miejsce.
To, że będziemy mieszkać u moich rodziców wydawało mi się takie naturalne! Nie myślałam wcale o jego matce. Popełniliśmy oboje taki sam błąd...
Tylko kto teraz ustąpi? Nie wiem, jak to wspólnie rozwikłamy...
Nagle przestaliśmy się rozumieć! Żadne nie chciało uznać argumentów drugiej strony! Wystraszeni tym, co się z nami dzieje przekładaliśmy dwa razy termin ślubu. Nic to nie dało...
Sytuacja nawet się pogorszyła, bo jego matka wyraźnie zaczęła okazywać mi swoje niezadowolenie.
Miała uzasadnione powody. Chciałam zabrać jej syna gdzieś daleko!
Rozpoczęłam pracę w swoim rodzinnym mieście i z Wiktorem spotykaliśmy się tylko co drugi weekend. Przyjeżdżał do mnie, ale było to dla niego bardzo kosztowne i uciążliwe.
Nasza miłość w końcu nie wytrzymywała próby czasu. Straciła swój blask...
Czuliśmy oboje, że to nie jest już to, ogień stale nie podsycany gaśnie! Tak się właśnie stało z naszą miłością...
Mój piękny sen się skończył, Wiktor został w Lublinie z matką. Po pewnym czasie ożenił się z jakąś nieznaną mi dziewczyną. Dochowali się dzieci.
Od czasu do czasu przesyła mi kartki na święta. A ja ? Ja wciąż go kocham... Nie potrafiłam pokochać kogoś innego!
Po rozstaniu z Wiktorem bardzo długo cierpiałam. Jeszcze tak niedawno płakałam ze szczęścia w jego ramionach, a potem płakałam w samotności, z tęsknoty za nim...
Dlaczego się rozstaliśmy? Nie umiem sobie na to odpowiedzieć. Może to wina mojego uporu? A może po prostu takie było moje przeznaczenie?
– Nie unikniesz przeznaczenia! – słowa starej wróżki wciąż brzmią w moich myślach. Czyżby moim przeznaczeniem była... samotność?
Może, gdybym wtedy nie uciekła z tej kurnej chaty i wysłuchała jej wróżby, moje życie byłoby inne? Kto to wie, co miała mi tak naprawdę do powiedzenia? Chciała ostrzec przed głupim uporem?
Teraz i tak nie ma to już znaczenia...
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/28.02.2014 01:43
postawilas na sawoim a teraz zalujesz on mial racje ,kto niby mial sie zaopiekowac mama ,mial ja zostawic sama ?