Mężczyzna, który siedzi w więzieniu przez kobietę fot. Adobe Stock

„Kobiety... to od was bierze się całe zło tego świata. Ładne, brzydkie – nieważne. Wszystkie jesteście takie same”

Jakim sposobem udało mi się trafić do pudła? Nie powiem ci, bo się będziesz śmiał. Człowiek to im starszy, tym głupszy, jak Boga kocham...
/ 15.10.2020 07:15
Mężczyzna, który siedzi w więzieniu przez kobietę fot. Adobe Stock

Od czego by tu zacząć... Chyba od skoku na stację benzynową, bo za to właściwie mnie zgarnęli. Tylko że to było 5 lat temu i właściwie nie ma o czym opowiadać. Kasę zdobyliśmy wtedy skromną, a do tego głupi sprzedawca, któremu się wydawało, że jest Batmanem, zaczął się stawiać, i Robert musiał go uciszyć. Nie, no co ty, nie zabił go... W każdym razie nie było tego w planie, choć mało brakło. Jak się kogoś wali kijem bejsbolowym po łbie, to raczej można się spodziewać, że ten łeb nie wytrzyma, co nie?

A Robercik tego nie wiedział, autentycznie był zdziwiony... Noż, co jest z wami, młodymi?! Naoglądaliście się kreskówek i ganiacie z bejsbolami jak w amoku po ulicach. Wyobraźni zero, słowo daję. Kasjer wylądował na intensywnej terapii z pękniętą czaszką, ale wydobrzał. Chwała Bogu, bo teraz bym siedział za morderstwo i nasza rozmowa nie byłaby możliwa. Od tamtego czasu mam zasady – nie pracuję z gówniarzami. Możecie się sami pozabijać, czym chcecie i jak chcecie, na zdrowie.

A wracając do tematu, narwanego Roberta złapali za jazdę w stanie totalnego zamroczenia. Nie wiem, co on tam wąchał czy pił, i mnie to nie obchodzi, ale szczyl zaczął sypać. Wypuścili za mną list gończy i musiałem się zmyć z tego bajzlu. Przeniosłem się najpierw do Niemiec, potem zaliczyłem Belgię, ale najlepiej mi było we Włoszech. Tam to się żyje! Z czego? A to już zupełnie inna opowieść i może ją nawet kiedyś usłyszysz, ale nie dziś.

Przygruchałem sobie nawet babeczkę, Maria miała na imię. Wdowa, ale jeszcze całkiem do rzeczy i jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie, to niejedną młódkę by zawstydziła. Dobrze nam było razem i złość mnie ogarnia na samego siebie, że zdecydowałem się na ten zjazd absolwentów przyjechać.
– Nie jedź – radziła Maria. – Co cię obchodzą koledzy z podstawówki? 30 lat temu byliście dziećmi, a teraz to już stare, nudne ćwoki. Źle ci ze mną? Bierz, co życie przynosi, i bądź za to wdzięczny. Czasu nie cofniesz, a przeszłość żyje już tylko w twojej pamięci. Tylko się rozczarujesz.

To mądra kobita była. Co? Po jakiemu do mnie mówiła? Po włosku. A myślałeś, że jak? Że co, jak w kryminale siedzę, to muszę być tłuk? W swojej karierze zaliczyłem nawet jeden rok na studiach, zapamiętaj, mądralo. Filozofem chciałem zostać, ale szybko mi zapał przeszedł, wolałem aktywniejsze życie. Mówiąc szczerze, włoski jest całkiem łatwym językiem, a ja spędziłem z wdową 3 lata, to chyba po ichniemu koń by się nawet nauczył.

Ale wróćmy do tematu. Myślałem, że trochę lat już minęło od skoku na stację, więc sprawa przyschła. W dziurze, z jakiej pochodzę, nikt nie zna mojej przeszłości, bo wtedy mieszkałem i działałem na nad morzem. Co mi mogło grozić ze strony kolegów z podstawówki? 8 lat się z nimi kumplowałem – szmat czasu, no nie? Wiem, że to trochę ckliwe, ale jak człowiek siedzi dłuższy czas z daleka od kraju, to robi się sentymentalny. Nie pamięta się nic z tych złych rzeczy, które cię wnerwiały. Zapomina się o nich, umysł podsuwa same szczęśliwe i radosne zdarzenia i raptem Polska, z perspektywy emigranta, jawi się jako kraina szczęśliwości. Wszystko się zmienia, jak już tu wrócisz, ale dopóki jesteś tam – ciągle się łudzisz i oszukujesz. Tak to wygląda.

Skąd wiedziałem o tym zlocie absolwentów? Ano kolega, co z nim w jednej ławce siedziałem, taki zgrywus, zdobył numer na komórkę od mojej siostry. Wydzwaniał do mnie już pół roku wcześniej i namawiał na udział w imprezie.
– Nie wyobrażam sobie – mówił – że mogłoby nie być na naszym spotkaniu najlepszego numeranta w szkole. Musisz koniecznie przyjechać, stary.
No widzisz, a ja myślałem, że to on był najlepszym numerantem. Nie obiecywałem niczego, ale postanowiłem, że jadę. Nie chciałem, żeby ktokolwiek wiedział, że w ogóle będę w kraju. Wiesz, gliniarze śledzą wszystkie fora społecznościowe, a jestem pewien, że zaraz by się jeden z drugim wygadał na jakimś Facebooku. Jechałem, że się tak wyrażę, incognito.

Pożegnałem się z moją Marią, obiecałem szybki powrót, wsiadłem w jej alfa romeo i ruszyłem do Polski. Samolotem nie chciałem lecieć, bo raz, boję się tego ustrojstwa i wydaje mi się niemożliwe, żeby taka kupa żelastwa w końcu nie spadła, a dwa – „psy” mogły kontrolować linie lotnicze. No i niebagatelną sprawą było to, że na bankiet podjadę wypasioną bryką...

Sam widzisz, że byłem ostrożny. Jechałem sobie nieśpiesznie przez naszą starą Europę, tu i ówdzie popasając dłużej. Po co? Niech będzie, że podziwiałem widoki, odpowiada ci takie wytłumaczenie? Nie?

Dobrze kombinujesz, cwaniaczku. Przecież nie mogłem zajechać na imprezę bez grosza przy duszy... Chciałem zadać szyku. Pokazać, że moje życie nie odstaje od ich mieszczańskich standardów. Gość, który wysiada ze szpanerskiego autka, musi mieć także szeroki gest. Inaczej wyjdzie na zwykłego dorobkiewicza i ciułacza.

Tak sobie wycelowałem, że w sali bankietowej pojawiłem się jako ostatni. Oczywiście, wzbudziłem sensację, bo nikt się mnie nie spodziewał. Jako że nie zapłaciłem wcześniej za udział w libacji, przywiozłem skrzynkę przedniej whisky, co wywołało aplauz zebranych gości. Powiem ci, że wejście miałem świetne, po prostu „wejście smoka”. Nie oglądałeś? Żartujesz sobie ze mnie, przecież to każdy chyba widział. No tak – wy, młodzi, gustujecie raczej w poważniejszych filmach, jak na przykład „Teksańska masakra piłą mechaniczną”... Dobra, twoja strata, chłopaku.

Wracając do tematu, zjazd absolwentów zapowiadał się wspaniale. Było kupę śmiechu, bo nie każdego dało się rozpoznać. Wiesz, właściwie jesteśmy już pokoleniem dziadków... Klasowa piękność utrzymała jednak pozycję przez te wszystkie lata. Figura trzydziestolatki, człowieku. Podkochiwałem się w niej w ósmej klasie, ale nawet nie śmiałem startować, bo dla takiego knypka jak ja to była nieosiągalna zdobycz. Zresztą, chodziła z przystojniakiem z 8B. Przystojniak zresztą też przybył na imprezie, ale gruby i łysy, a ja miałem większą pewność siebie niż w podstawówce, więc poprosiłem Martę do tańca.

Nie odmówiła. Następnego też nie i jeszcze kolejnego, a trzeba ci wiedzieć, że tańczę naprawdę nieźle.
Marta dostrzegła mnie w końcu po latach i w miarę upływu czasu i wypitej whisky coraz czulej się do mnie tuliła. Trzeba ci wiedzieć, że nie była mężatką. To znaczy, była, i to dwa razy, ale aktualnie męża nie miała. Nie to, żebym na mężatkę nie miał chrapki, nie odczuwam w tym względzie oporów.  Wspominam ci o tym dlatego, że Marta z jakichś powodów ostro leciała na mnie tej nocy. Może dawno nie miała faceta, a może zadziałała na nią moja kasa albo nieodparty czar obieżyświata? Jeżeli całe życie się mieszka w jednym miejscu, które na dodatek jest dziurą jakich mało, to wszyscy przyjezdni są jak ożywcze powietrze.

W każdym razie byłem pewien, że kiedy impreza dobiegnie końca, skonsumujemy nasz krótki związek w jakimś hotelowym pokoju, ale życie bywa przewrotne, a ja nie miałem pojęcia, że w moich rachunkach pojawi się niewiadoma – Grażyna.

No więc tej Grażynie, zresztą brzydkiej jak noc listopadowa, uwidziało się, że kiedyś była moją dziewczyną.
– Pamiętasz? – szeptała mi przy uchu, kiedy koło dziesiątej wyszedłem na dwór, żeby pociągnąć dymka. – Pamiętasz, jacy byliśmy w sobie kiedyś zakochani?
– Nie – warknąłem krótko i odsunąłem się od niej jak od psiego gówna.
– Żartujesz sobie! – znów przysunęła się ciut za blisko. – Prawie straciłam z tobą cnotę, ty zwierzaku, na prywatce u Ksawerego. Nie mów, że nie pamiętasz moich jędrnych piersi, które namiętnie pieściłeś przez pół nocy... Ja, w każdym razie, długo czułam ten dotyk. Nie miałeś w sobie tej delikatności, którą widzę dziś. Co się z nami porobiło, Bartuś? Gdzie i kiedy zgubiliśmy tę naszą młodzieńczą miłość?"
Spojrzałem na jej piersi w nadziei, że może sobie przypomnę, ale wielki, obwisły biust nie był tym, o czym Grażyna mówiła.

Na prywatkach u Ksawerego bywałem, to pamiętam, bo miał wielką chatę i bogatych starych, co gwarantowało pełny barek. Z reguły upijaliśmy się wszyscy jak świnie i Ksawery musiał po nas sprzątać.

Jest wielce prawdopodobne, że któregoś razu w ciemnym pokoju u wspomnianego gospodarza pod moje ręce wpadły piersi Grażyny i jeśli tak było, to musiałem je tłamsić, bo tylko nienormalny w tym wieku by tego nie robił. Cała reszta historii wydawała się mocno naciągana.
– Człowiek robił różne głupoty – powiedziałem ostrożnie. – Nie można przez całe życie odpowiadać za błędy młodości.

Spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, ale nie miałem czasu ani ochoty odczytywać jego znaczenia, bo w drzwiach zobaczyłem Martę. Szukała mnie, bestyjka jedna. Skinąłem głową Grażynie, kończąc tę żenującą wymianę zdań, i z uśmiechem podszedłem do klasowej piękności.
 – Chodź wreszcie – Marta uwiesiła się u mojego ramienia. – Jestem ciekawa, czy dasz sobie radę w argentyńskim tangu.

Nadal więc zanosiło się na to, że nocną imprezę będę odsypiał w łóżku Marty. Niestety, zanim zdecydowała się mnie zaprosić, zjawiły się „psy”. W dwóch radiowozach. Nie miałem szans na ucieczkę, bo ci, którzy do mnie podeszli, byli w cywilnych łachach, a ja byłem już ostro zaprawiony.
Zanim dotarło do mnie, że nie znam gościa proszącego o ogień, już moje ręce wykręciło dwóch innych, stojących z tyłu. Powalili mnie na podłogę i na oczach całej klasy skuli kajdankami. Kiedy wsiadałem do radiowozu, jeden z „psów” podszedł do Grażyny i powiedział:
– Jak się bawisz, kochanie? Zadzwoń, jak już będziesz miała dość, to przyjadę.
Przystanąłem zdumiony.
– Mąż? – spytałem, choć doskonale znałem odpowiedź. – Nie powinieneś być już, dziadu, na emeryturze?
– Robię to w czynie społecznym! – zarechotał niezrażony.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem, choć nie wszystko było dla mnie jasne.
– Wiedzieliście, że tutaj będę? – spytałem gliniarza, który usiadł w aucie obok mnie.
Pokręcił głową.
– Grażynka zadzwoniła – z przedniego siedzenia odezwał się mąż cycatego potwora. – Dosłownie godzinę temu. Już myśleliśmy, że cię nie zastaniemy...

Właśnie godzinę temu ta szpetna małpa szeptała mi do ucha wyznania miłości. A niech ją.
– A opowiadała ci – zapytałem – że to ze mną straciła cnotę? Stare dzieje, ale dzisiaj też była niezła, choć troszkę przywiędła...

Kolba pistoletu uderzyła mnie prosto w skroń i film mi się urwał. Kiedy się ocknąłem, byłem już za kratami. Śmieszna historia, co? Czasami sam się śmieję z mojej głupoty.  Tak się dać zrobić babie...

Chcesz podzielić się z innymi swoją historią? Napisz na redakcja@polki.pl.

Więcej listów do redakcji: „Teściowa to hetera, która ciągle mnie krytykuje i poucza. W uszach mam tylko jej ciągły jazgot”„Nasza miłość przetrwała życiowe burze, a pokonały ją drobne nieporozumienia. Mąż odszedł bez wyjaśnienia”„Mąż zdradził mnie z moją przyjaciółką, a ja postanowiłam, że już zawsze będę sama. Życie zdecydowało inaczej...”