Załamana kobieta fot. Adobe Stock, kieferpix

„Harowałam na 2 etaty, żeby zapewnić dzieciom godne życie. Wolałam się głodzić po to, by nie czuły się gorsze”

„Piętnaście lat już tak harowałam. Sama, bez urlopu. Czułam, że jestem coraz słabsza, pojawiły się kłopoty z nadciśnieniem, z żołądkiem. Na pomoc swojej rodziny nie mogłam liczyć. Na byłego męża zresztą też. Chciałam jedynie odrobinę odpoczynku i godnego życia dla dzieci”.
/ 14.01.2022 09:02
Załamana kobieta fot. Adobe Stock, kieferpix

Na dworze wiosna w pełni, w perspektywie wakacje, a ja byłam kompletnie wyczerpana fizycznie i psychicznie. Pieniądze na czarną godzinę mi się skończyły, pracowałam za najniższą krajową, do tego miałam alimenty z funduszu, ale to wszystko było za mało, by opłacić niewielkie wynajmowane mieszkanie w stolicy oraz utrzymać siebie i dwójkę dzieci.

Chciałam, by Zosia i Jaś nie odczuwali, że są znacznie biedniejsi niż ich koledzy i koleżanki z klasy. Na potrzeby dzieci zawsze starałam się jakoś znaleźć pieniądze. Kupowałam książki, gry, rowery, płaciłam za wycieczki szkolne. By tym wydatkom sprostać, pracowałam także dorywczo u ogrodnika.

Na pomoc swojej rodziny nie mogłam liczyć

Piętnaście lat już tak harowałam. Sama, bez urlopu. Czułam, że jestem coraz słabsza, pojawiły się kłopoty z nadciśnieniem, z żołądkiem. Do tego wszystkiego doszło ostatnio jeszcze wypowiedzenie najmu mieszkania. Zaczęłam coraz częściej myśleć o przeprowadzce do rodziców, na Mazury, ale sama myśl o tym podnosiła mi ciśnienie krwi. 

Dom rodzinny niby był duży, ale bez wygód. Jednak nie to było największym problemem. Był nim mój ojciec alkoholik. Jak przyszedł po ślubie na gotowe gospodarstwo, tak nic w tym domu od lat nie zrobił, nawet wody nie podłączył, jednak burdy, które wyczyniał, słyszała i wciąż słyszy cała wieś.

Moje rodzeństwo też już dawno opuściło to piekło. Proponowaliśmy mamie, by rzuciła ojca i wprowadziła się do któregoś z nas, ale odmawiała.

– Przysięgałam przed Bogiem, że go nie opuszczę aż do śmierci – kwitowała nasze propozycje mama.

Tak więc perspektywę zamieszkania pod jednym dachem z agresywnym alkoholikiem, a także dowożenia dzieci do szkoły oddalonej o kilkanaście kilometrów i szukania pracy na czarno, traktowałam jako ostateczność. Ale ta „ostateczność” stawała się coraz bardziej realna…

Na razie jeszcze głośno nie mówiłam o takiej perspektywie na powakacyjną przyszłość, bo liczyłam, że może stanie się jakiś cud. Może ojciec moich dzieci zacznie po wielu latach płacić alimenty? Albo dostanę lepiej płatną pracę i mieszkanie do wynajęcia trafi się po okazyjnej cenie?

Jednak takie marzenia pojawiały się w mojej głowie tylko na chwilę, bo znałam życie i wiedziałam, że na takie „cuda” nie ma co liczyć… A przecież tak niewiele chciałam.

Tylko, żeby na wynajęcie mieszkanka starczyło, na wydatki związane ze szkołą (mówi się, że nauka jest bezpłatna, ale ten, co ma dzieci, wie, ile to kosztuje) no i by do pierwszego starczyło. O sobie już nawet nie myślałam, najważniejsze były dzieci. 

Kiedyś marzyłam, by zaocznie dokończyć studia, zostać rehabilitantką, pracować z niepełnosprawnymi dziećmi. Ale dziś z tych marzeń nic nie zostało. 

Patrząc w lustro, widziałam kobietę wyglądającą na wiele więcej lat, niż te moje 37. Blada cera, podkrążone oczy, ręce zniszczone od pracy u ogrodnika, ciuchy z lumpeksu… „Czy tak ma wyglądać młoda kobieta, która przecież całe dotychczasowe życie pracuje, a nie obija się, nie leni?” – sama w myśli zadawałam sobie to pytanie.

Na pomoc rodziców byłego męża też nie mogłam liczyć. Twierdzili, że sama sobie jestem winna. I że moje życie wygląda, jak wygląda, bo to ja podjęłam decyzję o rozwodzie.

– Kto teraz nie pije, jak ma kłopoty z pracą! – tak teściowie podsumowywali beztroskie podejście do życia swojego syna.

Na początku wakacji dobiła mnie jeszcze wiadomość od właściciela mieszkania, które wynajmowaliśmy, że chciałby, abyśmy się wyprowadzili do końca czerwca. Znalazłam szybko do wynajęcia pokój przy starszej pani, na przedmieściach. Wszędzie stamtąd było daleko, ale był tani.

Każdego dnia myślałam, że gorzej być nie może

Pewnego dnia kupowałam w kiosku bilet. Zbierając resztę wydaną po zakupach, spoglądałam jednocześnie na zbliżające się do przystanku autobusy. Ujrzawszy swoją „sto dwudziestkę”, wystartowałam jak rakieta, by zdążyć i… zostałam na środku chodnika bez spódnicy!

Okazało się, że stojący za mną w kolejce mężczyzna postawił pomiędzy nami walizkę. W międzyczasie coś z niej wyjmował i zamykając niechcący przytrzasnął kawałek mojej długiej spódnicy. Gdy z kolei ja zdecydowanie ruszyłam spod kiosku, zatrzaski na cienkim materiale nie wytrzymały, wyrwały się z tkaniny i… no cóż, stało się.

Czerwona ze wstydu musiałam zawrócić, by odzyskać choć kawałek ubrania i się nim okryć. Przechodząca obok starsza pani natychmiast swoją osobą oraz siatką starała się mnie zasłonić. Sprawca wypadku bardzo przepraszał za swoje gapiostwo, które przyniosło mi tyle wstydu.

W ramach zadośćuczynienia zaproponował, że kupi mi jakieś ciuchy w najbliższym butiku. Sprzedawczyni, zaznajomiona z sytuacją, przyniosła do wyboru trzy komplety ubrań. Zapewne widząc mój ubiór, nie zaproponowała garsonek, tylko coś w stylu młodzieżowym.

Jako dodatek zaoferowała sportowe buty. Sponsor zakupów poprosił jeszcze o dobranie i doliczenie do rachunku pasującej do stroju torebki. Wyszliśmy ze sklepu w lepszych nastrojach. Pan Kazimierz, bo tak ma na imię nowo poznany mężczyzna, zaproponował jeszcze, byśmy poszli razem coś zjeść do pobliskiej, znanej mu restauracji.

Zgodziłam się, bo świetnie nam się rozmawiało. Podczas obiadu zwierzyłam się panu Kazimierzowi ze swoich kłopotów z pracą i z brakiem mieszkania. W zamian dowiedziałam się, że pan Kazimierz przyjeżdża co kilka tygodni w interesach do Warszawy.

Na co dzień mieszka z rodziną w Lublinie i prowadzi tam firmę produkującą szkło ozdobne. Na koniec spotkania zaproponował mi wymianę numerów telefonów i obiecał, że postara się coś zaradzić na moje problemy.

Lato powoli mijało. Mieszkałam z dziećmi we wspólnym pokoju. Do pracy i do szkoły było znacznie dalej niż z poprzedniego lokum, ale pocieszałam się tym, że małe są wydatki na mieszkanie i blisko jest las, gdzie lubiliśmy spędzać wolny czas.

Aż pewnego dnia zadzwonił do mnie pan Kazimierz z propozycją pracy jako pomoc w kuchni restauracji, w której wspólnie zjedliśmy obiad, i której właściciela on zna. Zgodziłam się, czuję się tam dobrze.

Z czasem zaczęłam zarabiać więcej, i myślę, że właściciel restauracji jest ze mnie zadowolony. Poznałam nowych ludzi i dzięki pomocy jednej z kelnerek, zamieszkałam z dziećmi w tanim, dwupokojowym mieszkanku, którego właściciel wyjechał do Anglii. A jednak cuda się zdarzają.

Czytaj także:
„Od 5 lat nie dostałam podwyżki. Szef woli premiować młodsze i zabawniejsze ode mnie. Musiałam się zemścić”
„Po 20 latach wróciłam z zagranicy, żeby się zaopiekować mamą. Ona nie pamiętała nawet własnego imienia, nie mówiąc o moim”
„Sąsiadka wmówiła sobie, że jestem jej synem. Chciała zniszczyć mój związek, nękała moją dziewczynę”