Mężczyzna, który stracił przyjaciela fot. Adobe Stock, LIGHTFIELD STUDIOS

„Gdyby nie najlepszy przyjaciel, nie byłoby mnie dziś na świecie. Podarował mi życie, tracąc przy tym swoje”

„W całej tej wrzawie nikt nawet nie zauważył mojego zniknięcia; zaspany i niezupełnie kojarzący, co się dzieje, wróciłem do swojego pokoju po ukochanego pluszaka. I już tam zostałem, bo płomienie uniemożliwiły mi ucieczkę. Zajrzałem śmierci w oczy”.
/ 21.05.2022 07:30
Mężczyzna, który stracił przyjaciela fot. Adobe Stock, LIGHTFIELD STUDIOS

W czasie przeprowadzki wpadło mi w ręce pożółkłe zdjęcie; siedzę na nim na trawie, obejmując za szyję wielkiego psa podobnego do wilczura. Obaj jesteśmy umorusani błotem i obaj bardzo z siebie zadowoleni.

Maks… Gdy miałem cztery lata, lepsze imię nie wpadło mi do głowy. Wtedy właśnie ojciec przyniósł do domu małą piszczącą kulkę, która najpierw podbiła serca wszystkich członków rodziny, a potem urosła do rozmiarów cielaka.

Nie chciałem trzymać, ale nie mogłem się pozbyć

Spędzałem z nim praktycznie cały wolny czas, nawet spał w moim łóżku, ale wcześniej musiałem mu porządnie wyczyścić łapy. Umiał siadać, warować, aportować, nawet stawać słupka, poza tym jednak był straszliwym gamoniem.

Wśród podwórkowej psiarni uchodził za nieszkodliwą ciamajdę, której na głowę wchodziły nawet koty. Trzeba było widzieć, jak podkuliwszy ogon, ucieka przed byle mruczkiem czy wroną, potykając się przy tym o własne łapy!

Trzymane przeze mnie zdjęcie było przypalone na rogach i nieco osmalone z tyłu. Kiedyś stało oprawione w ramkę na moim biurku, z czasem wylądowało w pudełku. Nie chciałem trzymać go na widoku, ale też nie potrafiłem się go pozbyć…

Blok, w którym wtedy mieszkaliśmy, miał już swoje lata i w niczym nie przypominał obecnego budownictwa; krzywy, klaustrofobiczny, z toaletą wspólną dla lokatorów jednego korytarza; zimą trzeba było ogrzewać mieszkania węglem.

Tego, co się wydarzyło tamtej zimy, nie pamiętam za dobrze. Zaledwie mało zrozumiałe urywki dźwiękowe i strzępy przerażających obrazów, uzupełnione po wielu latach przez opowieść mojej mamy.

Zapaliła się zalegająca w kominie sadza

Kiedyś nie robiono przeglądów technicznych tak często jak teraz. No i stało się. Ciemna, głucha noc – gdyby nie Maks, to pół bloku spaliłoby się żywcem. Poczciwa psina, gdy tylko wyczuła dym, zaczęła przeraźliwie ujadać, zrywając wszystkich na równe nogi.

Ogień szybko zajął wszechobecne tapety, starające się maskować krzywiznę ścian, trawił boazerie i meble kolejnych mieszkań.

O telefonach komórkowych nikomu się jeszcze wówczas nie śniło, ludzie sami musieli zadbać o to, by informację o pożarze przekazać dalej, ostrzec się nawzajem. Ktoś musiał pobiec do budki telefonicznej, aby zawiadomić straż pożarną, inni dzwonili do drzwi sąsiadów z piętra.

W całej tej wrzawie nikt nawet nie zauważył mojego zniknięcia; zaspany i niezupełnie kojarzący, co się dzieje, wróciłem do swojego pokoju po ukochanego pluszaka. I już tam zostałem, bo płomienie uniemożliwiły mi ucieczkę.

Obudziłem się już po wszystkim, w szpitalnej sali, na twardym i niewygodnym łóżku. Pierwszą osobą, którą zauważyłem, była pielęgniarka o wyrazie twarzy bulteriera i – jak się później przekonałem – sercu anioła.

Jak to było?

W spanikowanym tłumie przed blokiem rodzice się rozdzielili, a każde z nich myślało, że jestem z tym drugim. Że mnie nie ma, zorientowali się dopiero, gdy z daleka słychać już było dźwięk strażackich syren. I nagle dotarło do nich, dlaczego Maks tak strasznie rwie się do budynku. W końcu obroża puściła i pomknął jak strzała między płomienie.

Długo go nie było – a w takiej chwili sekunda staje się wiecznością – ale w końcu wrócił. I przytargał mnie. Padł potem jak długi, z osmalonym pyskiem i mocno poparzonymi bokami. Nikt wtedy nie przejął się bohaterskim psem. Każdy martwił się o ludzi, rozpaczał nad idącym z dymem dorobkiem życia. Karetka, która przyjechała razem ze strażą pożarną, natychmiast zabrała mnie do szpitala.

Maks zdechł nad ranem, trzymając poparzony pysk na kolanach mojego ojca. Odszedł spokojnie, cichutko tylko popiskując. W tamtych czasach nie można było wezwać weterynarza przez internet; nie było ani internetu, ani weterynarzy na zawołanie.

Mama powiedziała, że nigdy nie widziała ojca tak przygnębionego jak wtedy. Zanim wyszedłem ze szpitala, razem z mieszkańcami naszego bloku usypał Maksowi niewielką mogiłkę. Postarali się też o tabliczkę znapisem „Tu śpi Maks, bohater na czterech łapach”.

Gdy tak trzymałem w rękach zdjęcie mojego przyjaciela z dzieciństwa i wspominałem jego poświęcenie, łzy zakręciły mi się w oczach. Nie powstrzymywałem ich. Spłynęły po policzkach.

Czy można się odwdzięczyć za taki dar?

Usłyszałem zgrzyt klucza w zamku i w progu stanęła Magda. Po dwóch latach znajomości postanowiliśmy wspólnie zamieszkać. W rękach trzymała czarną, popiskującą kulkę.

– Patrz, co znalazłam w osiedlowym śmietniku! – nie kryła oburzenia.

– Będziemy musieli zabrać go do weterynarza i znaleźć mu jakiś dom.

– Do weterynarza koniecznie – zgodziłem się – ale dom już znalazł. I będzie miał na imię Maks – dodałem, ocierając łzy i stawiając stare, przypalone zdjęcie na sosnowej komodzie.

Dostałem wyraźny sygnał od losu. Nadeszła pora, bym odwdzięczył się za dar życia, który sam otrzymałem.

Czytaj także:
„Syn zdradził i zostawił dwie żony, a dzieci ma z trzema kobietami. Teraz jego kochanka chce pozwać nas o alimenty”
„Byłem zadufanym w sobie dzieciakiem, który miał wszystko pod nosem. Za moje lenistwo ojciec prawie zapłacił życiem”
„Na własnej piersi wychowałam roszczeniowego gada. Córka w urodziny nie dała mi nawet tulipana, ale prosi o nową kurtkę”