Kobieta, którą zdradzał mąż fot. Adobe Stock

„Mąż mnie zdradzał i oszukiwał, a ja wciąż mu wybaczałam i znosiłam kolejne upokorzenia. Jaka ja byłam ślepa!”

Dziś wiem, że nie należy zatracać się w miłości. Bo, gdy same nie będziemy darzyć się szacunkiem, nie zrobi tego żaden facet.
/ 19.11.2020 12:05
Kobieta, którą zdradzał mąż fot. Adobe Stock

Podobno zdradę i kłamstwo można wybaczyć z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego że już sporo zainwestowaliśmy w związek i nie chce nam się zaczynać wszystkiego od początku. Po drugie, dlatego że kogoś bardzo kochamy. Ja, niestety, należałam do innej grupy – do osób, które traktują swojego wybranka niczym bóstwo i są mu w stanie wybaczyć wszystko. Należałam do tych, którzy kochają za mocno.

Nigdy nie chciałam być kobietą podporządkowaną mężowi, spełniającą jego zachcianki. Zanim wyszłam za mąż, byłam niezależna, a koleżanki śmiały się, widząc, jak z góry traktuję chłopaków.
A ja śmiałam się z tych kobiet, które pozwalały się źle traktować, które związane węzłem małżeństwa, za wszelką cenę chciały utrzymać związek, bo bały się samotności. Gardziłam takim postępowaniem. Nie zazdrościłam koleżankom, które los połączył z „odpowiednim” mężczyzną. Chciałam być sama i skutecznie realizowałam swoją wizję. Aż do czasu…

Pewnego dnia wieczorem, gdy sączyłam herbatę i czytałam książkę, zadzwonił telefon. Odebrałam. W słuchawce odezwała się Agnieszka, moja przyjaciółka, z którą znałam się od najmłodszych lat.
– Robię imprezę – zakomunikowała mi stanowczym tonem.
– To miłej zabawy – odpowiedziałam.
– Nie moja droga, to zła odpowiedź. Przyjdziesz, albo zaciągnę cię tam siłą.
Milczałam urażona.
– Słuchaj, Anka. Powiedz, czy naprawdę jesteś aż tak bardzo zadowolona ze swojego życia, że nawet nie chcesz dać sobie szansy, żeby kogoś poznać!?
– Aha. Widzę, że już zaplanowałaś sobie swatanie?
– Nie! Ale chcę, żebyś chociaż czasami spróbowała wyjść z domu – nie tylko do pracy i po zakupy. Poza tym, znam cię i wiem, że w głębi duszy marzysz o jakimś miłym…
– Dobra. Przyjadę – przerwałam jej romantyczne dywagację o moim życiu.

Niechętnie, ale jednak poszłam.

„Posiedzę godzinę, żeby mi Aga nie zrzędziła i wracam” – myślałam. Kiedy jednak na imprezie zobaczyłam tego przystojnego bruneta, przed oczami stanęła mi zupełnie inna wizja przyszłości, niż dotychczas planowałam. Nagle zapragnęłam mieć kogoś, z kim mogłabym pójść na spacer, napić się wina w miłej knajpce, kogoś, kto by mnie przytulił, pocieszył, pocałował. Zapragnęłam miłości. Miłości tego mężczyzny, który ku mojemu zdumieniu zbliżał się pewnym krokiem w moją stronę.

Pierwszą rzeczą, którą sobie wtedy pomyślałam było jednak: „Taki to dla mnie nigdy nie straci głowy”.
Nie spodziewałam się, że taki przystojny facet, zwróci uwagę na niepozorną szatynkę, rzadko znajdującą się w centrum zainteresowania ludzi.
– Cześć, jestem Marcin – przywitał się.
– Ania – odpowiedziałam speszona.
– Miło mi cię poznać – pocałował mnie w rękę. – Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe, ale obserwuję cię i wydaję mi się, że przyszłaś sama…
– No... W sumie... Tak… – wyjąkałam.
– Tak też myślałem i dlatego przyszedłem ci zaproponować moje towarzystwo – uśmiechnął się.
Serce mi waliło. Ukradkiem zerknęłam w jego oczy i ujrzałam głębię, w którą szybko wpadłam jak do studni. Zakochałam się po uszy.

Nawet dobrze nam się układało przez pierwszy rok znajomości. Marcin, mimo moich obaw, zakochał się we mnie i to dość mocno. Byłam wprost wniebowzięta, że mam takiego cudownego, mądrego, szarmanckiego chłopaka, którego zazdrościły mi niemal wszystkie koleżanki. Natomiast ja byłam zazdrosna o niemal każdą znajomą Marcina. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałam sobie, że każda chce mi go zabrać. A ja nie wyobrażałam sobie życia z innym mężczyzną. Cały czas myślałam o Marcinie jako o tym jedynym.

Na pewno nie byłabym taka skora do dzielenia z nim życia, gdyby nie był dla mnie taki czuły, dobry, kochany, cierpliwy, gdyby nie starał się mnie zrozumieć, nie otaczał opieką. Wierzyłam, że jestem dla niego kimś wyjątkowym, dlatego starałam się być wyrozumiała i wiele mogłam mu wybaczyć. A wybaczałam dużo...

Po pewnym czasie wyszło na jaw, że Marcin ma swoje wady i przyzwyczajenia, które trudno mi było zaakceptować. Ale wiedziałam, że ja też nie jestem idealna. Byłam coraz bardziej zazdrosna o jego koleżanki, pracę i o ludzi, którym poświęcał czas. Naiwnie myślałam, że jeśli będę do niego wydzwaniać i pytać gdzie jest i co robi, uchroni mnie to przed zdradą. Niestety, myliłam się.
– Kochanie, jadę na wyjazd integracyjny naszej grupy – pewnego dnia Marcin oznajmił mi przy śniadaniu. – To będzie następny weekend. Wyjeżdżam w sobotę rano, wracam w niedzielę wieczorem. Szef chce, żebyśmy się lepiej poznali, bo to ważne, gdy pracujesz w handlu.
– Musisz tam jechać? – zapytałam zmartwiona. – To będzie pierwszy raz, gdy pojedziesz gdzieś beze mnie, nie licząc wyjazdów na święta.
– Tak, Aniu – odpowiedział. – Ty możesz zrobić sobie dzień relaksacyjny, jak to wy kobiety lubicie.
– Nie martw się o mnie – burknęłam. – Poradzę sobie.
„Dzień relaksacyjny, dobre sobie”– myślałam. – „Będę szaleć z nerwów!”

No i szalałam.

Wydzwaniałam do niego co godzinę, a gdy nie odbierał, dzwoniłam do jego kolegów, do których znałam numery. W tle słyszałam śmiechy dziewczyn, co doprowadzało mnie do szału.
– Kochasz mnie? – pytałam wściekła.
– Kocham cię – odpowiadał. – Nigdy cię nie zdradzę. Jesteśmy razem już ponad rok, o nic się nie martw.
Nie pomagało. Paliłam z nerwów papierosy, ręce mi się trzęsły. Na szczęście zrobiłam się senna, bo nie wiem, jak bym przetrwała tę noc. Przed zaśnięciem wysłałam Marcinowi sms: „Jak odczytasz kiedyś tę wiadomość, wiedz, że cię kocham”.

Przyjechał następnego dnia wieczorem i był wyraźnie strapiony. Początkowo myślałam, że jest na mnie po prostu zły, bo mu zepsułam połowę wyjazdu tym ciągłym wydzwanianiem. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że jestem przewrażliwiona. Prawda okazała się jednak znacznie gorsza, niż sądziłam. Po kolacji Marcin nie mógł znaleźć sobie miejsca, w końcu usiadł na sofie i zapalił papierosa, choć zwykle robił to na balkonie.
– Kochanie… Coś się stało? – zapytałam, siadając obok niego.
– Jestem beznadziejny – odpowiedział.
– Co ty wygadujesz? Jesteś wspaniały. Dla mnie jesteś najwspanialszy na świecie – zapewniałam go.
– Nie jestem – nie dawał za wygraną
– Przytul mnie – przysunęłam się do niego. – Przytul swojego kwiatuszka.
Marcin jednak ani drgnął.
– Nie chcesz mnie przytu… – nie skończyłam pytania.
Zdradziłem cię – oznajmił Marcin.

Jak już wspominałam, nigdy nie chciałam być kobietą podległą mężczyźnie. Nie chciałam bać się samotności, nie chciałam być zależną od mężczyzny, przyzwyczajoną do jego głosu, rąk, ust. Naprawdę nie chciałam. Dlatego nie mam pojęcia, jak mogło się tak stać. Najśmieszniejsze jest to, że wybaczyłam mu od razu. Chciałam dać mu drugą szansę, uwierzyłam, że mnie kocha, że wtedy był pijany i nie wiedział, co robi. Ja po prostu nie wyobrażałam sobie życia bez Marcina, chociaż nie byliśmy nawet małżeństwem, chociaż nie miałam żadnej pewności, że nie zrobi tego znowu. Wiedziałam, że byłam ofiarą, ale czułam, że nic nie mogę z tym zrobić.

Po upływie roku od tamtego zdarzenia, pobraliśmy się z Marcinem. Byłam taka szczęśliwa, że zostaliśmy powiązani świętym węzłem małżeństwa. Cieszyłam się, że wszystko idzie po mojej myśli. No, prawie wszystko. Okazało się, że Marcin może mnie jeszcze zaskoczyć wieloma, nie zawsze miłymi niespodziankami.

Kilka miesięcy po ślubie, hucznym weselu i bardzo romantycznej podróży poślubnej odkryłam, że Marcin lubi sobie zagrać. Mówiąc prościej – mój mąż był hazardzistą. A na dodatek hazardzistą bez grosza przy duszy. Przyznał się do tego dopiero wtedy, gdy komornik „siadł” na mojej pensji. Zrobiłam mu wtedy karczemną awanturę.
– Czemu nie powiedziałeś mi wcześniej!? – krzyczałam. – Jak mogłeś ukrywać, że masz tyle długów do spłacenia.
– Nie chciałem, żebyś wiedziała, bo bałem się, że nie zechcesz wtedy za mnie wyjść – mówił. – Ja tak mocno cię kocham, Aniu… Myślałem, że się odegram, że odzyskam przegrane pieniądze i będziesz mogła zaznać prawdziwego luksusu…
– Ale ja nie chcę luksusu. Chcę mieć normalnego męża. Rodzinę.
– Będziesz miała – podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek. – Obiecuję.

Jak mogłam nie uwierzyć jego zapewnieniom? Przecież kochałam go, był moim mężem. „Zresztą wybaczyłam mu zdradę, to czemu mam nie wybaczyć czegoś takiego” – myślałam. „Wszystko będzie dobrze” – pocieszałam siebie w duchu i naprawdę w to wierzyłam. Najważniejsze było dla mnie, że jestem nadal z Marcinem i to, że jesteśmy już ze sobą prawie 3 lata. Traktowałam związek dwóch ludzi – małżeństwo jak jakiś maraton.

Dopiero po kilku latach udało nam się wyjść na prostą. Marcin jeszcze wiele razy od tamtej rozmowy grał i przegrywał. Opamiętał się dopiero wtedy, gdy byliśmy już prawie na dnie. Zaczął normalnie pracować i całkiem dobrze mu szło. Teraz problemem było to, że swojego męża widywałam tylko rano. Wracał tak późno, że już spałam. Nie sądziłam, że prawdziwym powodem tak nienaturalnie długiego dnia pracy może być inna kobieta. Odkryłam ten romans zupełnie przypadkowo. Mój mąż miał prawdziwego pecha.

Któregoś dnia wybrałam się z moją przyjaciółką do kawiarni na plotki.
– Co tam słychać? Dawno się nie widziałyśmy – zaczęła Agnieszka, gdy już zamówiłyśmy kawę.
– Wspaniale – odpowiedziałam. – Tylko Marcina cały dzień nie ma w domu, bo bardzo dużo ostatnio pracuje. Rano wychodzimy razem, tylko że ja wracam o siedemnastej, a jego nie ma czasem nawet do północy.
– Ojej! – zdziwiła się Aga. – To co on robi tak długo?
– Pracuje – uśmiechnęłam się. – Jest handlowcem, stara się o posadę kierownika. W sumie to jestem z niego dumna.
Spojrzałam na Agnieszkę. Jej twarz nagle zbladła.
– Hej! Co jest? – zapytałam zdziwiona.
– Odwróć się – wyszeptała.

No i zobaczyłam ich. Byłam w takim szoku, że nie mogłam wydusić z siebie słowa. Czułam, że policzki płoną mi ze wstydu przed Agnieszką. Gorszy był dla mnie fakt, że nie będę mogła tego ukryć przed nią, niż to, że mój mąż ma kochankę. Znów na nich spojrzałam. Wyglądali jak gruchająca para gołąbków. Śmiali się, przytulali. I to w biały dzień, przy dziesiątkach osób. „Przecież w każdej chwili mógł tu wejść ktoś znajomy” – pomyślałam.

Marcin pojawił się w domu w radosnym nastroju.
– Witaj, kotku – zawołał. – Wróciłem wcześniej specjalnie dla ciebie.
„Gnojek” – pomyślałam.
Zorientował się, że coś jest nie tak dopiero, gdy wszedł do sypialni. Przy wejściu stała spakowana walizka. Moja walizka.
– Wiem o wszystkim, więc daruj sobie kiepskie wymówki – powiedziałam. – Nawet nie wiesz, jak mnie zraniłeś. Nie spodziewałam się tego po tobie. Po wszystkich, ale nie po tobie…
– Nie wiem, jak to się stało… Aniu… Ja cię kocham – plątał się. – Obiecuję, że zerwę z tą kobietą… Ja…
– Zamknij się – krzyknęłam. – Nie chcę tego słuchać. Wyprowadzam się do Agi.

Co najśmieszniejsze, nie zamierzałam wówczas rozwieść się z Marcinem. Cały czas wierzyłam w to, że on mnie kocha, że jestem miłością jego życia. I dalej nie mogłam sobie wyobrazić bez niego życia. Ile ja łez wylałam, wypłakując się na ramieniu mojej przyjaciółki, to tylko ona i ja wiemy. Przez dwa tygodnie płakałam niemal codziennie. Z trudem wstawałam rano i szłam do pracy, a po południu jak cień snułam się po mieszkaniu. Często zasypiałam z butelką wina przy łóżku. Marcin dzwonił do mnie kilka razy na tydzień. Nie zamieniłam z nim słowa, ale cieszyłam się, że dzwonił.
– Ty go ciągle kochasz? – zapytała pewnego dnia Aga, gdy w piątkowy wieczór sączyłyśmy razem wino.
– Jakby dało się odkochać w tak krótkim czasie, to na świecie byłoby mniej problemów – powiedziałam stanowczo.
Moja droga, ten dupek nie zasługuje na ciebie. Spójrz tylko – całe życie go wspierałaś, byłaś z nim na dobre, na złe – a on tak ci się odwdzięczył.
– Wiem… – powiedziałam i wzięłam duży łyk wina.
Wtedy Aga wpadła na szalony pomysł.
– Anka, wyjedźmy – krzyknęła. – Rzućmy to wszystko i wyjedźmy na kilka dni, tydzień… do jakiegoś ciepłego kraju.
– „Światło słoneczne zmniejsza stres i poprawia humor”- przypomniałam sobie fragment niedawno przeczytanego artykułu.
– Jutro bierzemy urlop. Żadnego „ale”. Przez ostatnie kilka lat poświęcałaś się dla człowieka, który nie jest ciebie wart. Czas zrobić coś dla siebie.

Jeszcze tego samego dnia znalazłyśmy ofertę wyjazdu do Turcji. Było już po sezonie, więc ceny były całkiem niskie.

Kilka dni później stałyśmy już na lotnisku. Lot minął nam szybko i nim się zorientowałyśmy, samolot podchodził do lądowania. Teraz czekała nas jeszcze podróż autokarem do hotelu. Czułam się podekscytowana. Wiedziałam, że ten wyjazd dużo zmieni w moim życiu.

Zobaczyłam innych ludzi, cudowny krajobraz. Zrozumiałam, że Marcin jest tylko jednym człowiekiem na świecie, który nie uszanował mojej godności. Zresztą to ja mu na to pozwoliłam. Kochałam jego, ale nie siebie. On doskonale wiedział, że ma mnie w garści i nie musi się już starać. Zachowywałam się, jakbym była desperatką, a ja przecież byłam młodą, piękną dziewczyną, za którą oglądali się inni faceci. A to, że nadal mogę czuć się atrakcyjna, uświadomił mi niejaki Tahir…

Poznałyśmy go z Agnieszką w jednej z kafejek na plaży. Podszedł do nas razem z kolegą o imieniu Mehmet. Z moim kiepskim angielskim myślałam, że nici z rozmowy, ale okazało się, że czasem słowa nie są potrzebne. Tahir usiadł obok mnie i powiedział „piękna”. Uśmiechnęłam się. Nagle wziął mnie za rękę i zaciągnął do morza. Zaczął mnie chlapać i próbował wrzucić do wody. Zaczęłam się śmiać. Czułam się jak nastolatka, mimo że już przekroczyłam trzydziestkę. Gdy wyszliśmy na brzeg, Tahir narysował duże serce, a w środku napisał moje imię. Oczywiście wiedziałam, że to wszystko są żarty, dobra zabawa, ale mimo wszystko odkryłam coś ważnego. Zrozumiałam, że mogę być szczęśliwa bez Marcina, i że świat może być naprawdę piękny.

Wtedy, tam w Turcji pokochałam życie. Gdy wstawałam rano, czułam, że płynie we mnie energia, że wokół mnie dzieje się coś fantastycznego, w czym mogę uczestniczyć. Zastanawiałam się, co mnie dzisiaj spotka. Czym dobrym zaskoczy mnie ten dzień. Wychodziłam na taras i niemal widziałam, jak wszystko pulsuje. Przepełniał mnie spokój. Zastanawiałam się tylko, jak ja mogłam wcześniej tak głupio się zachowywać? „Jak mogłam stać się takim popychadłem, które nie ma żadnych celów, marzeń, aspiracji…” – myślałam.
– Dziś plaża czy basen? – zapytała mnie Agnieszka, wyrywając z rozmyślań.
– Basen, plaża, morze... wszystko! – uśmiechnęłam się. – Tyle lat zmarnowałam, nie mogę zrozumieć dlaczego…
– Bo to miał być ten jedyny, nie pamiętasz już?
– Ale chyba tylko krowa nie zmienia poglądów, prawda? – powiedziałam i zaczęłam się śmiać.

Czułam się wspaniale. Wolna, beztroska. Nie mogłam się doczekać powrotu do Polski tylko z jednego powodu – rozwodu z Marcinem.

Nie spodziewałam się, że moje życie potoczy się takimi torami. Nigdy nie myślałam, że będę brała rozwód z człowiekiem, który kiedyś tak wiele dla mnie znaczył. A jednak tak się stało. Zbyt późno dotarło do mnie, że to siebie powinnam postawić na pierwszym miejscu, a nie jego.

Kobiety robią wiele błędów w swoim postępowaniu względem mężczyzn. Gdy się zakochają, naiwnie wierzą, że to ten jedyny, królewicz na białym koniu. Myślą, że to on doda im pewności siebie, dowartościuje je, pokocha je tak, jak one powinny kochać same siebie. Myślą, że będzie je szanował, tak jak one powinny siebie szanować. Ja na szczęście już otworzyłam oczy. Dziś z niedowierzaniem kręcę głową, gdy pomyślę, ile musiałam znieść i wycierpieć. A jeszcze bardziej się dziwię, jak ja mogłam tak beznadziejnie się zachowywać i rozpaczliwie szukać bliskości z kimś, kto perfidnie mnie okłamywał.

Gdy opowiadam moją historię zarówno starszym jak i młodszym koleżankom, które są w podobnej sytuacji, jak ja kiedyś byłam, to nigdy nie liczę na pozytywną reakcję. Czy wiedzą, że ich życie może być naprawdę wartościowe i piękne bez NIEGO? Czy wierzą w to, co im mówię? Nie wierzą. I nie dziwię im się. Przecież wiem, że ja też byłam kiedyś na ich miejscu i wtedy też nigdy bym w to nie uwierzyła.

Więcej listów do redakcji:„Adoptowaliśmy chłopca. Po 7 latach postanowiłam, że oddamy go z powrotem do domu dziecka”„Nie mieszkam z mężem, bo ciągle się kłócimy. Spotykamy się 2 razy w tygodniu i w weekendy”„Mąż miał na moim punkcie obsesję. Nie chciał się mną z nikim dzielić. To doprowadziło do tragedii”