Mężczyzna, który jeździ na wózku fot. Adobe Stock, SASITHORN

„Bartek uratował mi życie i przypłacił to kalectwem. Trwam w tym związku z odpowiedzialności, chociaż się w nim duszę”

„Rodzina i przyjaciele się na niego wypięli. Nie potrzebowali inwalidy. Gdyby nie ja, to zostałby sam. Niby to romantyczne, ale ten marazm i pustka w jego oczach sprawia, że mnie samej nie chce się żyć. Do tego zaczął popijać. Ściąga mnie na dno, od którego chcę się odbić”.
/ 12.10.2021 16:05
Mężczyzna, który jeździ na wózku fot. Adobe Stock, SASITHORN

Była sobie zwykła para młodych ludzi. Zobaczyliśmy się i nagle pstryk! To było coś. Może nie piorun z jasnego nieba, ale na pewno coś nas do siebie przyciągnęło.

Fascynacja, zauroczenie… może nawet owa opiewana przez poetów miłość od pierwszego wejrzenia?
Różniliśmy się jak dzień i noc. Ja – niska, filigranowa i delikatna. Ważyłam wtedy zaledwie czterdzieści pięć kilogramów przy wzroście metr sześćdziesiąt. On miał prawie dwa metry, szerokie bary i mięśnie jak zapaśnik. Wyglądaliśmy jak eteryczny elf i arogancki olbrzym.

Ja byłam grzeczną dziewczynką z dobrego domu i uczyłam się w prestiżowym liceum. On pochodził z rozbitej rodziny, mieszkał na osiedlu cieszącym się złą sławą, niby uczęszczał do zawodówki, ale więcej wagarował, niż się uczył. Dużo też imprezował i już wtedy małymi krokami schodził na złą drogę – wdawał się w bójki, palił, pił, nawet kradł. To od takich jak on mój tata zawsze kazał mi się trzymać z daleka, a mama socjolożka mówiła: „To tylko kwestia czasu, nim się stoczą, tacy ludzie są skazani na upadek moralny, nie tyle przez nich samych, co przez nasz system, który zostawia ich samych sobie”.

Jednak nie zainteresowałam się Bartkiem, bo był dla mnie czymś w rodzaju „zakazanego owocu”. Nie umawiałam się z nim w ramach nastoletniego buntu. Nie widziałam w nim mrocznego „bad boya”, wręcz przeciwnie: dostrzegłam w nim wartościowego, mądrego i opiekuńczego chłopaka.

W jego oczach było coś, co kłóciło się z wizerunkiem chuligana i mięśniaka-twardziela: wrażliwość i dobro. Był jak drzewo, które wyrosło na suchej, twardej ziemi. Walczył od małego, żeby się rozwijać, rosnąć. W głębi serca nie chciał być taki jak jego rodzina i znajomi, ale nie potrafił być inny, bo nikt go tego nie nauczył. Na szczęście spotkał mnie. Zdecydowałam, że mu pomogę. Pokażę mu, jaki piękny i ciekawy może być świat bez przestępstw i używek. Uratuję go przed losem, na jaki z góry skazał go ten nasz system i czasem niemal kastowe społeczeństwo.

Po kilku miesiącach naszego chodzenia na randki, dla moich znajomych stało się jasne, że to coś więcej niż przelotna znajomość. Ula, moja najlepsza przyjaciółka, spytała znienacka:

– Jesteś zakochana w tym Bartku, co?

– Strasznie! Czasem myślę, że tej miłości jest tak dużo, że rozsadzi mi serce – wyznałam otwarcie.

– Ale wiesz, że to nie ma przyszłości?

– Co nie ma przyszłości?

– Wasz związek.

– Niby dlaczego?

– Nie obraź się, ale on nie jest dla ciebie czy raczej… ty dla niego. Za wysokie progi. Nie widzisz tego?

– Nie! I nie mów tak o nas, to po prostu podłe.

– Ale szczere. Martwię się o ciebie, bo oślepłaś z tej miłości, Kaśka. Boję się, że zmarnuje ci życie, ściągnie do swojego poziomu. Błagam, nie daj sobie zrobić dzieciaka ani wpakować w jakieś przestępstwo, bo…

– Przestań! Jak możesz tak mówić? I ty się nazywasz moją przyjaciółką?

Zerwałam się, pospiesznie zebrałam zeszyty i wypadłam z domu Ulki, głośno trzaskając drzwiami. Po tej rozmowie byłyśmy na siebie obrażone i nie odzywałyśmy się do siebie prawie miesiąc. Potem niby się pogodziłyśmy, ale już nie było między nami takiej sztamy jak wcześniej. Łączącą nas serdeczną bliskość zastąpiło ostrożne koleżeństwo.

Temat mojego związku stał się tabu

Żałowałam, bo czułam potrzebę zwierzeń, podzielenia się z kimś uczuciowymi rozterkami. Z każdym dniem coraz bardziej kochałam Bartka, ale moje zaufanie do niego malało. Przestawałam wierzyć, że uda mi się wyrwać go z patologicznego środowiska. On niby zgadzał się z tym, co do niego mówiłam, lecz postępował inaczej.

Gdy namawiałam go, żeby zaczął przykładać się do nauki, przytakiwał:

– Tak, tak, wiem, że muszę skończyć budowlankę, żeby mieć fach w ręku.

I nadal wagarował. Kiedy prosiłam go, żeby nie zadawał się z Damianem, który namawiał go do złego – na przykład do tego, żeby okradli garaż bogatego sąsiada – obiecywał, że będzie się od niego trzymał z daleka. A potem wyznał mi, że co prawda nie wziął udziału we włamaniu, ale sprzedał kilka skradzionych przez Damiana fantów. Podobne historie się powtarzały – nie często, lecz regularnie. Nie miałam już siły o niego walczyć i zaczęłam myśleć o rozstaniu, bo nie chciałam odwiedzać Bartka w poprawczaku czy więzieniu. I wtedy stało się coś, co diametralnie zmieniło sytuację.

Wybraliśmy się razem nad jezioro. Bartek spacerował brzegiem urwiska. Nagle złapał mnie skurcz łydki, spanikowałam i zaczęłam się topić. Gwałtownie machałam rękami, krztusiłam się, próbując wzywać pomocy, ale woda zalewała mi usta… Zdążyłam jeszcze zobaczyć, jak mój Bartek skacze do jeziora z wysokiej skały, a potem straciłam przytomność. Odzyskałam ją na brzegu, otoczona wianuszkiem gapiów. Tuż przy mnie klęczał jakiś mężczyzna w średnim wieku.

– Spokojnie, nic ci nie jest. Już wszystko dobrze. Spokojnie, oddychaj.

Otworzyłam usta, żeby zadać mu pytanie, lecz nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Mężczyzna uspokajająco pogłaskał mnie po policzku.

– Tylko się przestraszyłaś, dlatego zemdlałaś. Nie straciłaś przytomności z niedotlenienia, nie zdążyłaś się podtopić, wyciągnąłem cię na czas. Jestem ratownikiem, wierz mi, wiem, co mówię.

Nie uspokoił mnie, bo nie o siebie się martwiłam. W końcu udało mi się wydusić:

– Co z Bartkiem?!

– Pytasz o chłopaka, który skoczył ci na ratunek? – mężczyzna odwrócił wzrok.

– Tak. To mój chłopak. Co z nim?

– Pomoc jest już w drodze, lada chwila będzie tu karetka. Ciebie pewnie też wezmą do szpitala, żeby się upewnić, że nic ci nie jest…

– Ale co z nim?! Niech mi pan powie!

– Nie jestem lekarzem. Bądź dobrej myśli, może się z tego wykaraska.

Czyli było źle

W szpitalu nie chcieli mi nic powiedzieć, bo dziewczyna to nie rodzina. Ale nikt z bliskich Bartka się nie pojawił. Ojciec zniknął dawno temu, matka pewnie piła gdzieś na melinie, a rodzeństwo… Nie miałam pojęcia, gdzie ich szukać! Siedziałam więc w szpitalnej poczekalni sama i modliłam się, żeby mój ukochany wyszedł z tego bez poważnych obrażeń.

Moje modlitwy nie zostały wysłuchane – Bartek złamał kręgosłup i został sparaliżowany od pasa w dół. Już nigdy nie będzie biegał, tańczył, chodził, grał z kumplami w nogę. Wszystko dlatego, że bez chwili namysłu rzucił się, by mnie ratować. W tej sytuacji nie mogłam od niego odejść, nawet gdybym chciała.

Przestało mu na czymkolwiek zależeć, zamknął się w sobie, stał się drażliwy. Popadł w marazm i depresję. Ale przynajmniej zerwał kontakt ze swoimi kumplami, początkującymi bandziorami. Jako niepełnosprawny przestał być dla nich atrakcyjnym kompanem, więc o nim zapomnieli.

Tak jakby fakt, że trzymali się razem od dzieciństwa, nic nie znaczył. Rodzina też się na niego wypięła. Bartek zostałby sam, gdyby nie ja. Byłam jego jedyną podporą, co z jednej strony pogłębiało naszą relację, a z drugiej mocno ją obciążało. To ogromna odpowiedzialność: być dla kogoś całym światem. Każda nastolatka marzy o czymś takim – bo to takie piękne i romantyczne – lecz żadna nie wie, że urzeczywistnienie tego marzenia jest prawdziwym przekleństwem. Ja już wiedziałam.

Po wypadku Bartek bardzo się zmienił

Skończyłam liceum, dostałam się na studia. Rodzice wynajęli mi mieszkanie, w którym mieszkam razem z Bartkiem. Ja poznaję nowych ludzi, rozwijam się, on tkwi w czterech ścianach. Stanowczo odmawia, gdy proponuję mu jakieś wspólne wyjście.

– Ale ty idź, idź, nie przejmuj się mną. Nie musisz ze mną siedzieć – mówi, jakby miał dość mojej obecności, a zarazem wyczuwam w jego słowach jakiś sarkazm.

Kiedyś z nim zostawałam, pomimo jego zapewnień, że nie będzie mu przykro, jeśli wyjdę. Nie chciałam, żeby siedział sam, schowany jak królik w norze. Ale teraz coraz częściej wychodzę. Potrzebuję tego, duszę się, przebywając z nim. Nie potrafię rozproszyć jego smutku, zarażam się jego przygnębieniem.
Na dokładkę niedawno zorientowałam się, że Bartek popija. Wydaje mu się, że dobrze to ukrywa, ale znajduję zagrzebywane na dnie kosza na śmieci „małpki”. Mimo miętówek, która zjada, wyczuwam też w jego oddechu zapach alkoholu.

Właściwie podjęłam już decyzję: powiem Bartkowi, że albo się zmieni, ogarnie, znajdzie jakieś zajęcie, stosowną szkołę lub pracę, choćby chałupniczą, albo od niego odejdę. Wciąż go kocham, ale nie chcę staczać się wraz z nim na dno, choć nie przed takim dnem ostrzegała mnie Ulka.

Czytaj także:
„Za miesiąc mój ślub, ale ja kocham innego. Żeby uprawiać seks z narzeczonym, muszę wcześniej się napić wina”
„15 lat temu mój ojciec zostawił mamę dla kobiety, którą z czasem pokochałam jak własną matkę”
„Myślałam, że bycie samotną matką, usprawiedliwia brak czasu dla córki. O mały włos nie straciłam dziecka”