Nie lubię okresu przedświątecznego. Świat zamiast zwolnić i w zadumie spędzić kilka dni, gna bez celu jak szalony. Przy okazji wciąż ktoś mnie trąca, popycha, przestawia. „Przynieś!”, „podaj!”, „pozamiataj!” słyszę dookoła, próbując zrozumieć ogarniającą społeczeństwo manię sprzątania, czyszczenia i odkażania wszystkiego, co tylko znajdzie się w zasięgu naszego wzroku.
WIDEO…
Co więcej, lodówka nagle okazuje się za mała, żeby pomieścić wszystkie produkty, ilość prania zaś za duża, by je gdziekolwiek rozwiesić. Okna sąsiadki też jakieś bardziej błyszczące, a ona sama po zimie wygląda szczuplej, atrakcyjniej i… zdecydowanie lepiej niż my. Do tego każdy narzeka, że ceny wysokie, kolejki długie a rodzina mało pomocna – musimy więc wszystko sami, a sami nie nadążamy!

No tak. Okres przedświąteczny nie sprzyja odświeżaniu stosunków towarzyskich. Rodziny za to sama unikam, ale tłumaczenie, że moje okna czy posadzki jeszcze spragnione płynu i środków czyszczących nie są, jakoś wcale ich nie przekonuje. W końcu święta się zbliżają, a ja zamiast tracić wytęskniony urlop na polerowanie i ścieranie prawie że niewidocznych pułków kurzu, siedzę z książką w ręce i oddaję się słodkiemu nicnierobieniu. Dziwna jestem, wiem. Jakaś taka… nieprzystosowana społecznie. Przecież każdy sprząta! Każdy poza mną, oczywiście.
Samych świąt też nie lubię. Wszyscy tacy jacyś zmęczeni, zniechęceni, podenerwowani. Po tygodniu unikania towarzystwa, najwyraźniej ciężko nam się oswoić z ludźmi. Jedynie lśniący telewizor nas nie męczy. On jeden nic od nas nie chce, niczego nie wymaga, o nic nie prosi. Cóż, mimo wypchanych po brzegi lodówek u siebie, wiadome że każdy przychodzi w gości głodny i spragniony, więc znów trzeba tam i z powrotem biegać między salonem a kuchnią. Do tego, wszyscy wciąż narzekają, jakie wyczerpujące to święta. I jakie drogie. A my już chcielibyśmy zapomnieć o koszmarze minionego tygodnia! Niestety, trzeba na ileś godzin ubrać się w sztuczny uśmiech i udawać, że radośnie świętujemy Wielkanoc. Choć najchętniej przespalibyśmy dwa dni!
Wciąż najgorszy dla mnie jest okres poświąteczny. Zerkam na stertę filmów, jakie miałam koniecznie zobaczyć w święta, zawstydzona odkładam kilkanaście nieprzeczytanych książek z powrotem na półkę, przypominam sobie o niewysłanych kartkach świątecznych i… znów budzą się we mnie wyrzuty sumienia, że tyle miałam wolnego, a nic nie zrobiłam. Nie schudłam, nie odezwałam się do dawno niewidzianych znajomych, nie spędziłam kilkunastu godzin z podręcznikiem do nauki czegoś tam.
I nawet nie zdążyłam posprzątać!



























