Filmy na jesień fot. Adobe Stock, Syda Productions

Filmy na jesień, które otulają jak ciepły koc. Wywołują uśmiech i dobre emocje

Po komedii Allena uśmiech nie schodził mi z twarzy, a po obyczajowym filmie z Meryl Streep - od razu zachciało mi się gotować. Być może te tytuły są znane i oklepane, ale ja z chęcią odświeżam je tej jesieni, by poczuć się komfortowo i wygodnie - mrożące i paraliżujące dramaty, a także kryminały, odkładam na półkę i zastępuję perełkami, rozgrzewającymi od środka jak kakao.
Edyta Liebert / 05.10.2021 05:55
Filmy na jesień fot. Adobe Stock, Syda Productions

Jesienne filmy kojarzą się z aromatem dyniowych świec, gorącą czekoladą i ciepłym kocem, a takim elementom najbardziej odpowiada klasyka gatunku. Istnieje sporo filmów, które z pewnością wpisywałyby się w kategorię filmów idealnych na jesień: takim przykładem może być „Słodki Listopad” z Charlize Theron i Keanu Reevsem, ale celowo nie dodałam go do listy. Dlaczego?

Szukałam filmów, które generują pozytywną aurę i dobre emocje. Nie takich, na których chce się ronić łzy (chyba, że ze śmiechu). Nie chcę dramatów i żałoby (jak np. w „Jednym dniu” czy „Kupiliśmy ZOO”). Daleko mi też do głupiomądrych komedii romantycznych, które często uwłaczają IQ widza, tworząc scenografię sielską, bajkową i odrealnioną z udziałem stereotypowego Kopciuszka i księcia. Na takie filmy, jak „Powiedz tak”, „Zamiana z księżniczką”, mam wydzieloną specjalną szufladkę na grudniowy czas :)

Jak poślubić milionera, 1953, reż. Jean Negulesco

Film jest adaptacją broadwayowskiej sztuki i nie można mu odmówić niebywale teatralnego charakteru. Trzy modelki Schatze (Lauren Bacall), Loco (Betty Grable) i Pola (Marilyn Monroe) mieszkają w Nowym Jorku i są bez grosza przy duszy. Ich pomysłem na życie jest usidlenie bogatego, przystojnego (nie jest to warunek wymagany) amanta, który zapewni im byt i życie ponad stan. Wyznają zasadę, że lepiej płakać w Mercedesie… ;)

Podczas prób złowienia złotej rybki dochodzi do wielu zabawnych perypetii i zwrotów akcji. Każda z aktorek tworzy tak wdzięczny obraz bohaterki, że nie sposób tego tria nie polubić. Nie pozwalają sobie na zwątpienie i zauroczenia, ale do czasu...

Gdy ostatecznie miłość puka do ich drzwi, próbują za wszelką cenę jej nie wpuszczać, kneblują ją i udają, że uczucia nie są tak ważne, jak życiowe aspiracje. Nawet problemy finansowe sprawiają, że widz uśmiecha się od ucha do ucha.

Rewelacyjna gra aktorska Marilyn Monroe i Lauren Bacall sprawia, że nie można oderwać oczu od ekranu. Są przezabawne, charyzmatyczne i piękne. Ale to Bacall skrada całe show dzięki wstawkom o filozofii życiowej dotyczącej relacji damsko-męskich, elegancją, charyzmą, inteligencją i błyskotliwym ripostom. Chłodna i dystyngowana, koncentruje uwagę widza na sobie. Co ciekawe, w jednej ze scen postać grana przez Lauren Bacall, Schatze, stwierdza, że szaleje na punkcie bohatera filmu „Afrykańska królowa”. Chodzi o Charliego Allnuta granego przez... Humphreya Bogarta, rzeczywistego męża Bacall. To arcyciekawe mrugnięcie okiem do widza.

Z kolei Marilyn Monroe gra trzpiotliwą, wesołą blondynkę, która jest opozycyjna względem Bacall; ta ma opracowany plan, a Pola jest spontaniczna, urokliwa, lekkomyślna. Razem stworzyły na ekranie wyśmienity duet, choć w życiu prywatnym daleko im było do nawiązania przyjaźniBacall opisując pracę przy powstawaniu filmu zwróciła uwagę, że Monroe była przestraszona, niepewna siebie, zagubiona.

„Jak poślubić milionera” był czwartym najbardziej dochodowym filmem roku, przyniósł bowiem ponad 8 mln dolarów dochodu. Lata 50., czyli premiera filmu, to tzw. srebrne lata Hollywood, czyli okres trudny z uwagi na wdzierające się do domów telewizory i seriale. Kinematografia miała się gorzej. Presja sukcesu wywierana na Monroe była silna. W tym samym roku na ekranie pojawiły się z jej udziałem dwie inne produkcje: „Mężczyźni wolą blondynki” oraz „Niagara”. Rok później - „Rzeka bez powrotu”, „Słomiany wdowiec”. Równie dobre, klasyki warte obejrzenia wieczorową porą.

Kadr z filmu „Jak poślubić milionera”fot. Kadr z filmu „Jak poślubić milionera”/Materiały prasowe

Wszyscy mówią kocham cię, 1996, reż. Woody Allen

Przeskakujemy o 40 lat do przodu, czyli pierwszej i jedynej komedii romantycznej Allena z musicalowymi wtrętami. Do reżysera nie czuję mięty, a jego filmy oglądam zazwyczaj raz i do nich nie wracam, z wyjątkiem „Vicky, Cristina, Barcelona”, „Blue Jasmine” czy „Wszyscy mówią: kocham cię”. Film, który obejrzałam dzięki mojemu mężowi, który wspomniał o nim na moje pytanie, czy kojarzy pozytywne, ciepłe filmy, które nie pozostawiają niesmaku. Zdradził, że to film, który obejrzał w całości w karetce jadąc kilka godzin ze złamaną nogą, bo tylko taki film na DVD był na pokładzie ;)

Nie przepadam za musicalami, choć mają w sobie coś magicznego: elementy muzyki i tańca dodają wdzięku filmowi, staje się on bardziej strawny emocjonalnie. W tym filmie choć jeden z bohaterów (grany przez Allena) przechodzi smutne chwile i na koncie ma sercową udrękę, nie sposób nie odnieść wrażenia, że tak naprawdę jest szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. Tylko chciałby po prostu się zakochać z wzajemnością.

W oczy rzuca się od razu obsada: Goldie Hawn, Alan Alda, Julia Roberts, Drew Barrymore, Edward Norton (śpiewający Edward Norton!). Woody Allen nie zdradził aktorom, że będą grać w musicalu, dopóki nie podpisali kontraktów. Goldie Hawn musiała zejść poniżej swoich możliwości wokalnych, bo nadto wyróżniała się na tle pozostałych bohaterów. Najbardziej utkwił mi w pamięci młodzieżowo gibający się Edward Norton, którego wcześniej oglądałam w „Lęku pierwotnym”. To dopiero kontrast! 

Fabuła filmu jest prosta. Mamy liczną patchworkową rodzinę z Manhattanu, o której perypetiach opowiada nam narratorka i bohaterka, 17-letnia DJ. Bardzo pragnie, by podobnie jak matka (Goldie Hawn), ojciec (Woody Allen) związał się ze wspaniałą kobietą i był szczęśliwy. Pada na Von, czyli ujmującą Julię Roberts, dla której Allen traci głowę, ale z którą nie łączy go wiele, choć zna jej sekrety…

Każda z postaci ma „swój moment”, przeżywa większą lub mniejsza tragedię, szczęście i nieszczęście, ale nie popadamy tu w skrajności. „Wszyscy mówią kocham cię” ma swój jeden, stały rytm i gwarny charakter. Czasem przypomina losy Kevina i jego rodziny („Kevin sam w domu”).

Kadr z filmu "Wszyscy mówią: kocham cię”fot. Kadr z filmu „Wszyscy mówią: kocham cię”/Materiały prasowe

Julie i Julia, 2009, reż. Nora Ephron

Film, który pachnie, nęci i porusza. Choć nie jest najpozytywniejszym obrazkiem z całej tej trójki, to zdecydowanie zasługuje na miano otulającego filmu na jesień, od którego robi się ciepło i miło; masło strzykające na patelni z ekranu, przywodzi na myśl dźwięk trzaskającego drewna w kominku, a prykający na palniku sos, zaopiekowany przez Meryl Streep, niemal unosi się w mieszkaniu podczas seansu.

Film jest o radości jedzenia, radości które jedzenie daje, a także o wartości stawianych sobie celów. Wyjątkowość tego kulinarnego, francuskiego poematu, stanowi fakt, że „Julie i Julia” to ekranizacja fragmentów biografii dwóch niezwykłych kobiet. Julia Child (Meryl Streep) w powojennej Francji uważana jest za guru sztuki kulinarnej. Wiele Francuzek uczyło się razem z nią gotować, wypiekać, smażyć i pitrasić w maśle obiady i desery. Z kolei Julie Powell (Amy Adams) to niespełniona pisarka, której perypetie trafiły na ekran dzięki jej popularności w internecie.

Film opowiada historię „nowoczesnej” Julii, która chce w ciągu roku przygotować wszystkie 524 potrawy według przepisów z książki kucharskiej Julii Child. Całość jest przeplatana wątkami z życia znanej kuchmistrzyni. Ma kilka słabych momentów, nie jest arcydziełem, choć jej atrybutem jest wyborna obsada.

Każdy z tego obyczajowego filmu może wycisnąć z niego to, na co ma ochotę - dla kogoś to trywialna opowieść o gotowaniu i zabijaniu nudy, dla innych - poradnik, jak zmienić coś w swoim życiu i wytrwać w postanowieniu wbrew przeciwnościom losu. Mamy portret kobiety, poświęcającej się domowemu ognisku, która pragnie wypełnić czas spowodowany brakiem pracy i dziecka. Mamy też obraz nowoczesnej dziewczyny, która jest rozczarowana i zagubiona, ale chce walczyć o siebie. Obie odnajdują pasję w gotowaniu, które ma terapeutyczne działanie. Po tym seansie chce się po prostu iść do garów z myślą, że niemożliwe nie istnieje :)

Kadr z filmu „Julie i Julia”fot. Kadr z filmu „Julie i Julia”/Materiały prasowe

Czytaj także: Obiecujące nowości serialowe na jesieńWyśmienity likier piernikowy - przepis
Czy jesteśmy z natury leniwi? Obalamy mity

Tagi: film