Z głową w chmurach - jak drogo zapłacisz? (można zniiiiżkę?!)

Kiedy jesteś wyczerpany trudnymi pytaniami życiowymi, a właściwie procesem ich zadawania wciąż i wciąż. Zmęczony strachem przegapić właściwą okazję albo zrobić zbyt pośpieszny ruch, stracić zamiast zyskać...
/ 26.11.2010 06:47

Kiedy jesteś wyczerpany trudnymi pytaniami życiowymi, a właściwie procesem ich zadawania wciąż i wciąż. Zmęczony strachem przegapić właściwą okazję albo zrobić zbyt pośpieszny ruch, stracić zamiast zyskać...

Nie ma nic lepszego niż uświadomienie sobie prawdy. Czasami może być gorzka, może się podobać, czasami przynosić smutek. Wbrew wszystkim przekonaniom smutek powiązany z uświadomieniem prawdy nie jest głęboki. Gdy jesteś w stanie zrozumieć, jednocześnie jesteś w stanie to przyjąć. Nie męczą Cię więcej pytania: a może tak? a może nie? czemu i dlaczego? Wszystko to samoistnie odchodzi w niepamięć, jakby odpływa powoli, nieśpiesznie, aż zdajesz sobie sprawę, że odpowiedzi na pytania są już obojętne, a same pytania dawno nieaktualne. Pozostaje tylko prawda, a z nią przychodzi spokój. Hej, nie panikuj! To nie wieczny spokój!!! (tam jeszcze się nie wyprawiam i nikomu nie życzę). Spokój, to...hm, może nazwać to stanem skupienia, przebudzenia? Wtedy, co prawda nie pasuje to do bajki o „Śpiącej Królewnie” na przykład, bo to ona się obudziła, kiedy się zakochała. Ja chyba wtedy właśnie zapadłam w długi czteroletni sen...

No i przyznam przebudzenie jest nie po prostu przyjemne, ono jest boskie! Wiecie, jest tak jakby powiało zapachem oceanu i przygrzało słoneczkiem. Otwierasz oczy i widzisz jak pięknie jest dookoła, jak dużo wszystkiego, chcesz śpiewać, wołać, skakać, tańczyć, stwarzać nowe rzeczy, realizować marzenia... A przecież mogłaś jeszcze kolejnych kilkanaście lat spędzić w spleśniałym hamaku swoich wyobrażeń i oczekiwań, niedostrzegając tego, co było dookoła! I ta świadomość, ta prawda zaczyna się liczyć. Życie raptem nabiera barw i szybkości.

Dziwne, ale zawsze myślałam, że jest to trochę smutne, chociażby powołując się na słowa Coelho: „Miłość przynosi spokój tylko, gdy umiera”(jaki tragizm! ...ale przynosi) i „Skazany od początku na niepowodzenie jest ten, kto szuka w miłości spokoju”(...i prawda życiowa). Jednak wszystko to jest niebem w porównaniu z wcześniejszymi torturami, zastanawianiem się, absolutnym rozkojarzeniem, niemożnością się skupić i wreszcie zrozumieć czego do cholery chcesz, bo jedynym pragnieniem było wyzwolenie. Nie no, miłość jest okrutna. Myślę, że nawet powinna być. Trzeba umieć spłacać cenę tak pięknych uczuć. Ale chyba osobiście oddałam już swój dług i to dodaje siły. Zresztą, że wcześniej czy później i tak na Twoją drogę się wtacza chęć do życia i niesamowity prąd energii, którą traciłaś na puste (ale trzeba przyznać ładne!) marzenia.
Ech, czego tylko nie ofiarujemy dla tej piękności!! Jak drogą cenę płacimy, żeby pięknie wyglądać, pięknie żyć, mieć budzące dreszcze uczucia i chodzić z głową w chmurach? I jeżeli te dwie pierwsze rzeczy można uzyskać dzięki odpowiedniej ilości pieniędzy, to w wypadku tej trzeciej odpłacamy swoim czasem, oczekiwaniami i nieziszczonymi marzeniami. Pieniądze są zdecydowanie lepszą opcją, chociażby ze względu na stabilność psychiczną po zrównoważonych kilku latach życia i w ogóle stabilność, gdy nie bujamy co chwila w obłokach, ale mocno dotykamy powierzchni ziemi. Wtedy się czujesz „bardziej żywy” (jeżeli można to tak nazwać) albo po prostu masz pewne, realnie ustalone cele, coś więcej niż oczekiwania i pragnienia, coś, co zależy tylko od twojej chęci. Więc nasuwa się wniosek: „Budzić się warto, szczególnie, gdy życie staje się koszmarem”.

Więc obudziłam się i uświadomiłam: to jest przecież koniec roku!! Teraz ważne zebrać się w garść i wykorzystać czas do 2011 jak najlepiej!! Pozostało (sprawdzam na odczytniku) trzy...: 36 dni, 23 godziny, 33 minuty i 3 sekundy (timeanddate.com nie kłamie!). I z każdą sekundą coraz mniej! Nie, więcej nie zasnę, nie w tym roku! Ale dużo mam do załatwienia!

Jeszcze chwila, proponuję rzucić okiem w kierunku mody. Ostatnio Warszawę przebiegły dreszcze emocji związane z akcją-atrakcją w H&M. Chodzi o kolejną limitowaną, ekskluzywną edycję ubrań, tym razem podpisaną przez paryski dom mody Lanvin. Założycielką była Jeanette Lanvin, która rozpoczęła karierę od szycia i projektowania strojów dla dzieci, później z sukcesem dołączyła stroje dla ich matek, aż ogarnęła całe społeczeństwo i w 1909 roku stała się słynną i docenianą „couturiere”. Tyle wiadomo z historii, a praktyka mówi, że H&M stał się ulubionym sklepem odzieży projektantów. Od lat wystawiają tam swoje kreacje i wszycy odnoszą sukces. Oprócz Lanvin dla H&M do tej pory projektowali Karl Lagerfeld, Stella McCartney, Viktor&Rolf, Roberto Cavalli i Comme de Garçons, Matthew Williamson.

„We wszystkich przypadkach kolekcje pojawiały się tylko w wybranych salonach w różnych krajach i błyskawicznie znikały z półek. Ci, którzy nie zdążyli ich upolować, do tej pory krążą jak błędne dusze po różnego rodzaju e-bayach i allegro upatrując ostatniej na świecie wymarzonej sukni.” – pisze Dziennik.pl. Ech, zakupoholicy i zakupoholiczki, oraz chętni sięgać do pięt wysokiej mody! Kolejna pokusa i dobra wiadomość jednocześnie. Jutro na Nowym Świecie otwarcie kolejnego H&M!

Jednak coś tu gra, coś pozytywnego. Fajne, że na wyroby projektantów teraz stać nawet niektórych studentów. Piękne rzeczy w pięknych pudełkach przywędrowały do nas na wykład. Od razu dało się słyszeć „och” i „ach”, a również „nie pokazuj mi tego, jestem zakupoholiczką”! Koleżanka mówiła, a nam z podziwu odpadały szczęki. Ósma rano, przedługawa kolejka przed sklepem, 15 minut na wejście, porwanie ciuszka i ucieczkę od babki, która wymiata wszystkich, kogo czas się skończył. O przymierzalniach nie ma mowy! I to się zwie wysoką modą? Chyba nie degradujemy...