Co się dzieje z organizmem po miesiącu niejedzenia cukru i słodyczy? I dlaczego warto zmienić dietę?

Dziś mija równy miesiąc, odkąd rzuciłam cukier. Zrobiłam to w akcie sprzeciwu wobec pewnych nawracających problemów zdrowotnych, umocniona rozmową z mądrą panią doktor – która, miast kolejnego leku, zagadnęła mnie niewinnie a kusząco: „a może dieta?...”.
cukierki fot. Panthermedia

Wydawało się, że nie będzie łatwo. Swego czasu mięso rzucałam dość lekką ręką, wystarczyło sobie poprzemawiać do wyobraźni obrazami z hodowli, ubojni, rzeźni; zwykłą ludzką przyzwoitością: chcę mieć w tym swój udział czy nie?
A jak przekonać siebie, że cukier nie krzepi? Przecież nie cierpieniem buraka!

System kontra człowiek, czyli perypetie przyszłej mamy u lekarza

Dużo pracuję, i to na różne sposoby: piszę książki, prowadzę dom, matkuję. Jestem logistykiem, szoferem, sprzątaczką, intendentką, kucharką, planistą. Do tego doceniam swoją pracę – zatem mój dotychczasowy jadłospis przewidywał wiele słodkich nagród w ciągu dnia.

Śniadania jadałam ultrazdrowe. Wstaję wcześnie, z werwą, i z zapałem szykuję owsianki, jaglanki, orzechy, moc warzyw. Ale już drugie śniadanie przypadało na specyficzny moment: powrót ze spaceru z psem i zasiadanie do komputera na dłużej. Do tego aktu tworzenia miałam już przygotowany cały ciąg usprawiedliwień, jak to znakomicie mi się pisze z czekoladą (…ciastkami, chałwą…) – no i oczywiście stertę stosownych wspomagaczy.
Obiady gotuję sama, zakładam, że są raczej zdrowe. Lecz po obiedzie nieodzowny był słodki finisz, wykończenie, wisienka na torcie.
Popołudnia i weekendy to czas dla rodziny. Uwielbiam to celebrować domowymi wypiekami. Mam cały segregator przepisów na wszystko, czego zapragniesz – chałwowe, bananowe, marchewkowe, maślane, biszkopt, kruche z owocami… Już samo ich robienie, z równie chętną córką, sprawiało mi przyjemność!
Do tego wiadomo, lato – a więc lody: pokusa każdego wyjścia z domu. Co nie znaczy, że zimą ten punkt znikał. Nie znikał, zmieniał się jedynie w ciepłą szarlotkę, gorącą czekoladę, naleśniki pełne wszelkich dóbr.
Odmówić sobie potrafiłam dwa razy w roku: w adwent i wielki post. Jak widzisz, u mnie nic nie może być po prostu, musi być z wielką przewodnią ideą, koniecznie w imię czegoś.

Gdzie mieszkają najbardziej leniwi ludzie? Nie jest im po drodze z aktywnością fizyczną

I naraz – z dnia na dzień, do tego we własne imieniny, przestaję jeść cukier. Zwyczajnie. Pełne zaskoczenie, jak w wierszyku „a lato przyszło pieszo”. Bo… poszło dość gładko.
Najpierw oczywiście ideologia. Z wypiekami na twarzy, niczym najlepszą sensację, przeczytałam Historię wewnętrzną Giulii Enders – o tym, jak jelita i ich mieszkańcy sterują naszymi potrzebami, zachciankami, a w efekcie zdrowiem i samopoczuciem. Że to nie ja, nie mój mózg, a zastępy bakterii i grzybów domagają się tych słodkich nagród, finiszów; składają zamówienia, co by teraz zjadły, które ja odbieram jako moją chętkę.
A kto lubi nagle odkryć, że jest frajerem? Nieświadomym pośrednikiem? Że pełni w łańcuchu pokarmowym kapkę inną rolę, niż zwykł był uważać?...

Basta – zdecydowałam. Nie będą grzyby pluć nam w twarz! To ja tu teraz rządzę.
I zarządziłam, że teraz będę hodować te dobre bakterie, które odwdzięczają mi się prawdziwą współpracą, wsparciem i zdrowiem.  
Czy stałam się pustelnikiem? Nie. Nadal nagradzam się frykasami, tyle że przybrały postać albo wytrawną, albo – jeśli już mus – to musów owocowych słodzonych bananem, suszonych moreli itp.
I wiesz? Czuję się świetnie. Miesiąc to nie za wiele, by zauważyć jakąś zmianę w organizmie – ale niesie mnie satysfakcja z mądrego sojuszu.

Całuję!
Wyzwolona

Ta drobna zmiana w codziennym życiu sprawi, że w końcu schudniesz... i to bez większego wysiłku!

Moja dzielna P.!

Jestem z Ciebie bardzo dumna. Rzucić nałóg – tak, tak, cukier to nałóg – omamia nasz organizm, przyzwyczaja, nagradza i już ma go w garści; stają się nierozłączną parą, ale on jest panem, a organizm niewolnikiem – to wyczyn!
Podłość i podstępność cukru, a właściwie producentów żywności, polega na tym, że rozpanoszył się on w całej spożywce. Że jest w słodyczach, wyrobach ciastkarsko-piekarniczych, napojach – no trudno, trochę tam pasuje. Ale ostatnio znalazłam cukier w wędlinie i frytkach. Frytkach, rozumiesz?!

Trzeba dać odpór cukrowi. Ja też dałam. Wiesz, że od lat borykałam się z wysokim cholesterolem. Nie jem tyle mięsa, myślałam, a już na pewno nie tłustego. No ale masło lubię, prawda. Zaczęłam się ograniczać, lecz wyniki właściwie się nie zmieniły. Los mnie również lubi – też spotkałam mądrą panią doktor, która powiedziała: „Lepszy boczek od ciasta. Słodycze to cukier, syrop glukozowo-fruktozowy i tłuszcze trans. Są dla nas zabójcze. Proszę odstawić i obserwować efekty”.

Łatwo powiedzieć. Wprawy już nabyłam – przed dziesięcioma laty dowiedziałam się, że mam celiakię, więc odwykałam od glutenu (który też obficie występuje w wyrobach spożywczych). Trudny czas, pozbawić się przyjemności chrupiącej skórki, pszennych bułek, żytniego chleba… No ale to choroba, a konsekwencje niekonsekwencji były bardzo bolesne. Przy cukrze motywacja musiała być jeszcze silniejsza – i to wewnętrzna, bo natychmiastowych dolegliwości zdrowotnych nie było, tylko te odroczone. A kto by się martwił tym, co w przyszłości?...

Przestałam słodzić kawę. Zaczęłam kupować niedosładzane soki owocowe. Nie musiałam rzucać napojów gazowanych, bo ich nie piłam. Z czekolady jadłam tylko gorzką. Po roku wynik stężenia cholesterolu we krwi było o 30 procent niższy!
Sukces motywuje do dalszej walki. W ciągu kolejnego roku dalej pokazywałam cukrowi drzwi. Największą dolegliwością był brak słodkiego po obiedzie – takie przyzwyczajenie, że nie szło go ruszyć. Na deser jadłam owoce i ser. Kiedy było bardzo źle, słodziłam herbatę miodem.
Oglądałam programy na BBC o tym, jak cukier nas niszczy. Bardzo sugestywnie otłuszczone wątroby, potężne blaszki miażdżycowe, zadyszki, grzybice. Pomagało wytrwać.
I wiesz co? Można żyć prawie bez cukru. Powiem Ci więcej – ja już rzadko mam ochotę na coś słodkiego!

W tym zmaganiu nie chodziło o figurę (choć jest lepsza, ale to efekt uboczny), tylko o zdrowie – całej rodziny, bo lodówka i szafki kuchenne wspólne. Dzieci trochę kręciły nosami, ale w końcu zrozumiały, że to matczyna miłość i troska. W ich przypadku trochę słodyczy jest, ale starannie wybranych, z naturalnych składników, w małej ilości.

Więc nie ustawaj w wytrwałości, trzymam kciuki. I bez stresu się ze mną spotykaj – ja Cię nie będę wodzić na manowce – do kawy (niesłodkiej) dostaniesz  czekoladę gorzką (70% kakao) i daktyle.

Całuję, Zuchu!
A.

Polecamy cykl felietonów... w formie listów. Dwie autorki poczytnych książek - Paulina Płatkowska i Agnieszka Jeż - wymieniają ze sobą listy - o życiu, rodzinie, miłości, o wszystkim, co dla polskich kobiet, matek, żon, singielek, szczęśliwych i tych szczęścia szukających jest ważne. A my je publikujemy na Polki.pl.

Najnowsza książka Pauliny Płatkowskiej i Agnieszki Jeż „Marzena M.”  już do kupienia w Empiku. Zapraszamy też na funpage pisarek!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/rok temu
Ja też nie jem już słodyczy i cukru a jak mam ochotę na "coś" to kupuję rodzynki lub migdyły... Super pozwala wogóle nie myśleć o słodkim :) choć rodzynki są meeeega słodkie to zastępują np.: czekoladę mleczną milkę, to mają mnóstwo witamin !!! to działa - serio :)