„Wystarczył mu byle pretekst, by mnie uderzyć. Już przed ślubem był porywczy, ale myślałam, że się zmieni"

przemoc fot. Adobe Stock
Mój mąż już przed ślubem był mocno porywczy. Potrafił mnie obrazić, uderzyć. Miał jednak istotną zaletę – dużo kasy.
/ 06.03.2020 12:57
przemoc fot. Adobe Stock

Nasze zamknięte osiedle było idealne – równo przystrzyżone trawniki, pomalowane na pastelowe kolory fasady niewysokich bloków, pośrodku zadbanego parku sadzawka, w której pluskały się kaczki.

Wzdłuż chodników stały auta. Nie jakieś rzęchy, tylko znacznie bardziej szpanerskie – bmw, audi, terenówki. Niemal każde w cenie kawalerki.

Ludzie też byli piękni i młodzi, zadbani niczym z żurnala. Mijali się jednak bez słowa, nie patrząc sobie w oczy. Na mój widok czasem ktoś bąknął pod nosem obojętne „Dzień dobry”, ale zaraz pospiesznie mnie wymijał. Może właśnie dlatego nikt nigdy nie reagował, kiedy mój mąż wpadał w szał?

Robert coraz częściej urządzał awantury, ale sąsiedzi niczego nie słyszeli

Na naszym ekskluzywnym, zadbanym osiedlu policji się przecież nie widywało… Wszyscy solidarnie udawali, że nic nie słyszą, nawet jeśli Robert urządzał te swoje awantury przy otwartych na oścież drzwiach balkonowych.

Dlaczego? Bo był lekarzem, wziętym pediatrą; wśród sąsiadów uchodził niemal za ideał.

Po nocach odwiedzał ich chore pociechy i nikomu dobrego słowa nie żałował. Nikomu – oprócz własnej żony. Mnie potrafił tylko wyzywać od najgorszych.

Któregoś razu dostało mi się za różową bluzkę. Była jedwabna, z eleganckim żabotem przy szyi i krótkim rękawkiem. Kupiłam ją na chrzciny jego bratanka w jednym z droższych butików w centrum miasta i włożyłam do wąskiej, czarnej spódnicy.

Wyglądałam ładnie, świeżo i radośnie, ale mężowi się nie spodobałam… Po powrocie do domu nazwał mnie bezguściem i zarzucił, że przyniosłam mu wstyd przed rodziną.

– Może w twojej rodzinnej wiosce nosi się takie falbany, ale tu jest miasto! – rzucił przez zęby, po czym podarł na mnie tę nieszczęsną bluzkę i pchnął mnie na ścianę, wyzywając od tłumoków.

Mojemu mężowi wystarczył byle pretekst, by mnie uderzyć

Przepłakałam całą noc, rano jednak podałam Robertowi śniadanie i, udając, że nic się nie stało, zapytałam, kiedy wróci. Burknął, że późno, i w pośpiechu wyszedł z mieszkania.

Zerknęłam na naszą czteroletnią córeczkę – grzebała łyżką w misce kukurydzianych płatków i wyglądała tak słodko… Gdyby nie dziecko, dawno odeszłabym od Roberta, ale zabrać małej ojca nie potrafiłam. 

Robert był co prawda złym mężem, ale całkiem dobrym ojcem. Kamilka za nim przepadała, jak więc mogłabym jej go odebrać?

Kolejny miesiąc minął jakoś spokojniej. Mąż nie szukał zaczepki, raz nawet kupił mi kwiaty. Podejrzewałam, że dostał je w szpitalu od wdzięcznych rodziców któregoś ze swoich małych pacjentów, lecz i tak się ucieszyłam.

Łudziłam się wtedy, że może Robert się zmienił, przemyślał sobie wszystko, postanowił dać szansę naszemu małżeństwu. Może jeszcze będziemy naprawdę szczęśliwą rodziną. Ależ byłam naiwna… 

Uderzył mnie którejś środy. Szczęściem małą zabrała moja teściowa i byliśmy sami. Tym razem dostało mi się za to, że przez pomyłkę uprałam jego ulubioną koszulę z ciemniejszymi rzeczami.

– Musiała mi się zaplątać między resztę prania – tłumaczyłam się.
Nie odpowiedział. Po prostu trzasnął mnie prosto w twarz. Osunęłam się na podłogę, osłaniając głowę rękoma, ale tym razem nie znęcał się nade mną dłużej. Wyszedł z łazienki, trzaskając drzwiami, a chwilę później złapał kluczyki i zostawił mnie w domu samą.

Wrócił w środku nocy, dochodziła trzecia. Pachniał ciężkimi, piżmowymi perfumami innej kobiety i sprawiał wrażenie wyjątkowo z siebie zadowolonego.

– Dlaczego mi to robisz, Robert? Czemu niszczysz naszą rodzinę? Nie liczę nawet, ile razy mnie pobiłeś, a teraz jeszcze to. Masz romans? Ja ci nie wystarczam? Jestem aż tak złą żoną, że musisz…
– Zamknij się – warknął. Żadnych tłumaczeń czy usprawiedliwień, żadnego „przepraszam”, zero szacunku dla mnie.

Tamte słowa dobitnie uświadomiły mi, jak niewiele dla niego znaczę. Wtedy coś we mnie pękło. Rzuciłam się na niego z pięściami i zaczęłam go tłuc, gdzie popadnie. Oddał mi od razu i zalałam się krwią z rozbitego nosa. Resztę pamiętam jak przez mgłę.

Wybiegłam na klatkę, chyba wołałam o pomoc. Wtedy ktoś wezwał policję. Po raz pierwszy, odkąd tam mieszkaliśmy, któryś z sąsiadów zareagował.

Nie łudziłam się, że zrobił to z życzliwości. Pewnie po prostu chciał spać, a nasze wrzaski zakłóciły ciszę nocną.

Patrol przyjechał, kiedy od jakichś dwudziestu minut, skulona i zziębnięta, siedziałam na ławce przed blokiem. Policjantów było dwóch. Starszy, obcięty na jeża, od razu zasugerował, żebym założyła sobie Niebieską Kartę.

Młodszy przyglądał mi się w milczeniu, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Powiedziałam, że to moja wina. Że sprowokowałam męża, a on był zmęczony.

– Czy ty słyszysz, co mówisz, kobieto?! Siedzisz tutaj cała we krwi i mówisz, że to nie jego wina?! – odezwał się młodszy, a w jego głosie usłyszałam gniew.
– Po prostu sobie jedźcie. Nie wzywałam policji, nie chcę wnosić żadnej oficjalnej skargi – szepnęłam przez łzy.

Policję wezwał sąsiad. Chyba tylko to ocaliło mi życie

Zapytali, czy potrzebuję karetki. Zaprzeczyłam ruchem głowy i dzwoniąc zębami z zimna, wróciłam na górę. Robert czekał w przedpokoju. Miał zaciśnięte usta i plamy z krwi na koszuli, ale nie wyglądał na wściekłego. Przeciwnie, zrobił mi herbaty, przygotował kąpiel i obiecał, że już mnie nie uderzy.

Wytrzymał niecałe dwa tygodnie. Później znowu mi się dostało. W końcu coś we mnie pękło. Wzięłam dziecko i wyniosłam się do przyjaciółki. Myślałam, że po tym jak zabrałam mu córkę, wpadnie w szał i będzie mnie nachodził w mieszkaniu Oli.

Myliłam się. Najwidoczniej interesował go jedynie romans z tą kobietą pachnącą piżmem, bo w ogóle się tym się nie przejął. Zrobił za to co innego. Najpierw zmienił zamki, żebym nie mogła wejść do mieszkania pod jego nieobecność, a potem opłacił najlepszą w mieście prawniczkę.

Obiecywał że więcej mnie nie uderzy, nie dotrzymał słowa

Dziś jesteśmy parę miesięcy po rozwodzie. Wróciłam na wieś, do rodziców, jakoś sobie radzę. Robert się do mnie nie odzywa. Nie odbiera moich telefonów, nie odpisuje na SMS-y. Na Kamilkę płaci. Co miesiąc przesyła na moje konto zasądzone alimenty, jednak córki nie odwiedza.

Mała często pyta o ojca, a mnie pęka serce, kiedy pomyślę, jakim się okazał nieczułym draniem. Kiedy jeszcze byliśmy małżeństwem, godzinami układał z nią klocki, bawił się lalkami, uczył jeździć na rowerku. Teraz nawet nie dzwoni, żeby zapytać, co u niej słychać. Zupełnie, jakby przestała być dla niego ważna tylko dlatego, że się rozstaliśmy. Przecież to podłe!

Czasem myślę, że to wszystko moja wina. Wiedziałam przecież świetnie, za kogo wychodzę. Robert zawsze był porywczy i już przed naszym ślubem urządzał mi awantury.

Tuż po przyjęciu zaręczynowym nazwał mnie dziwką tylko dlatego, że parę razy zatańczyłam z jego bratem. Kilka dni później boleśnie wykręcił mi rękę, bo zbyt długo rozmawiałam przy barze z młodym kelnerem.

Udawałam jednak ślepą i głuchą, mówiłam sobie, że skoro kocha, to jest zazdrosny. Mieliśmy już przecież ustalony termin ślubu, wysłaliśmy zaproszenia. Nie chciałam zrywać zaręczyn, bałam się reakcji rodziny, przyjaciół.

Zresztą był jeszcze jeden powód, którego teraz bardzo się wstydzę. Prawda jest taka, że chciałam się u boku Roberta ustawić

W duchu liczyłam na to, że u boku Roberta czeka mnie wygodne życie

Pochodzę z Podkarpacia, z kochającej się, ale biednej rodziny. Nie było nas stać na nic, a tu nagle trafił mi się narzeczony z innej bajki. Elegancki samochód, przestronny apartament na strzeżonym osiedlu, który kupili Robertowi jego rodzice, zagraniczne wyjazdy, zakupy w najlepszych, drogich sklepach.

Kiedy wybrał mnie ze wszystkich młodych i ładnych pielęgniarek pracujących w naszym szpitalu, chodziłam dumna jak paw.

Koleżanki nie kryły zazdrości, że złapałam takiego faceta. A ja – sprzedałam duszę diabłu! Za kilka flakonów drogich perfum, wakacje na Teneryfie, którą on uwielbiał, i trochę ciuchów, które kupiłam sobie za jego pieniądze.

Zresztą moja radość z jego bogactwa szybko się skończyła. Już rok po ślubie mąż zażądał oddzielnych kont i żyłam z tego, co zarobiłam jako pielęgniarka. A teraz zostałam z niczym. Chociaż nie – nie mogę tak mówić. Jest przecież Kamilka, dla której muszę być silna.

Robert zdeptał moje poczucie godności, zniszczył moją wiarę w siebie, ale nie odbierze mi najważniejszego – miłości mojej ukochanej córki. Moi rodzice mówią, że powinnam nalegać na jego spotkania z małą, ale nie wiem, czy to dobry pomysł. Skoro sam tego nie chce, nie będę go zmuszać.

Przeczytaj więcej prawdziwych historii:

Redakcja poleca

REKLAMA