Czym właściwie jest autentyczność?

Autentyczny - w przenośnym znaczeniu oznacza „wiarygodny”. To charyzma człowieka, któremu się ufa, ponieważ nic nie ukrywa i jest w porządku wobec samego siebie.
/ 11.04.2008 15:55
 
Autentyczność nie jest, przynajmniej jeśli chodzi o ludzi, faktem obiektywnym, ale opiera się raczej na subiektywnym wrażeniu. Kto ważyłby się oceniać, który człowiek jest „prawdziwy”, a który nie? Autentyczność jest jednak również stanem, który można u siebie stwierdzić – lub którego nam może brakować.
Po czym poznajemy, że jesteśmy autentyczni lub nieautentyczni? Czucie się nieswojo jest pierwszą oznaką tego, że nie popieramy całkowicie tego, co robimy, mówimy lub reprezentujemy. Ciało wyraża coś innego niż poczyniona wypowiedź. Coś się tu nie zgadza. Nieautentyczny człowiek nie musi być od razu oszustem, który kłamie i ma złe zamiary. Jednak, nawet gdy mówi prawdę, prawda może brzmieć fałszywie. Odbiera się ją nieprzyjemnie ze strony cielesnej: jesteśmy zażenowani, zduszeni, skryci i zahamowani. Komunikacja nie płynie, wiadomości nie docierają. Konieczność znajdowania się w takim stanie lub przeżywania go u innej osoby ma w sobie coś wstydliwego. Są sytuacje, które prowokują do maskowania się lub też do zachowywania się przynajmniej nie w całkowicie prawdziwy, swobodny i naturalny sposób. W pracy uważamy, że musimy przedstawiać kogoś, kim nie jesteśmy. Nie jest to to samo, co całkowicie świadome odgrywanie określonej roli i dopasowanie swojego zachowania adekwatnie do niej. Im bardziej zważamy na fakt, jak się czujemy (w danej sytuacji) i co zachowanie innych ludzi z nami czyni, tym szybciej wyczujemy, kiedy jesteśmy bardziej autentyczni, a kiedy mniej lub wcale.

Alexandra, lat 29, projektantka ekranowa w dużej agencji Public Relations: Długo nie odważyłam się być autentyczna. Moją pierwszą stałą pracę otrzymałam jako wolontariuszka w agencji reklamowej. Wchodząc do zawodu po skończeniu studiów, byłam niepewna, jak mam się zachowywać wobec koleżanek i kolegów oraz mojej szefowej. Chciałam sprawiać wrażenie profesjonalizmu, ale jak można to było osiągnąć? Nie byłam już studentką, przechodziłam do życia zawodowego, do „prawdziwego świata dorosłych”. Jednak zamiast przyznać się do tej niepewności i zastanowić się, co właściwie znajdowało się u jej podstaw i jak mam z tym postąpić, lub też porozmawiać o tym z innymi, widziałam w niej raczej słabość, którą chciałam ukryć. Nie mogłam sobie w ogóle wyobrazić, że inni w moim położeniu mogli się być może czuć podobnie. Zamiast tego powstało raczej uczucie „zbierz się do kupy i zachowuj się tak, jak zachowuje się w życiu zawodowym, mianowicie profesjonalnie”.
Naturalnie nie stało się to świadomie, ale skutek był taki, że moi przyjaciele, którzy znają mnie jako osobę ciętą, bezczelną, dowcipną i pewną siebie, byliby najprawdopodobniej zdumieni, gdyby mogli mnie zobaczyć w moim pierwszym miejscu pracy. Stałam się bardziej sztywna, powściągliwa, szybko się hamowałam. Coś we mnie mówiło mi, że moja żywsza strona natury nie ma nic do roboty w miejscu pracy. Niepytana przejęłam postawę pochodzącą od mojego ojca: „Kto ma poważne cele, musi dążyć również poważnie. Zabawa i lekkomyślność nie mają tu nic do roboty. Tylko to, co ciężkie i wyczerpujące, jest coś warte”. A ja chciałam sprawiać dobre wrażenie, pokazać, że można na mnie polegać, że nie ma we mnie już nic dziecięcego.
Pracuję teraz w tym biznesie od dziesięciu lat i stwierdzam, że sposób, w jaki zachowuję się w moim życiu prywatnym lub też miejscu pracy, nie odbiega już tak bardzo od siebie jak wcześniej. Ważę się teraz dużo bardziej na pokazywanie moich uczuć, czy to dobry humor i błazeństwo lub też smutek. Spędzam tak dużo czasu swoim biurku, zarówno z kolegami, jak też z moim szefem, że nie mogę i nie chcę się stale maskować. I zauważam, że to działa. Nie jestem z tego powodu traktowana mniej poważnie, wręcz przeciwnie. Czuję się bardziej wolna, mam więcej energii i myślę, że czuje się ją również. Mogę reprezentować moje projekty z większym zaangażowaniem i postrzegam ludzi wokół mnie jako osoby, z własnymi twarzami, swoimi własnymi kłopotami i radościami, a nie jako bezduszne istoty, które dają określone wyniki, i na które jestem skazana ze względu na te wyniki.
Jednak nie oznacza to, że traktuję ludzi w biurze jako namiastkę rodziny. Są czasy, kiedy potrzebuję (tak samo jak inni) większego dystansu. To stałe zbliżanie się do siebie i ponowne oddalanie. Ale zbliżanie się zdarza się dziś dużo częściej z serca. Wpływa to zarówno na moje zadowolenie tutaj, jak i na jakość mojej pracy. A uznanie, jakie otrzymuję, pokazuje mi, że jest to widoczne również na zewnątrz.


Kiedy kobiety odważą się na pozostanie wiernymi sobie, udaje się im zaliczyć długotrwały i trwały sukces akurat dzięki własnemu zaangażowaniu i utożsamianiu się z zadaniami zawodowymi. Gdyż dziś chodzi bardziej niż kiedykolwiek o synergię – współgranie wszystkich energii. Secesja osłabia, zakłamywanie siebie rani i czyni nas chorymi. Tylko ten, kto angażuje się w całości, dysponuje konieczną kreatywnością, chęcią i przekonaniem, by projektować swój własny zawód, według własnych miar. Bardziej po męsku zabarwione żądanie: potraktuj to jak sport! przeformułujemy w: uczyń to tańcem. Z lekkością i gracją, wyczuciem czasu i rytmu we krwi, otwartym sercem i siłą napięcia w każdym włóknie mięśni można lepiej żyć, zapalić się do czegoś, płynąć z nurtem. Do tańca służą dwie nogi: noga, na której stoimy i noga tańcząca zmieniają się. Kiedy tkwimy zbyt długo w sukcesie, noga tańcząca zmęczy się i straci kontakt z pewnością siebie. Powstaje zależność. Jeśli zabraknie sukcesu, nie ma gruntu pod nogami. Jeśli jednak kobieta nie odważy się nigdy na krok w kierunku sukcesu i nie pokazuje się nigdy publicznie, miejsce stania zmieni się wkrótce w miejsce siedzenia, podobne do tkwienia w gnieździe, a jak wiemy, siedzenie jest dla zdrowia wskazane tylko w umiarze.
Chodzi o sztukę połączenia wnętrza i zewnętrza. Wyobraźcie sobie, że wasze życie jest projektem, który oryginalnie kształtujecie, przedsiębiorstwem, które chcecie prowadzić, odnosząc sukcesy. Decyduje nie pozycja zawodowa, ale zgodność równowagi. Życie postrzegane jest przy tym całościowo: życie publiczne, w świecie zewnętrznym, i życie wewnętrzne. Oba światy, zewnętrzny i wewnętrzny, nie dają się postrzegać i zmieniać niezależnie od siebie. Każda zmiana dotyczy całości. Jak uda się nam znalezienie własnego kursu i zwycięskie prowadzenie naszych przedsięwzięć życiowych? Dotyczy to wszystkich zadań i wyzwań – świata wewnętrznego i zewnętrznego. Jak uda nam się wnieść własny potencjał na szerokiej bazie i z wykorzystaniem praktycznym? I jakie są założenia, by odczuwać radość we wszystkim, co robimy?

Pasja się opłaca
Życie jest czymś więcej niż tylko funkcjonowaniem. Życie jest czymś więcej, jak tylko wyrabianiem się z ledwością na zakrętach. Chodzi o wejście w zakręt w wielkim stylu. Zmysłowość i radość życia mogą być pomocą w orientacji. Ciało wie dokładnie, czego potrzebuje, by czuć się dobrze. W każdej chwili mamy możliwość zanurzenia się w życiu, przeżywania wszystkiego na żywo i z bliska, postrzegania nowymi oczami, podchodzenia do zadań ukierunkowania na nowo życia bez uprzedzeń i zastrzeżeń.
Ciało jest kluczem. Do logicznej, emocjonalnej i socjalnej inteligencji potrzebujemy jednego rodzaju inteligencji, która w dzisiejszych czasach jest nadal zbyt mało poważana i wykorzystywana: inteligencja ciała, mądrość organizmu, który potrafi się sam organizować, równoważyć, regenerować i na nowo zorientować po kryzysie. Trening ciała i umysłu polega na tym, by wzmacniać wspierającym towarzyszeniem wszystko, co dzieje się samo z siebie. Umożliwia:
- silniejsze odczuwanie tego, co akurat się dzieje, i rzadsze zastanawianie się nad tym co będzie,
- częstsze wchodzenie i przebywanie w nurcie życia, mniej intensywne trzymanie się umocnień,
- odgrywanie nowych planów, pozostawanie otwartą na opcje i alternatywy,
- zmienianie się i rozpoczynanie od nowa, kiedy stare już nie działa.


Odkryjcie, jak łatwo i za pomocą pasjonujących ćwiczeń możecie używać w swoim codziennym życiu treningu umysłu i ciała.
Zgadza się, często życie dzieli się jeszcze na twarde przeciwieństwa pracy i czasu wolnego, dnia powszedniego w pracy i strefy prywatnej. Zgadza się, czasem mamy po łokcie roboty, by poradzić sobie z naszymi problemami, trudnościami i obawami. Kulejemy i nie nadążamy, wiecznie za późno, zaganiamy się na śmierć. Właściwie dlaczego? Albo czekamy na to, co życie może nam zaoferować. Czekamy na wielką wygraną. I przeoczamy najlepsze szanse, by się czegoś nauczyć. Potem wiemy lepiej: czasem kobieta musi opuścić strefę komfortu i udać się na nieznany teren, zaryzykować przyspieszone bicie serca, znosić nieważkość w brzuchu, i znać uczucie, kiedy czujemy się jak świeżo zakochane, nawet kiedy nie ma potencjalnego partnera w pobliżu. Zakres naszych możliwości jest większy niż obszar znanego i zaufanego, domowego. Nie musimy żyć przeciwko własnej naturze, rezygnować z własnej naturalności. Musimy tylko wiedzieć, jak skutecznie jej używać.


 
Fragment książki "Autentyczna i zwycięska" autorstwa Kay Hoffman i Gabriele Műller. Skróty pochodzą od redakcji.