POLECAMY

To, co mi się przydarzyło, było pokłosiem podświadomych obaw o przyszłość mojego małżeństwa

Małżeństwo powinno się obligatoryjnie kończyć po 15 latach? Przeczytaj historię Mileny i jej obaw o ukochanego

/ 4 miesiące temu
To, co mi się przydarzyło, było pokłosiem podświadomych obaw o przyszłość mojego małżeństwa fot. Fotolia

Żadne tam senne majaki, wyglądało to niesłychanie realistycznie. A już do końca uznałam, że to prawda, widząc identyczną scenę na parkingu...

Kiedyś moja przyjaciółka powiedziała, że jest zwolenniczką obligatoryjnych rozwodów po 15 latach małżeństwa. Bo po takim czasie ludzie już się sobą znudzili, wleźli w domowe papucie, wygodne i rozczłapane, i już bardziej wegetują  w związku niż żyją. Stąd romanse, dramaty, bolesne rozstania. A jakby tak wszystko odgórnie uregulować, ludzie mniej by cierpieli.

Przeczytaj więcej historii z życia wziętych

Nie powiem, żebym całkowicie zgadzała się z Aśką, ale coś w tym jest. I ja po 15 latach małżeństwa czułam, że w moim związku brakuje już tej iskry, która dawniej rozgrzewała nasze ciała i serca. Niby to całkiem normalne, ale… szkoda, prawda? Myślę, że to, co mi się przydarzyło, było pokłosiem podświadomych obaw o przyszłość mojego małżeństwa. A przydarzyło się coś absolutnie niesamowitego. Wojtek i ja byliśmy małżeństwem już szesnaście lat. Gdybym miała położyć na szali jasne i ciemne dni naszego związku, z pewnością przeważyłyby te jasne. Ciemnych znalazłoby się kilka… no, kilkanaście. Na tyle przeżytych wspólnie lat to niewiele.

Znaliśmy się od dziecka

Wychowaliśmy się w tym samym bloku. Ale była to znajomość raczej z widzenia, bo oboje należeliśmy do zupełnie innych grup towarzyskich. Nawet ze sobą nie rozmawialiśmy. Aż tu pewnego dnia na murach okolicznych domów zaczęły pojawiać się napisy: „Milena lata za Wojtkiem”. Dziś się z tego śmieję, ale kiedy miałam szesnaście lat, strasznie mnie to zdenerwowało. Ja miałabym latać za tym pryszczatym chłopakiem, mieszkającym dwa piętra wyżej? W życiu! Kilka dni później zaczepił mnie na schodach i spytał, czy czytałam owe napisy, które  jakaś idiotka wypisuje na murach domów. – Dlaczego idiotka? Równie dobrze może to być idiota – odcięłam się. – Przez ostatnich kilka miesięcy parę dziewczyn chciało zaprosić mnie na dyskotekę – oznajmił mi wtedy spokojnym głosem.  – Myślę, że to jedna z nich.

Po raz pierwszy przyjrzałam mu się dokładniej. Gdzieś zniknęły jego pryszcze. No bo skoro tyle dziewczyn… „Może on nie jest wcale taki zły” – kombinowałam w duchu. – Myślę, że nie ma co się przejmować tymi napisami. A jak masz ochotę zrobić tej idiotce na złość, to może ty się ze mną wybierz na tę dyskotekę – rzucił obojętnie. No i poszłam. Dopiero po latach okazało się, że to nie kto inny tylko Wojtek powypisywał na murach tamto zdanie. Chciał zwrócić tym na siebie moją uwagę i mu się udało. Całkiem oryginalny podryw. I choć stado ganiających za nim dziewczyn tak naprawdę nie istniało, to wcale nie był przeciętnym chłopakiem. Wręcz przeciwnie  – okazał się wspaniałym człowiekiem.

Wychowaliśmy się na osiedlu robotniczym i z naszego wielkiego bloku, w którym było ponad 150 mieszkań i dziesiątki dzieci, tylko my dwoje poszliśmy na studia. Uczyliśmy się na jednym wydziale i w jednej grupie, przez co staliśmy się nierozłączni. Po studiach wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy w trzypokojowym mieszkaniu mojej babci. Babcia co dnia ćwierkała, jaka to z nas wspaniała para, jak to się kochamy i jaka jest szczęśliwa, że wnuczce trafił się taki wspaniały mąż. Dwa lata później babcia odeszła i mieszkaliśmy już sami, potem na świat przyszło dwoje naszych dzieci. Pewnego dnia Wojtek zadzwonił do mnie z biura, że wróci do domu nieco później, gdyż coś zawaliło im się w miesięcznych planach i muszą to coś szybko skorygować. Odłożyłam więc mężowi porcję obiadu, żeby ją potem odgrzać.

Romans z jego ojcem skończył się dzieckiem. Jak do tego doszło?

Tego dnia czułam się dziwnie zmęczona, jakbym przewaliła tonę węgla. Bolały mnie ręce i nogi. Ponieważ moje dwie dziewczynki po odrobieniu lekcji wybrały się do koleżanek, miałam wolny wieczór. Włączyłam telewizor i usiadłam w fotelu. Głowa sama poleciała mi na jego oparcie. W pewnej chwili musiałam usnąć, choć byłam przekonana, że oczy mam nadal otwarte. I nagle zupełnie nieoczekiwanie zobaczyłam w telewizorze własnego męża. Wojtek szedł ulicą. Miał na sobie zimową kurtkę z żółtym zygzakiem na plecach, na szyi zaś szalik w kratkę, który w święta dostał ode mnie pod choinkę. Jak zwykle był rozpięty, bez czapki, a jego włosy targał wiatr. Jego lekko siwiejące wąsy nastroszyły się od mrozu. Ulica, którą szedł, i mijane budynki podpowiadały mi, że moment wcześniej wyszedł z pracy. Mój mąż minął jednak przystanek autobusowy, na którym zawsze wsiadał w 171 i jechał do domu. Tym razem ruszył w stronę pobliskiego parkingu. „Czego tam szuka?” – zadałam sobie w duchu pytanie, ale nadal oglądałam ten senny program, nie mając świadomości, że nie nadaje go TVP ani żadna inna stacja. Po chwili Wojtek podszedł do jednego z samochodów. Wysiadła z niego piękna trzydziestolatka, przyciągnęła do siebie mojego faceta i… namiętnie pocałowała go w usta. Najwyraźniej Wojtek miał na to ochotę, gdyż wcale się nie bronił. Wręcz przeciwnie – objął obcą babę i całował ją z takim zaangażowaniem, jakby od tego zależeć miało jego życie! Potem oboje wsiedli do auta, ruszyli i po dwudziestu minutach zatrzymali się na parkingu pod naszym osiedlem. Weszli do bloku, który znajdował się zaledwie kilkaset metrów od naszego.

...gdyby Wojtek siedział teraz obok mnie, a ja miałabym w ręku pistolet, jak nic dostałabym dożywocie za morderstwo z premedytacją...

Codziennie widziałam go z okien sypialni! W windzie mój mąż i ta zdzira znowu zaczęli się ze sobą migdalić. Wreszcie znaleźli się na ostatnim piętrze i weszli do mieszkania o numerze siedemdziesiąt trzy.  Dziewczyna powiedziała, że idzie przygotować im wspólną kąpiel, po czym zniknęła w łazience. Wojtek podszedł do okna i tak jakby patrzył… w stronę naszego mieszkania. Parę minut później z łazienki dobiegło wołanie, że ona już na niego czeka… Obudziłam się tak wściekła, że gdyby Wojtek siedział teraz obok mnie, a ja miałabym w ręku pistolet, jak nic dostałabym dożywocie za morderstwo z premedytacją. Około dwudziestej mąż wrócił wreszcie do domu. Czekałam na niego zdenerwowana. – Myłeś włosy? – rzuciłam z głupia frant.  – Nie, dlaczego? – zdziwił się. – Ładnie pachniesz – stwierdziłam, choć tak naprawdę śmierdział papierosami.

A jednak pod tym smrodem poczułam jakby nutkę perfumowego zapachu. Zdusiłam w sobie złość. W końcu na podstawie snu nie mogłam oskarżyć swojego chłopa o zdradę. Ale następnego dnia, gdy wracałam z zakupów, na własne oczy zobaczyłam Wojtka między samochodami, jak obściskuje się z tamtą kobietą. Kiedy zatem mój mąż znowu wrócił późno do domu, nie wytrzymałam i spytałam wprost, od jak dawna spotyka się z kochanką. Ślubny wybałuszył na mnie oczy. Przyznaję, wyglądał jak wcielenie niewinności. – Jaką kochanką? – wydukał zdumiony.  – Przez cały czas byłem w pracy. – A po pracy wzięliście sobie wspólną kąpiel, co? – syknęłam przez zęby. – O co ci chodzi? – stawiał się. – Mówię o tej młodej flądrze z tamtego bloku – wskazałam budynek za oknem. – Chyba pomyliłaś mnie z kimś innym  – westchnął i ruszył w stronę kuchni. – Babcia mówiła, że jak coś się przyśni, to tak na pewno się stanie! – zawołałam. – Przyśniło ci się, że cię zdradzam? – spojrzał na mnie rozbawiony. – Kobieto, coś  ty sobie znowu ubzdurała? – Nic sobie nie ubzdurałam! Ja wiem!  – krzyknęłam. – Możemy to… sprawdzić. Zgodził się, choć niechętnie. Mruczał pod nosem, że chyba zwariowałam, ale włożył tę swoją kurtkę ze śmiesznym żółtym zygzakiem na plecach i szalik w kratkę, którym teraz miałam ochotę go udusić. Potem zaprowadziłam go do bloku, przed którym niedawno go widziałam.

Głupek był na każde jej skinienie. Dobrze, że nie traciłam więcej czasu

Wjechaliśmy na ostatnie piętro i zatrzymaliśmy się pod drzwiami mieszkania oznaczonymi  numerem siedemdziesiąt trzy. – Nadal się wypierasz? – warknęłam groźnie w jego stronę, zanim jednak zdążyłam nacisnąć dzwonek, drzwi się otworzyły. Stanął w nich mężczyzna w identycznej kurtce jak ta Wojtka i takim samym szaliku. Ale to jeszcze nic. Miał twarz niesamowicie podobną do twarzy mojego męża, a czupryna i wąsy sprawiały, że wyglądał jak jego sobowtór. Zamurowało mnie. Na szczęście mój Wojtek wykazał się większym refleksem. – Przepraszam, czy to mieszkanie państwa Nowickich? – zapytał faceta. Zaskoczony facet pokręcił głową. – Mówiłem ci, że to nie w tym bloku  – powiedział mój mąż, po czym wziął mnie za rękę i poszliśmy w stronę windy. Kiedy tylko wróciliśmy do domu, chwycił mnie za ramiona i spojrzał mi w oczy. – Byłaś o mnie zazdrosna? – spytał. Pokręciłam głową, zawstydzona. – Byłaś o mnie zazdrosna – stwierdził z naciskiem Wojtek, a ja poczułam się niczym słabnący bokser, którego silny przeciwnik zagania do narożnika ringu. – Przyznaj się, bo do końca życia nie dam ci spokoju! Zamiast odpowiedzieć, pociągnęłam go za sobą do sypialni. To była jedna z najpiękniejszych naszych małżeńskich nocy…

Mówił, że kocha mnie. A kochał tylko moje pieniądze

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)