Michał Piróg: Widziałem szczęśliwych ludzi

Tancerz w rozmowie z "Vivą!" opowiada o miłości do Tel Awiwu i izraelskiej paradzie równości
Michał Piróg: Widziałem szczęśliwych ludzi fot. Viva!

Niedawno wróciłeś z parady gejów w Tel Awiwie. Dlaczego tam pojechałeś?

Z ciekawości. Moi znajomi, którzy bywają tam co roku, opowiadali, że to fantastyczne przeżycie. A ja dotąd zawsze miałem przeświadczenie, że parada w Tel Awiwie wygląda tak, jak u nas, w Polsce. Uczestnicy parady odgrodzeni, otoczeni kordonem policji. I że taka parada trwa krótko, a towarzyszy jej strach, czy nic się nie wydarzy. Raban, hałas, ludzie zza barierek wyklinający uczestników. No i że nic z tego później nie wynika poza komentarzami, że takie gejowskie parady są niemoralne i nienormalne.

Ale bierzesz w nich udział?   

Biorę, bo to jedyny dzień w roku, kiedy państwo pozwala mi na parę godzin oficjalnie być gejem. W głębi duszy jestem temu przeciwny, bo nie chcę mieć tylko jednego dnia w roku, kiedy mogę wyjść na ulicę i powiedzieć: „Mam takie same prawa, jak wszyscy!”. Jeden dzień to trochę za mało, nie uważasz? Kiedy więc kilka lat temu zobaczyłem oficjalną reklamę Tel Awiwu, mocno nacechowaną homoseksualizmem, pomyślałem: Dlaczego tak nie może być w Polsce? Byli na niej mężczyźni grający w piłkę, zapatrzeni na cudowną kobietę biorącą prysznic, by chwilę potem zapatrzyć się na chłopaka wychodzącego z morza. Napis na filmie brzmiał: „Tel Awiw jest otwarty dla wszystkich”. To był dla mnie znak nowych czasów, bo Tel Awiw jest miastem otwartym na różne aspekty życia. A w Izraelu krąży żart, że spotkać w Tel Awiwie „heteryka” to cud, więc jeśli szukasz męża, wyjedź do innego miasta. I może dla tego klimatu, który panuje tam na co dzień, zapragnąłem zobaczyć paradę gejów i być jednym z jej uczestników.    

Nie rozczarowałeś się?

Nie, wszystko było tam fantastyczne. Parada zaczęła się w piątek, ale imprezy trwały już od czwartku. Kluby prześcigały się, kto lepiej zorganizuje miejsce na plaży albo party przed paradą. Dzień wcześniej teatry zmieniły repertuary, a galerie wystawy, prezentując twórców homoseksualistów. Zaproszono dziennikarzy ze świata i najlepszych didżejów. W paradzie wzięło udział 140 tysięcy osób, w tym ponad 100 tysięcy turystów. W porównaniu z tym Warszawa ze swoimi pięcioma tysiącami uczestników wypada blado. Do Tel Awiwu ludzie przyjeżdżają, żeby się bawić, nawet w prywatnych domach, gdzie zapraszani są wszyscy, a nie tylko znajomi.



Atmosfera ogólnego zbratania?

Te klimaty w Tel Awiwie są na co dzień, tam nie dopuszcza się do sytuacji, by ktokolwiek czuł się samotny. Jeśli masz problem, od razu 15 osób chce ci pomóc go rozwiązać. Dwa lata temu w sylwestra siedziałem ze znajomymi w knajpie Evita należącej do mojego kolegi, chyba najstarszej kafejce gejowskiej w Tel Awiwie. Przy jednym ze stolików zauważyliśmy samotnego mężczyznę. Siedział i patrzył pusto w przestrzeń. W pewnym momencie właściciel podszedł do niego: „Nie chcę ci przeszkadzać, ale jeśli przyjechałeś sam i czujesz się wyizolowany, to dosiądź się do nas, zapraszamy”. To się tam zdarza na każdym kroku. Przy czym Gay Parade oficjalnie nazywa się Gay Pride, czyli marsz dumy. Ta parada jest nie tylko manifestacją mniejszości seksualnej, ale przede wszystkim podkreśleniem godności człowieka, bez względu na to, jaką kto ma orientację. Heteroseksualni bawią się razem z gejami. Przychodzą rodziny z dziećmi, podchodzą, zagadują, kto skąd przyjechał. Główna impreza trwa około trzech godzin, zaczyna się przemarszem przez centrum w kierunku plaży podzielonej na kilka sektorów. W tym roku pomieściło się tam ponad 100 tysięcy osób.   

Rozumiem, że pojechałeś tam także dlatego, żeby odetchnąć od polskiego „gejożerstwa”? 

Też, ale nie do końca. Tel Awiw jest moim drugim miastem. Warszawy nienawidzę zimą, a Tel Awiw zimą kocham. Natomiast latem jest tam za gorąco, za to Warszawę wtedy uwielbiam. Cieszy mnie, że mogę bywać i tu, i tu wtedy, kiedy zechcę. Poza tym przy okazji w Tel Awiwie spotykam się ze znajomymi, codziennie bywam w teatrze, chodzę na koncerty do filharmonii i opery. 

No i odnajdujesz swoje korzenie?

Również, ale przecież jestem Żydem polskim, a nie izraelskim. To miejsce, w którym dobrze się czuję nie ze względu na pochodzenie, ale dlatego, że w Izraelu nie wartościuje się ludzi, nie ocenia się ich po tym, kim są i co robią. Nawet jeżeli ktoś jest tam popularny, nikt go nie zaczepia, nie przygląda mu się natrętnie. Tam się każdego szanuje, a jego prywatność jest sprawą świętą. Poza tym to chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie nie usłyszę: „Żydzi do Izraela!”, „Polska tylko dla Polaków!”. A Żyd, i jeszcze homoseksualista, w Polsce? To za wiele dla polskich homofobów. Poza tym nie wyobrażam sobie, żeby u nas zaproszono na Paradę Równości i podejmowano jak honorowych gości francuskie małżeństwo homoseksualne – pierwsze, które związało się ślubem. A w Izraelu byli z tego dumni i oficjalnie gratulowali Francuzom, że niemożliwe okazało się możliwe. Byli przy tym przedstawiciele rządu i wszystkich opcji politycznych.

Duchowni też?

Tego nie zauważyłem, homoseksualizm nie do końca jest zgodny z przekonaniami religii ortodoksyjnej. Swojego czasu w Izraelu panowała wojna między ortodoksami a państwem, ale rząd się nie zgodził na terror religijny. Teraz w każdym mieście ortodoksyjni Żydzi mają swoją dzielnicę, do której rząd się nie miesza. Jedni drugim okazują szacunek.



Kogoś byś z Polski zabrał na taką paradę?

Krystynę Pawłowicz oczywiście.

A Lecha Wałęsę?

Sądzę, że u Lecha Wałęsy atak na homoseksualistów był nieprzemyślany. Znany jest ze swojej porywczości, za szybko mówi to, co nie do końca myśli, a później ponosi konsekwencje. Tak bym się więc tej jednorazowej wypowiedzi nie czepiał. Natomiast pani poseł Pawłowicz przydałoby się, żeby zobaczyła, jak jest gdzie indziej i że ludzi nie należy na siłę zmieniać, tylko pozwolić im żyć w swoim przekonaniu, swojej wierze i w swojej ideologii. I że można żyć, nie będąc osądzanym. 

W Polsce tak się nie da?

Uważam, że w Polsce to też jest możliwe. Zresztą i w Izraelu zdarzają się takie sytuacje, że dziewczyna mówi do chłopaka: „Nie wiesz, ile tracisz, nie będąc hetero”. Z drugiej strony to jest nawet miłe. Ja w każdym razie potraktowałem te słowa jako komplement, a nie atak na moją inność.

Podobasz się dziewczynom?

Być może (śmiech). W każdym razie już cztery lata temu prezydent Izraela podczas wymiany zdań o prawach homoseksualistów i posiadaniu przez nich dzieci powiedział, że prześladowanie z powodu orientacji seksualnej jest tym samym, czym było prześladowanie Żydów podczas drugiej wojny światowej. Historia zatoczyła koło. Dla niego więc podniesienie ręki na osobę homoseksualną jest tym, czym podniesienie ręki na obywatela Izraela. Kara za to jest tam wysoka, bo ludzie uważani są za jedność i trzeba traktować ich bez różnic. Dlatego jeśli chcesz adoptować dziecko czy starać się o in vitro, nikt nie ma prawa tam zapytać cię, jakiej jesteś orientacji.

Masz marzenia, żeby przenieść tamtejszą obyczajowość do Polski? 

Bardzo. Chciałbym widzieć tu tylu ludzi, co tam, którzy się cieszą wszystkim, co im niesie życie. Którzy nie żyją za murem i chodzą cały czas z podniesioną głową. 



A Ty żyjesz za murem?

Nie, bo mieszkam w centrum Warszawy, w Tel Awiwie zresztą też mieszkałem w centrum. W Paryżu mieszkałem w centrum, w Miami, w Antwerpii. Ja nie umiem żyć poza centrum.

W centrum nie ma muru?

Nawet jeżeli jest, to niezbyt wysoki. Ale im dalej od Warszawy, tym gorzej. Na szczęście nie muszę tam bywać, bo wszystko, czego potrzebuję na co dzień, mam w zasięgu wzroku – kawiarnie, kina, teatr, sklepy.

A gdy idziesz ze swoim facetem do kafejki i trzymacie się za ręce, nie wzbudza to żadnej sensacji?

Nie, ale ja nie mam potrzeby trzymania się za ręce. Chociaż nie unikam dotyku, objęcia się, przytulenia. Tylko musi to być
w miejscu, o którym wiesz, że możesz sobie na to pozwolić. Na Pradze raczej bym nie ryzykował. 

Spotkała Cię tam przykrość?

Przykrości się od czasu do czasu zdarzają nie tylko na Pradze. Ale ja podchodzę do nich z dystansem. W zeszłym roku podczas wakacji płynęliśmy łodzią, byliśmy na środku Narwi, kiedy ktoś na brzegu nas zauważył i krzyczy:  „Piróg, ty pedale!”. I towarzystwo dostało ataku śmiechu. Bo to zresztą było śmieszne, kiedy przez pół rzeki ktoś musi wykrzyczeć emocje. Myślę, że jeżeli nie wiadomo, co powiedzieć, wypowiada się pierwsze skojarzenie, jakie przyjdzie do głowy.  

Ale bywa niebezpiecznie?

Dwa lata temu wracaliśmy  z knajpy na Chmielnej. Obok przechodziło trzech kolesi – niezbyt sympatyczne osiłki. Jeden z nich nas się uczepił, że jesteśmy we dwóch, więc oczywiście „pedały”. Wiedziałem, że przegram, ale musiałem zareagować. Zaczęła się bójka, w pewnym momencie dostałem fangę w nos, zalałem się krwią i wtedy szef bandy mówi: „Zenuś, ile razy mam ci powtarzać, że zanim walniesz, spójrz, kogo chcesz bić. Panie Michale, przepraszam. Fakt, że pedałów nie lubimy, ale to pana nie dotyczy. Chodźmy na wódkę”.



Poszedłeś?

Jasne, że tak, bo w dodatku był to dzień, w którym poznaliśmy się z moim obecnym partnerem. Okazało się, że chłopaki są z Pragi i właśnie wyszli z aresztu, a jak wolność, to trzeba komuś przyłożyć. W każdym razie nie obrażam się, gdy ktoś coś tam do mnie krzyknie. Wiem, że ludzie często tak nie myślą, tylko poddają się ogólnym tendencjom. Ideałem byłoby, gdyby człowiek był postrzegany jako zły, dobry, uczciwy lub złodziej, a nie poprzez preferencje seksualne. Takie jest moje marzenie. Patrz na to, jakim jestem człowiekiem, a nie przez pryzmat tego, ile zarabiam, skąd pochodzę, jaką wyznaję religię. Ważne jest to, że nie krzywdzę ludzi, a nie że jestem gejem. 

I na paradzie gejów w Izraelu czujesz się człowiekiem po prostu?

Ja tam w ogóle czuję się człowiekiem. Dwa problemy, które tutaj uprzykrzają mi życie, czyli pochodzenie i orientacja, tam nie istnieją. A jednak to w Polsce jest moje miejsce, choć mógłbym mieszkać wszędzie. Właśnie wybieram się do Australii i Nowej Zelandii, bo tam nie byłem.

Nie wolałbyś mieszkać w Tel Awiwie?

Za daleko miałbym do pracy. Wystarczy, że jeżdżę tam od dziesięciu lat pięć, sześć razy w roku. Musiałem zrezygnować ze swojej izraelskiej miłości, ponieważ matka narzeczonego bała się jego przyjazdu do Polski. Mieliśmy brać ślub, ale jego mama wygrała. Bo on jest marokańskim Żydem. U marokańskich możesz stawać na głowie, a syn nie zrobi nic przeciwko matce. Mieliśmy taki pomysł, żeby wziąć ślub w Izraelu, a zamieszkać w Berlinie, skąd mógłbym dojeżdżać do Warszawy. Ale ta rozłąka dla jego matki była nie do przeskoczenia. Bała się też, że w Polsce jej syn stałby się ofiarą antysemityzmu. Na nic się zdało przekonywanie jej, że przecież mnie tu się nic złego nie dzieje. Zażartowała nawet, że na pewno jestem jedynym gejem, który przyznaje się do swego pochodzenia i nie spotyka go ostracyzm społeczny. Nie dyskutowałem z nią, tylko ironicznie przytaknąłem: „Tak, tak, gdy wracam do Polski, zamykają mnie jako eksponat w szklanej klatce i każdy może sobie popatrzeć. Taki Żyd do pokazywania”. Poniekąd to prawda, bo telewizor jest taką szklaną klatką.

Zrobiłeś coming out w 2007 roku, kiedy podejrzewano Cię o romans z Edytą Herbuś. Gdyby nie te plotki, ujawniłbyś się? 

Nie miałem potrzeby oznajmiania, kim jestem. Ale nie chciałem też udawać kogoś, kim nie jestem, żeby tylko nie narażać się opinii publicznej. Jestem właścicielem swojego życia, więc zdenerwowało mnie, gdy to tabloid napisał poza mną o mojej orientacji. To jego redaktorzy zrobili za mnie coming out. Ale krzywdy mi to nie wyrządziło, bo najgorzej, gdy najbliżsi nie wiedzą. Cała moja rodzina wie, że jestem gejem. 

Babcia też? Starsi ludzie zazwyczaj nie tolerują inności?

Moja babcia jest super. Kiedyś podeszła do mnie – a spotkaliśmy się na czyimś ślubie – i mówi: „Masz chłopaka, więc coraz rzadziej nas odwiedzasz. Wstydzisz się go czy co? Pamiętaj, że możesz do mnie przychodzić z nim. A poza tym to go jeszcze nie poznałam. Musisz to nadrobić”.



Rodzina więc nie stanowiła problemu. A obcy, ich reakcja?

Dużo ludzi się wtedy ode mnie odwróciło, zwłaszcza ze światka show-bizesu. Przestali się ze mną witać. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że wyświadczono mi przysługę, bo automatycznie dokonała się selekcja. Dzięki temu nie traciłem czasu na ludzi, którzy i tak prędzej czy później by się ode mnie odwrócili. I przestało mi być przykro, smutno mi było tylko dlatego, że są tak ubodzy duchem, tak zaszczuci, że muszą się podporządkować innym, nie mają swojego zdania. Dorośli, którzy nie umieją walczyć o swoje racje.

Ty za to umiesz?

Waleczność jest moją naturalną cechą. Zawsze muszę o coś walczyć, jeżeli nie o przekonania i ideały, to o krzywdę zwierząt czy za wysokie podatki. Zastanawiałem się, o co toczyłbym boje, gdybym przeprowadził się do Izraela, gdzie panuje taka tolerancja. Na przedramieniu mam po hebrajsku wytatuowane imię Pierwszego Anioła: „Michael”. Moje imię. To jest moja karta rycerza. Kiedyś na zawodowym spotkaniu pewna dziewczyna powiedziała mi: „Tracisz dużo energii na wojnę, ludzie dzielą się na cztery grupy: wojowników, nauczycieli, przewodników i zwykłe osoby. A teraz nastąpił moment, że jako wojownik już nic nie naprawisz. Powinieneś wejść na wyższy poziom i zostać przewodnikiem”. Ale ja uważam, że mając 34 lata, nie posiadłem jeszcze takiej wiedzy życiowej, jaką ma się koło pięćdziesiątki, a która jest konieczna, by nauczać i przewodniczyć.

Ale przeżyciami mógłbyś obdzielić niejednego 50-latka?

To prawda. Choroba chociażby. Ale nie poddałem się.

Mimo przeciwieństw losu wyglądasz na człowieka szczęśliwego.

Szczęściem napełnia mnie fakt, że przestałem się bać. Nie ma nic gorszego, jak żyć w strachu. Bo strach sprawia, że się na nim koncentrujemy, a wtedy życie ucieka i nie zrobi się tysiąca rzeczy, które mógłbyś zrobić, gdybyś żył bez stresu.

Tego właśnie życia bez strachu mógłbyś uczyć innych?

Ale ludzie nie chcą tego wiedzieć. Albo inaczej: chcą, ale trudno im to wprowadzić w swoje życie. A mnie ze strachu wyleczył właśnie Izrael. Pamiętam, jak z pierwszej podróży wróciłem tak naładowany, tak nasycony odwagą i tak obojętny na wszystkie przytyki. Nauczyłem się tam, że wartości trzeba szukać w sobie, a nie w poklasku. To jedna z najważniejszych nauk. 

Poczułeś się silny, bo znalazłeś swoją tożsamość?

I to jest właśnie to. Oszukując, niszczysz swoje życie i nie możesz czuć się wolny, a to zawsze cię hamuje. Tam dowiedziałem się, że Żydzi nie mają ogonów, a homoseksualizm to nie choroba przenoszona drogą kropelkową. W rzeczywistości seksualność jest na jednym z ostatnich miejsc spośród tego, co jest ważne. Przede wszystkim zakochujemy się w ludziach i w tych cechach, które nam odpowiadają. Wiesz, niedawno jeden z moich przyjaciół – heteryk – powiedział: „Jesteś tak cudownym człowiekiem, że mógłbym z tobą być na stałe”. Mimo że pozostaje w szczęśliwym związku ze swoją kobietą. Nie było w tym ani cienia podtekstu erotycznego. Pomyślałem, że dla takich chwil warto żyć.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)